Przedwojenne akcje - współczesny kłopot

Papierowa fortuna
Akcje przedwojennych spółek znów są w cenie. Jeszcze niedawno były makulaturą, a dziś bywają drogą do wielkiego majątku. Często drogą na skróty.
Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie orzekł, że spółka Giesche nie może rościć praw do majątku przedwojennego koncernu, bo nie ma do tego prawnego tytułu.
Krzysztof Matuszyński/Edytor.net

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie orzekł, że spółka Giesche nie może rościć praw do majątku przedwojennego koncernu, bo nie ma do tego prawnego tytułu.

Budynki kiedyś należące do kopalni Georg Von Giesches Erben.
Krzysztof Matuszyński/Edytor.net

Budynki kiedyś należące do kopalni Georg Von Giesches Erben.

Praktyka jest taka, że w wyniku podwyższenia kapitału przedwojenne akcje stają się ułamkami procentów realnych wartości.
Janusz Fila/Forum

Praktyka jest taka, że w wyniku podwyższenia kapitału przedwojenne akcje stają się ułamkami procentów realnych wartości.

Giesche SA była wyjątkowa: miała 172 mln zł kapitału zakładowego, podzielonego na 172 akcje po milion zł.
Maciej Jarzebiński/Forum

Giesche SA była wyjątkowa: miała 172 mln zł kapitału zakładowego, podzielonego na 172 akcje po milion zł.

W polskim przedwojennym rejestrze handlowym figurowało ok. 170 tys. spółek, z czego ok. 3 tys. to spółki akcyjne.
Janusz Fila/Forum

W polskim przedwojennym rejestrze handlowym figurowało ok. 170 tys. spółek, z czego ok. 3 tys. to spółki akcyjne.

W Sądzie Okręgowym w Warszawie czeka na rozpoznanie sprawa przeciwko czterem posiadaczom przedwojennych akcji Giesche SA z Katowic i ich pełnomocnikowi. Prokuratura Okręgowa w Tarnobrzegu oskarżyła ich o próbę wyłudzenia 341 mln zł. Proces może się stać precedensem dotyczącym reaktywacji przedwojennych spółek na podstawie akcji kupionych na rynku kolekcjonerskim.

W polskim przedwojennym rejestrze handlowym figurowało ok. 170 tys. spółek, z czego ok. 3 tys. to spółki akcyjne. Giesche SA była jednak wyjątkowa: miała 172 mln zł kapitału zakładowego, podzielonego na 172 akcje po milion zł (Bank Polski miał tylko 100 mln zł kapitału). To robiło wrażenie, bo typowe akcje miały wartość nominalną 100 zł.

Choć historia spółki Giesche sięga XVIII w., to dla aktualnych rozstrzygnięć ważne są jej losy po 1922 r. W wyniku podziału Górnego Śląska 80 proc. koncernu zaliczanego do największych przedsiębiorstw Europy znalazło się w Polsce. W 1926 r. spadkobiercy Giesche uznali, że Polska utrudnia funkcjonowanie firmy z kapitałem niemieckim i za 4 mln dol. sprzedali ją amerykańskiemu holdingowi Silesian – American Corporation (SACO). Wszystkie akcje zdeponowane zostały w Guaranty Trust w Nowym Jorku.

W czasie drugiej wojny światowej kontrolę nad spółką przejęła III Rzesza. Zapewne dlatego w 1946 r. została uznana za przedsiębiorstwo niemieckie i znacjonalizowana bez odszkodowania. USA natychmiast ostro zareagowały. Amerykanie – znając nowe realia ustrojowe – nie kwestionowali samej nacjonalizacji. Uważali jednak, że Polska nie może jej przejąć bez odszkodowania dla SACO będącego jedynym właścicielem Giesche SA. Negocjacje były trudne. USA chciały początkowo za spółkę Giesche 117 mln dol. Stanęło na 40 mln spłacanych w ratach po 2 mln dol. rocznie (częściowo węglem). W 1968 r. akcje znacjonalizowanych w Polsce firm amerykańskich w 44 pojemnikach trafiły do Warszawy. W tym papiery Giesche SA. Miały być zdeponowane w Ministerstwie Finansów. Odnaleziono list przewozowy, ale nie ma dokumentu, że tak faktycznie się stało. Zapewne gdzieś w tym resorcie leżały.

W śledztwie ustalono, że we wrześniu 1985 r. akcje spółki Giesche, wraz z innymi papierami przedwojennych podmiotów gospodarczych, trafiły do skupu makulatury. Wypatrzył je magazynier i za niewielką kwotę odkupił; w tym 80–90 akcji Giesche. Przemiału uniknęły też pozostałe akcje. Zainteresował się nimi Ryszard Kowalczuk, właściciel największego w kraju zbioru historycznych papierów wartościowych. Potem pojechał z akcjami na Jarmark Dominikański, gdzie poznał Marka N. (dziś jednego z oskarżonych), początkującego kolekcjonera. W wyniku handlu i wymian kolekcjonerskich Kowalczuk zebrał 100 akcji Giesche.

Spółka odrodzona

Po 2000 r. modnym tematem rozmów posiadaczy przedwojennych akcji stała się sprawa reaktywacji spółek. Mówiło się wówczas, że papiery przedwojennych firm mogą zostać objęte ustawą reprywatyzacyjną. Giesche kusił swoją skalą. Kiedy okazało się, że spółka wciąż istnieje w rejestrach handlowych, bo zapomniano ją stamtąd wykreślić, Marek N. wraz ze skupioną wokół siebie grupą zaryzykowali. W marcu 2005 r. namówili Kowalczuka do sprzedaży akcji po 2 tys. zł za sztukę. Kupowali też w kilku innych miejscach i w sumie zgromadzili ich 118.

W tym samym roku Sąd Rejonowy w Katowicach wydał zgodę na Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy, podwyższenie kapitału do wymaganej wówczas kwoty 500 tys. zł (przedwojenne 172 mln zł, po denominacjach to obecnie... 172 zł) i wybór nowych władz. Prezesem wskrzeszonej Giesche SA został Marek N. Sąd rejestrowy postanowił wpisać reaktywowaną spółkę do Krajowego Rejestru Sądowego. Kiedy do sądów trafiły pierwsze pozwy o zwrot nieruchomości, bo okazało się, że Giesche nadal figuruje w kilkudziesięciu księgach wieczystych jako właściciel, Katowicami zatrzęsło z oburzenia.

Choć nie była pierwszą spółką odrodzoną w dziwnych okolicznościach, to skala roszczeń „reaktywowanej” Giesche wobec Skarbu Państwa i Katowic była tak ogromna, że podziałała jak zimny prysznic na organy ścigania i ustawodawcę. Nie mogło być inaczej: spółka, która uważa się za sukcesora przedwojennej firmy Giesche – informował prokuraturę i ABW w sierpniu 2007 r. prezydent Katowic Piotr Uszok – żąda ok. 30 proc. aktualnego obszaru miasta! Do tego nowa Giesche zwróciła się do ministra gospodarki o unieważnienie decyzji o nacjonalizacji z 1946 r. dotyczących kopalń, hut i innych wielkich zakładów będących w II Rzeczpospolitej własnością starej Giesche na Śląsku. To majątek idący w dziesiątki miliardów złotych. Stąd w dwóch śledztwach zaczęto prześwietlać nową i przy okazji starą Giesche. W Tarnobrzegu – jak przedwojenne akcje trafiły do obecnych posiadaczy i czy doszło do usiłowania oszustwa? W Katowicach – czy sąd rejestrowy, godząc się na wpisanie Giesche w 2005 r. do KRS, nie został wprowadzony w błąd?

Dr Tomasz Pietrzykowski z Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Śląskiego, pełnomocnik prezydenta Katowic w sprawach roszczeń Giesche, uważa, że błędem sądu było wskrzeszenie spółki. – Samo istnienie wpisu w rejestrze handlowym uznano za nieprzerwane istnienie od lat przedwojennych, a posiadanie akcji za tytuł prawny do statusu uprawnionego akcjonariusza. To byłoby oczywiste, gdybyśmy mieli do czynienia z normalnym funkcjonowaniem prawa od początku II Rzeczpospolitej. – Ale polski system gospodarczy i związane z nim papiery wartościowe – zwraca uwagę Pietrzykowski – rozjechane zostały walcem historii.

Była wojna, okupacja, hitlerowcy przejęli banki z depozytami, gigantyczna ilość dokumentów uległa zniszczeniu w Powstaniu Warszawskim. Potem nacjonalizacja i zamrożenie prawa handlowego na pół wieku. Niegdysiejsze papiery wartościowe lądowały w piecach, na śmietnikach lub w szafach kolekcjonerów. – Bez kontekstu historycznego nie można w Polsce reaktywować żadnej spółki – uważa Pietrzykowski. – A tu wyraźnie tak zrobiono. Na podstawie akcji kolekcjonerskich, które nie niosą ze sobą żadnych praw majątkowych.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną