Rynek

Daleko do domu

Młodzi, bezrobotni, a co na to banki?

Aż 68 proc. dorosłych Polaków (w wieku 18–75 lat) deklaruje, że mieszka we własnym mieszkaniu lub domu. Aż 68 proc. dorosłych Polaków (w wieku 18–75 lat) deklaruje, że mieszka we własnym mieszkaniu lub domu. Martin Wierink / Alamy / BEW
Mnóstwo młodych Polaków odczuwa na własnej skórze szczególny rodzaj upośledzenia: brak zdolności kredytowej. Niskie zarobki, tzw. śmieciowe umowy o pracę powodują, że banki nie chcą im pożyczać pieniędzy. A oni akurat kredytów najbardziej potrzebują.
Wszędzie na świecie młodzi ciągną do dużych miast, bo tu szanse na pracę są większe.Yury salauyou/PantherMedia Wszędzie na świecie młodzi ciągną do dużych miast, bo tu szanse na pracę są większe.
Po zapłaceniu czynszu i odłożeniu środków na życie, na spłatę kredytu zostaje niewiele lub prawie nic. Takiemu lepiej nie pożyczać.Piotr Marciński/PantherMedia Po zapłaceniu czynszu i odłożeniu środków na życie, na spłatę kredytu zostaje niewiele lub prawie nic. Takiemu lepiej nie pożyczać.

Jeszcze przed kilku laty 20-, 30-latkowie dostawali kredyty hipoteczne bez problemu. Sugerowano im nawet, żeby pożyczali sumy większe, niż planowali. Nie tylko na mieszkanie, ale i na meble. Te same banki, które niedawno prześcigały się we wciskaniu kredytów każdemu, dziś coraz więcej rodzin uznają za kredytowo niezdolne: ich zdaniem maleje prawdopodobieństwo, że pożyczkę spłacą. A takim najlepiej nie pożyczać.

PKO BP odmawia na przykład kredytu hipotecznego już 12–13 proc. chętnych, w innych bankach odsetek odmów jest podobny i również rośnie. Akcja kredytowa wyraźnie zwolniła tempo. W przyszłym roku o kredyt, zwłaszcza hipoteczny, będzie jeszcze trudniej. Przewiduje się kolejny kilkunastoprocentowy spadek.

Także dlatego, że bankom z kolei śrubę przykręca nadzorca, czyli Komisja Nadzoru Finansowego. KNF, widząc, co się dzieje z bankami na świecie, próbuje te nasze uchronić przed kłopotami. Lepiej, żeby banki straciły trochę klientów, niż miały narazić się na niewypłacalność, pożyczając tym, którzy mogą mieć kłopoty. Na przykład stracą pracę. Wciąż żywa i bolesna jest pamięć o nieszczęściu, jakie przyniosły amerykańskie kredyty „subprime”, przyznawane niemal każdemu.

KNF dmucha na zimne. Według Związku Banków Polskich kredyty hipoteczne zaciągnęło w Polsce 1 mln 557 tys. rodzin. W sumie winne są bankom 283,4 mld zł. W porównaniu ze starą Unią to niedużo. Zaledwie równowartość 17 proc. rocznego PKB. Tam wartość zaciągniętych pożyczek hipotecznych stanowi odpowiednik 38 proc. PKB. Oni jednak biorą ten rodzaj pożyczek od dziesięcioleci, my obecny stopień zadłużenia osiągnęliśmy zaledwie w kilka lat w stanowczo zbyt szybkim tempie.

Jeszcze szybciej zapożyczały się kraje nadbałtyckie. Estonia ma dzisiaj stopień zadłużenia wyższy niż stara Unia – przekroczył 40 proc. PKB. Przerażeni własnymi długami są także Łotysze i Litwini, wielu dłużników nie radzi sobie ze spłatą. To oni stanowią dziś największe zagrożenie dla banków. Czesi i Węgrzy zadłużali się w podobnym tempie jak my, ale aż 10 proc. bratanków nie oddaje pożyczonych pieniędzy w terminie. A Polacy? Niecałe 2 proc. Za tymi dwoma procentami kryje się jednak dramat 30 tys. rodzin, które szamoczą się w pętli zadłużenia. Hipoteczny to zobowiązanie na wiele lat, nieraz dekad. Istnieje więc obawa, że kolejny kryzys grono takich dłużników powiększy.

Można powiedzieć, że w sprawie kredytów hipotecznych wykazaliśmy się sporą odpowiedzialnością. Rozwagi natomiast nieco nam brakowało przy zaciąganiu tak zwanych pożyczek konsumenckich, czyli na mniejsze sumy i krótsze terminy. Potrzebne nam one były na nowe samochody, pralki i telewizory. W Polsce to już odpowiednik 12 proc. PKB. Przekroczyliśmy więc unijne średnie zadłużenie (7 proc. PKB) i oddajemy gorzej niż mieszkaniowe. Łatwo się pożyczało, trudno zwraca.

Młody człowiek, bez zdolności

Ostrożność nadzorcy wydaje się więc uzasadniona. Zachęca banki, aby uważniej przyglądały się potencjalnym kredytobiorcom.

Najpierw, żeby zniechęcić ludzi do zadłużania się w walutach obcych, wysoko podniesiono progi dochodów, które powinni osiągać ubiegający się o kredyt. Mało kto tyle zarabia. Do franków szwajcarskich, przynajmniej na jakiś czas, Polacy wydają się już zniechęceni wystarczająco. Ale do zadłużania w rodzimej walucie – niekoniecznie. Więc KNF skłania banki do bardziej restrykcyjnej polityki. Jeśli dochody rodziny ubiegającej się o kredyt hipoteczny są niższe od przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce, rata nie może być wyższa niż połowa rodzinnego budżetu. W przypadku rodzin z dochodami większymi niż średnia płaca wysokość rat może sięgać 65 proc. Więcej bank zabrać nie ma prawa. Pożądany jest także wkład własny.

Same dochody jednak nie zbudują wysokiej zdolności kredytowej. Mariusz Dymowski, dyr. departamentu finansowania klientów indywidualnych w PKO BP, mówi, że każdy wniosek kredytowy należy oceniać indywidualnie. Szansę na pozytywne rozpatrzenie znakomicie zwiększa okoliczność, gdy oboje małżonkowie pracują, a ich dochody wydają się stabilne. Zmniejszają ją natomiast stałe obciążenia rodziny, a więc na przykład alimenty i, niestety, dziecko – najbardziej to pierwsze. Sytuację pogarszają także inne wzięte wcześniej pożyczki. Po oszacowaniu dochodów i odjęciu od nich kosztów stałych rodzinie powinna pozostać różnica, którą – ewentualnie – będzie mogła przeznaczyć na spłatę kredytu hipotecznego.

Ponieważ jednak kredyt to zobowiązanie trwalsze niż – niekiedy – małżeństwo, banki oceniają nie tylko obecną, ale próbują także przewidzieć przyszłą sytuację finansową klienta. Najlepsze rokowania są wtedy, gdy klient ma etat, a to – niestety – zdarza się coraz rzadziej zwłaszcza wśród młodych. Dyrektor zarządzający pionem klienta detalicznego PKO BP Szymon Wałach zapewnia, że umowy czasowe absolutnie szans na kredyt nie pozbawiają. Pod warunkiem, że były już przez pracodawcę przedłużane. Gdyby było inaczej, na sfinansowanie własnego mieszkania nie mogliby liczyć lekarze czy nauczyciele, z reguły zatrudniani na okresowe kontrakty. Podobnie traktowane są umowy zlecenia czy o dzieło, powszechny dziś sposób zatrudniania dziennikarzy czy grafików komputerowych. – Jak ktoś już miał dwie takie umowy i w dodatku przedstawi zaświadczenie od pracodawcy, że ma go zamiar w ten sposób zatrudniać nadal, może liczyć na pożyczkę. Gorzej, gdy usiłuje wziąć kredyt już przy pierwszej. Nie dostanie – tłumaczy Wałach.

Zdolność kredytowa dwuosobowej rodziny z dochodem miesięcznym 2,5 tys. zł oceniana jest przez bank na ok. 1200 zł. Tyle może wynosić jej miesięczna rata, którą oddawać będzie przez najbliższe 30 lat, żeby spłacić pożyczone ok. 170 tys. zł. W Warszawie może za to kupić dwupokojowe mieszkanie, oczywiście raczej nie w centrum. W Białymstoku lub Łodzi za 40 m zapłaci 140 tys. zł. Mieszkania, które młodzi obecnie kupują najczęściej, nie są większe jak 50–70 m kw.

Kredyt dwupokoleniowy

W Raiffeisen Bank Polska, któremu szefuje Piotr Czarnecki, też nie ma się co pokazywać z okresową (tzw. śmieciową) umową o pracę. – Nie znaczy to, że wszystkie osoby z umową na zlecenie albo na czas określony dostaną decyzję negatywną, tyle że muszą dobrze udokumentować swoją karierę zawodową. Przyzwyczailiśmy się przez te kilka lat do sytuacji, że kredyt hipoteczny należy się każdemu, a to nieprawda, nigdzie tak nie ma – tłumaczy prezes Czarnecki. Banki muszą być ostrożne, ponieważ w Polsce jeszcze nie został przetestowany jeden z elementów, na których się ten kredyt opiera na świecie (czyli egzekucja zakończona eksmisją). Jedynym zabezpieczeniem kredytodawcy jest wpis na hipotece, umożliwiający odebranie jego własności w sytuacji, gdy pożyczka nie jest spłacana. Tak się dzieje w innych krajach – teraz, masowo, w Stanach Zjednoczonych. Według wiedzy prezesa, żaden bank w Polsce egzekucji na bruk nie zastosował, choć nie wszyscy klienci spłacają zaciągnięte zobowiązania. Nasze prawo nakazuje bankowi przeniesienie dłużnika do mieszkania zastępczego. Musiałby je więc kupić, a to oznacza dodatkowe koszty. I zapewne wielką awanturę medialną, która mogłaby mocno nadszarpnąć wizerunek.

W PKO BP nawet o tym nie myślą. – Kredytobiorcom, którzy mają kłopoty finansowe, zawieszamy raty. Na sześć miesięcy, a nawet na rok – zapewnia dyrektor Wałach. I dodaje, że nie ma bardziej lojalnego klienta niż ten, któremu bank pomógł w trudnej sytuacji. Perspektywa, że portfel złych kredytów może rosnąć, znacznie studzi zapał banków do dalszego pożyczania.

 

Zdaniem prezesa Czarneckiego źródłem obecnej frustracji młodych nie jest utrudniony dostęp do kredytów hipotecznych, ale szklany sufit ograniczający awans. Czterdziestolatki, takie jak on, czy trzydziestolatki, jak wielu dyrektorów w Raiffeisen Bank, długo jeszcze będą zajmować swoje fotele, nie ustępując miejsca młodszym. – Dlaczego mieliby ustąpić, skoro są świetni? – retorycznie pyta prezes. Doskonale radzą sobie w burzliwych czasach. – Po co ich zamieniać na młodych i niedoświadczonych?

Zwłaszcza że cechy, jakie pracodawcy cenią dziś sobie najbardziej, nie są często spotykane u młodych starających się o pracę. Z najnowszych badań Wyższej Szkoły Psychologii Społecznej wynika, że popyt na obecnym rynku pracy zupełnie rozminął się z podażą. I to nie tylko pod względem specjalności. Także mentalności.Pracodawcy szukają pracowników zdyscyplinowanych, systematycznych i tanich. Częściej bez dyplomów, które w robocie się nie przydają, a znacznie zwiększają aspiracje finansowe. Jeśli takich znajdą, zechcą ich zatrzymać, także etatem. Natomiast młodzi pragną mieć robotę innowacyjną, kreatywną i dobrze płatną.

Niedopasowanie wygląda na strukturalne i może trwać długo. To także poważny problem dla banków, które żyją z pożyczania pieniędzy. Szukają więc sposobów wyjścia z impasu. W Hiszpanii, gdzie młodym o etat jeszcze trudniej niż u nas, zrodził się kredyt dwupokoleniowy, bardzo tam popularny. W Polsce udziela go m.in. PKO BP. Jego śladem idą także inne banki. – To dobry sposób dla młodych z umową śmieciową – wyjaśnia Szymon Wałach. – Wielu z nich, mimo braku etatu, zupełnie dobrze zarabia. Ale pożyczkę własnymi dochodami asekurują rodzice. W razie kłopotów przejmują zobowiązania, pod warunkiem, że ich zdolność kredytowa nie budzi zastrzeżeń. Dla banków to komfortowa sytuacja. Dla młodych rodzin sposób na uzyskanie środków na zakup własnego mieszkania. Z czasem, gdy się ustabilizują, asekuracja nie będzie już potrzebna.

Kupują, nie wynajmują

Aż 68 proc. dorosłych Polaków (w wieku 18–75 lat) deklaruje, że mieszka we własnym mieszkaniu lub domu. Badanie jest jeszcze ciepłe, Millward Brown SMG/KRC przeprowadził je we wrześniu obecnego roku. 22 proc. badanych mieszka wraz z rodzicami lub teściami, zaś tylko 9 proc. wynajmuje lokum. W stosunkowo ubogim społeczeństwie, jakim jesteśmy, to sytuacja zdumiewająca. Prawie 70 proc. badanych jest właścicielami! Ale po prostu nie ma innego wyjścia. W Polsce po 20 latach budowy gospodarki rynkowej nie rozwinął się prawdziwy rynek tanich mieszkań na wynajem. Powody są dwa.

Kolejne rządy mniej lub bardziej udolnie wspierały budownictwo mieszkaniowe, ale pomoc polegała zwykle na dofinansowaniu zakupu własnego mieszkania. Najczęściej państwo brało na siebie ciężar sfinansowania części odsetek od kredytu hipotecznego. Na takich zasadach działa coraz nędzniej obecnie finansowany program Rodzina na Swoim (ach ta dziura budżetowa!), który PiS obiecuje po wyborczym zwycięstwie ożywić. Ma on jednak tę wadę, że w jego ramach na wsparcie podatników mogły liczyć rodziny w stosunkowo niezłej sytuacji materialnej. Takie, które bank uznał za wydolne kredytowo. Młodzi, będący w sytuacji gorszej, na przykład na umowach czasowych – na pomoc państwa liczyć nie mogą. Mimo że to raczej im należałoby pomagać.

Za mniejsze pieniądze państwo mogłoby pomóc o wiele większej grupie rodzin, wspomagając budowę tanich mieszkań na wynajem. Albo, jeszcze lepiej, dopłacając młodym ludziom do czynszu. Dyrektor Szymon Wałach, który swoją pierwszą pracę podejmował w Nowym Jorku, dojeżdżał do niej półtorej godziny. Na wynajęcie mieszkania bliżej nie było go stać. – W dużych miastach mieszkania na wynajem nie mogą być w centrum – uważa. – Problem dojazdu powinien rozwiązać sprawny transport publiczny. Tymczasem w Warszawie młodzi nie mają gdzie mieszkać, a 10 tys. pustych nowych mieszkań nie znajduje nabywcy. Tyle że to lokale w apartamentowcach. Ludzie nie mają pieniędzy, ani aby je kupić, ani wynająć. Są za drogie, niedopasowane do potrzeb młodej rodziny na życiowym starcie. W tej sprawie podaż również rozminęła się z popytem.

Autorzy programu Prawa i Sprawiedliwości wskazują, co hamuje inwestorów prywatnych przed zarabianiem na budowie tanich mieszkań na wynajem. To złe prawo, które obiecują zmienić. Nie mówią jednak, co to dokładnie znaczy. A oznaczać musi możliwość eksmisji bez konieczności zapewnienia mieszkania zastępczego. Tymczasem politycy tak poprawili przed laty ustawę o ochronie lokatorów, że pozbawili właścicieli prawa dysponowania ich własnością. Rodzina, która wynajmuje cudzy lokal, jeśli nie zechce, praktycznie może się już z niego nie wyprowadzić. Nadmierna ochrona jednej ze stron powoduje, że ci, którzy lokale mają i chcą je wynajmować – robią to na czarno. Wtedy łatwo się niesolidnego lokatora pozbyć. Jest on pozbawiony jakichkolwiek praw. Nastąpił przechył w drugą stronę.

Wszędzie na świecie młodzi ciągną do dużych miast, bo tu szanse na pracę są większe. W Londynie, Dublinie czy Berlinie zaczynają start nie od zaciągnięcia kredytu hipotecznego, ale od wynajęcia jakiegoś lokum, nierzadko wspólnie z kimś. W Warszawie, Krakowie czy Poznaniu to lokum, w stosunku do ich zarobków, jest o wiele droższe. Zamiast stanowić etap przejściowy, pozbawia szans na stabilizację mieszkaniową, wpędza ludzi w ślepy zaułek. Bowiem dla banku osoba wynajmująca mieszkanie, nawet przy nie najgorszych zarobkach, nie ma zdolności kredytowej. Po zapłaceniu czynszu i odłożeniu środków na życie, na spłatę kredytu zostaje jej niewiele lub prawie nic. Takiemu lepiej nie pożyczać.

W znacznie bogatszych społeczeństwach wcale nie wszyscy są właścicielami lokali, w których mieszkają. Część w przyszłości chce pójść na swoje, inni jednak zawsze będą wynajmować. To ich finansowo nie rujnuje, a zawodowo czyni bardziej mobilnymi. U nas, jak wynika z badania Millward Brown SMG/KRC, osoby wynajmujące mieszkanie są najbardziej zdeterminowane, by ten stan rzeczy zmienić. Aż 41 proc. już w ciągu najbliższego roku, kolejne 25 proc. – najdalej do dwóch lat. Jest mało realne, by państwo tak mogło pomóc młodym, żeby wszyscy chętni zaciągnęli kredyty hipoteczne. Ale do większej podaży tanich mieszkań na wynajem musi szybko przyłożyć rękę.

Polityka 40.2011 (2827) z dnia 27.09.2011; Rynek; s. 36
Oryginalny tytuł tekstu: "Daleko do domu"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Nauka

Skąd dramatyczne wahania liczby infekcji covid-19?

Czym tłumaczyć gwałtowny spadek raportowanych zakażeń koronawirusem? Rozmawiamy z dr. Franciszkiem Rakowskim z ICM, który modeluje przebieg pandemii od samego jej początku.

Karol Jałochowski
26.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną