Rynek

Gazem, wiatrem, trochę słońcem

Skąd będziemy mieli prąd

Polska gospodarka domaga się coraz więcej energii. Polska gospodarka domaga się coraz więcej energii. Adam Chełstowski / Forum
W ciągu najbliższych dwóch–trzech lat czeka Polskę kryzys energetyczny. Tego uniknąć się nie da, ale jest kilka pomysłów na złagodzenie jego skutków.
Elektrownie wiatrowe muszą mieć gazowych dublerów, czekających w pogotowiu i w krytycznej sytuacji natychmiast wyrównujących ubytek mocy.George Hammerstein/Corbis Elektrownie wiatrowe muszą mieć gazowych dublerów, czekających w pogotowiu i w krytycznej sytuacji natychmiast wyrównujących ubytek mocy.
Polityka

Ten kryzys to na własne życzenie. W ciągu ostatnich dwóch dekad polska elektroenergetyka żyła z nagromadzonych zapasów. Widać było, jak się kurczą, ale nikt się tym specjalnie nie przejmował. Politycy lubią mówić o bezpieczeństwie energetycznym, ale zajmować się nim – już niespecjalnie. W efekcie dziś w elektrowniach trzeba wyłączać dożywające swoich dni bloki energetyczne, a nie bardzo jest czym je zastąpić.

W ciągu ostatnich lat odnotować można tylko trzy duże inwestycje w elektrowniach węglowych – Pątnów II (460 MW), Łagisza (460 MW) i ruszający właśnie Bełchatów II (858 MW). Ponadto przybyło trochę niewielkich źródeł odnawialnych, głównie farm wiatrowych. Wszystko to jednak o wiele za mało w stosunku do potrzeb polskiej gospodarki, która domaga się coraz więcej energii. Już dziś PSE Operator – zarządzający polskim systemem energetycznym – ma kłopoty z domknięciem bilansu w momentach szczytowego zapotrzebowania. Ratujemy się importem, ale ze względu na niewielką liczbę i małą przepustowość połączeń transgranicznych nie możemy w ten sposób wiele uzyskać. Zresztą Niemcy planują zamykanie swoich elektrowni atomowych i sami się rozglądają, kto by im sprzedał energię.

Jakby nieszczęść było mało, sytuację skomplikował unijny pakiet klimatyczno-energetyczny i polityka przykręcania śruby wszystkim producentom „brudnej” energii. A nasza, wytwarzana z węgla, jest najbrudniejsza. Plan zakłada, że elektrownie będą musiały kupować uprawnienia do emisji CO2 i innych gazów cieplarnianych, co stawia polskich producentów energii w nader trudnej sytuacji. Polska uzyskała wprawdzie złagodzenie tego wyroku – do 2020 r. elektrownie będą mogły otrzymywać 70 proc. uprawnień do emisji bezpłatnie – ale i tak musimy liczyć się ze znacznymi podwyżkami cen energii.

Co gorsza, nie bardzo wiadomo, co z przyszłymi inwestycjami. Wszyscy wprawdzie deklarują zamiar budowy nowych elektrowni, ale nikt nie rwie się do roboty, bo nie wiadomo, w jakich warunkach ekonomicznych przyjdzie mu działać. W planach jest kilkanaście elektrowni węglowych i gazowych. Wiadomo jednak, że wszystkie nie powstaną już choćby z tego powodu, że niektóre inwestycje konkurujących firm zostały zlokalizowane w tym samym miejscu.

Gdyby powstały, byłby nowy kłopot, bo brakuje sieci wysokich napięć do wyprowadzenia energii z przyszłych elektrowni. A linie energetyczne buduje się u nas bardzo długo – wyjaśnia prof. Krzysztof Żmijewski, były prezes Polskich Sieci Elektroenergetycznych, dziś sekretarz generalny Społecznej Rady Narodowego Programu Redukcji Emisji.

Polska zgłosiła jednak projektowane elektrownie do Komisji Europejskiej i teraz wszyscy czekają na decyzję, kto dostanie prawo do darmowych emisji. Panuje napięcie, bo formalnie rzecz biorąc, jeśli budowa fizycznie nie rozpoczęła się w 2008 r., to z przydziału nici. Cała nadzieja, że KE nie będzie zbyt formalistyczna. Zwłaszcza że w najbliższym czasie będziemy musieli wyłączyć bloki o mocy 6,5 tys. MW, czyli ok. 20 proc. dostępnej dziś mocy polskich elektrowni.

A może ratunek zapewni nam atom? Plany budowy elektrowni jądrowych to ulubiony temat, którym zajmują się dziś politycy. Problem w tym, że pierwsza planowana przez PGE siłownia o mocy 3 tys. MW ma szanse powstać (zapewne w Żarnowcu) za kilkanaście lat. A kłopoty z energią mamy już dziś.

Recepty na kryzys

Dlatego PSE Operator przygotowuje się do działania w sytuacji energetycznego kryzysu. Jednym ze sposobów będzie ratowanie systemu przed katastrofą poprzez wyłączanie największych przemysłowych odbiorców energii. Aby uniknąć odpowiedzialności za straty związane z odcięciem zasilania, PSE Operator podpisuje z zainteresowanymi umowy określające, co i kiedy będzie można wyłączyć. Zdaniem dyr. Wojciecha Lubczyńskiego w ten sposób da się zredukować zapotrzebowanie na energię o 1–1,5 tys. MW. Oczywiście nie ma nic za darmo. Firmy, które zgodzą się na taki układ, będą płaciły mniej za energię. Zapłacą wszyscy pozostali.

Inny pomysł ratunkowy polega na zintegrowaniu wszystkich źródeł rezerwowych, czyli spalinowych generatorów prądu, w które wyposażone są niektóre budynki, firmy, szpitale itd. Służą one do krótkotrwałego podtrzymywania zasilania w sytuacji przerwy w dostawie energii. Doliczono się już generatorów w sumie o mocy 1000 MW, czyli tyle co średniej wielkości elektrownia. Pomysł polega na tym, by Krajowa Dyspozycja Mocy, w kryzysowej sytuacji, mogła uruchomić taką wirtualną elektrownię, ratując walący się bilans mocy.

Jednak największe nadzieje wiąże się z energetyką gazową.

Elektrownię gazową można wybudować najszybciej. Jeśli w tym roku zapadną decyzje, to w 2014 r. możemy już mieć z nich energię. W przypadku elektrowni węglowych prąd popłynie najwcześniej w 2016, a może 2017 r. – tłumaczy prof. Żmijewski.

Gaz ma wiele zalet. Elektrownia gazowa jest stosunkowo tania w budowie, ma wyższą sprawność niż węglowa (węglowa 35–40 proc., gazowa 60 proc.), nie potrzebuje dużej ilości wody do chłodzenia, powoduje dużo niższą emisję CO2. Minister gospodarki Waldemar Pawlak przekonuje, że gazowe elektrownie są nam niezbędne nie tylko ze względu na kryzys energetyczny, ale przede wszystkim na ich dyspozycyjność. W ciągu 10–15 min od ich uruchomienia prąd może już płynąć do sieci. W przypadku elektrowni węglowych czas liczy się w godzinach.

Ta szybkość działania jest niezwykle istotna ze względu na rozwój energetyki wiatrowej. Co ma jedno do drugiego? Okazuje się, że wiele. Wiatr jest nieprzewidywalny, wieje, kiedy chce, i nagle potrafi ucichnąć. Dlatego elektrownie wiatrowe muszą mieć gazowych dublerów, czekających w pogotowiu i w krytycznej sytuacji natychmiast wyrównujących ubytek mocy.

Megawaty na gazie

Chętnych do inwestowania w elektrownie gazowe nie brakuje. Samo tylko Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo (PGNiG) zapowiada, że będzie produkować 1300 MW, a gazowe elektrownie staną się jednym ze strategicznych kierunków rozwoju firmy. Na razie planuje przeznaczyć na ten cel 2,9 mld zł.

Pierwszy blok budowany wspólnie z koncernem Tauron, o mocy 400 MW, zużywający ok. 0,5 mld m sześc. gazu rocznie, powstanie w Stalowej Woli. Inny projekt, na bardzo wstępnym etapie, zakłada wspólną budowę elektrowni o mocy 400 MW przez PGNiG i Gazprom w północno-wschodniej Polsce (zapewne w Ełku). W Elektrowni Blachownia w Kędzierzynie-Koźlu Tauron wspólnie z KGHM planuje budowę bloku o mocy 800–900 MW. Oczywiście na gaz. PKN Orlen przygotowuje elektrownię o mocy 400–500 MW we Włocławku (planowane uruchomienie 2014 r.), na co wyda 1,5 mld zł (pieniądze będą pochodziły ze sprzedaży Polkomtela). Rozważa drugi podobny blok gazowy, być może w Płocku.

 

Polska Grupa Energetyczna wraz z Zakładami Azotowymi Puławy przygotowuje w Puławach elektrownię gazową o mocy 840 MW. Inwestorzy chcą wydać na ten cel 3 mld zł. PGE myśli też o dwóch blokach gazowych po 400 MW w Gdańsku. To tylko niektóre przykłady. W sumie moc zapowiadanych elektrowni gazowych przekracza już grubo 5 tys. MW. W projektowaniu inwestycji infrastrukturalnych nigdy nie brakowało nam fantazji. Gorzej z realizacją.

Gaz ma wiele zalet, ale i poważne wady: jest drogi i w dużej części importowany. Być może to się zmieni za sprawą polskiego gazu łupkowego, ale na razie nie wiemy jeszcze, czy mamy zapowiadane złoża ani też kiedy i ile uda się z nich wydobyć. Dziś gaz wykorzystuje się w polskiej elektroenergetyce tylko na niewielką skalę, w kilku elektrociepłowniach. Gdyby jednak wszystkie przygotowywane projekty zostały szybko zrealizowane, kryzysu energetycznego zapewne udałoby się uniknąć. Tylko czy starczyłoby gazu i czy stać by nas było na tak drogą energię?

Dziś za 1000 m sześc. gazu importowanego z Rosji musimy płacić grubo ponad 400 dol. To cenowy rekord, mało kto w Europie płaci tak drogo. Dlaczego? Bo nie mamy wyboru, a nasza umowa z Gazpromem przewiduje, że ceny gazu są pochodną cen ropy. Ropa zaś jest wciąż wyjątkowo droga. Co gorsza, rząd PiS pod naciskiem rosyjskiego szantażu zgodził się na zmianę reguł liczenia cen, co przełożyło się na dodatkowy ich wzrost. Trwają co prawda rozmowy między PGNiG i Gazpromem na temat zmiany zasad ustalania cen, ale szanse na renegocjację kontraktu są niewielkie. Dlatego dziś w ogłoszeniach prasowych PGNiG musi tłumaczyć się z kolejnej podwyżki, przekonując, że stara taryfa była ustalana przy cenie ropy wynoszącej 80 dol. za baryłkę, gdy dziś jest to już nawet 110 dol.

Skąd więc taki pęd do budowy elektrowni gazowych? Wszyscy inwestorzy zakładają, że w sytuacji deficytu energii ich prąd będzie na wagę złota, a dużo wyższe opłaty za emisję szkodliwych spalin płacone przez elektrownie węglowe zredukują różnice w kosztach paliw. Michał Szubski, prezes PGNiG, nie ukrywa też, że jednym z elementów biznesplanu jest nadzieja na wygrane przetargi organizowane przez PSE Operator na moc szczytową, czyli tę, którą operatorzy elektrowni gazowych będą dostarczać, by ratować trzeszczący w szwach system energetyczny. Większość projektów zakłada bowiem, że będą to elektrownie regulacyjne, czyli takie, które wykorzystują na stałe tylko część swoich mocy do produkcji energii elektrycznej i cieplnej, a pozostałą rezerwują na wypadek szczytowego zapotrzebowania.

Obywatelu, do dzieła!

Produkcja 5 tys. MW wymaga dodatkowo ok. 5 mld m sześc. gazu rocznie. To trzecia część całego naszego obecnego zapotrzebowania. Dziś już mamy problemy nie tylko z wysokimi cenami, ale i z zaopatrzeniem w błękitne paliwo. Zimą drżymy, czy Rosjanie znów nie zaczną kręcić kurkiem. Budowa energetyki gazowej wygląda, jakbyśmy sami prosili się o kłopoty.

Jan Chadam, prezes spółki Gaz System zarządzającej polskim systemem gazociągów, przekonuje, że w ciągu najbliższych kilku lat wybijemy się wreszcie na gazową niepodległość, więc rozwój energetyki opartej na tym paliwie ma sens. – Rozbudowane zostało połączenie z niemieckim systemem gazowym w Lasowie, kończy się budowa połączenia polsko-czeskiego, rozwijamy sieć gazociągów, a w 2014 r. rozpocznie pracę terminal LNG w Świnoujściu – przekonuje prezes Chadam. Polska przestanie być uzależniona od jednego dostawcy i będzie mogła zaopatrywać się w gaz z dowolnego kierunku.

Kupując więcej gazu na konkurencyjnym rynku mamy szansę na uzyskanie niższych cen. Prowadzona przez PGNiG rozbudowa podziemnych magazynów gazu docelowo zapewni możliwość zgromadzenia 3 mld m sześc., co da szansę robienia zapasów latem, kiedy ceny na rynku dostaw natychmiastowych są niskie. Dotyczy to także dostaw gazu LNG statkami. Øivind Nilsen, wiceprezes zakładów Snøhvit produkujących gaz skroplony na norweskiej dalekiej północy, przyznaje, że sytuacja na rynku LNG bardzo się zmieniła od czasu, kiedy Amerykanie rozwinęli u siebie wydobycie gazu niekonwencjonalnego i ograniczyli import. Na rynku pojawiły się nadwyżki gazu, Norwegowie stali się zainteresowani nowymi możliwościami zbytu. Są jedynym europejskim producentem gazu LNG. Chcą współpracować z Polską, myślą także o wykorzystywaniu naszego świnoujskiego gazoportu do zaopatrywania swoich klientów w Szwecji.

Nasz program wybijania się na gazową niepodległość jest kosztowny, ale w dużym stopniu współfinansowany ze środków europejskich i realizowany pod naciskiem Brukseli. UE miała dość naszego rozpaczliwego narzekania na uzależnienie od Rosji i nicnierobienia, by stan ten zmienić.

Prof. Żmijewski, który od dawna występuje jako Kasandra, wieszcząc nadchodzący kryzys energetyczny, ostatnio stał się także propagatorem dróg ratunku. Przekonuje, że oprócz szybkiej budowy dużych elektrowni gazowych oraz nowych rozproszonych odnawialnych źródeł energii (elektrownie wiatrowe, wodne, słoneczne, spalające biogaz) uratować nas może energetyczne pospolite ruszenie. Hasło brzmi: elektrownia w każdym domu.

Chodzi o energię produkowaną na skalę mini w domowych warunkach, z małych wiatraków instalowanych na dachach czy ogniw fotowoltaicznych. Także z paliw kopalnych, np. gazu ziemnego, LPG używanych w niewielkich generatorach prądu.

Jeśli wiele domów jest ogrzewanych lokalnie, to może być także zasilane w energię ze źródeł lokalnych. To wbrew pozorom bardzo wydajny system, bo unika się strat przesyłowych. Dzięki temu sprawność generowania energii dochodzi do 90 proc. Kiedy uda się wyprodukować energii więcej niż potrzeba, nadwyżka popłynie do sieci, a jeśli będzie brakować, z sieci można ją pobrać. Na tym polega idea energetyki obywatelskiej zwanej też prosumencką, bo konsument staje się jednocześnie producentem. Niebawem wszyscy możemy stać się energetykami. Tylko co powiedzą na to polscy zawodowi energetycy, którzy bronią swoich przywilejów jak niepodległości?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Ukraińska kelnerka o swojej pracy w polskich hotelach

Kobiety traktują nas jak powietrze, mężczyźni często proponują nam seks, a dzieci uważają za służące, którym nie należy się szacunek – opowiada Ukrainka, która od czterech lat pracuje na polskim wybrzeżu.

Katarzyna Zdanowicz
17.07.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną