Rynek

Południe chudnie

Jak Europa zaciśnie pasa w 2012 roku

Bezdomny Grek żebrze na ulicy w Atenach. Bezdomny Grek żebrze na ulicy w Atenach. Maro Kouri / Polaris / EAST NEWS
Na południu Europy rozgrywa się prawdziwy dramat. Mieszanina drastycznych podwyżek podatków i bezwzględnych cięć pensji to cena za kryzys strefy euro.
Portugalski parlament drastycznie podniósł podatek VAT na jedzenie w restauracjach. Wcześniej do rachunku trzeba było doliczyć 13 proc., a teraz aż 23 proc.Jose Manuel Ribeiro/Reuters/Forum Portugalski parlament drastycznie podniósł podatek VAT na jedzenie w restauracjach. Wcześniej do rachunku trzeba było doliczyć 13 proc., a teraz aż 23 proc.
Polityka

Portugalia

Wieczorami, na małej uliczce niedaleko placu króla Pedro IV w centrum Lizbony, zaczyna się specyficzne polowanie. Kelnerzy z okolicznych restauracji nie czekają bezczynnie na gości. Jedni natarczywie zaczepiają zamożniej wyglądających przechodniów, inni rozdają ulotki, jeszcze inni podtykają w biegu otwarte karty dań i zachwalają specjalności zakładu. Zadanie mają niełatwe, bo turystów poza sezonem niezbyt wielu, a dla miejscowych nadeszły naprawdę ciężkie czasy. Kryzys w pełni: płace spadają, nie ma pracy.

Jakby mało było dotychczasowych problemów, portugalski parlament drastycznie podniósł podatek VAT na jedzenie w restauracjach. Wcześniej do rachunku trzeba było doliczyć 13 proc., a teraz aż 23 proc. I jak tu nagabywać przechodniów, którzy boją się teraz nawet myśleć, ile zapłacą za dobry obiad z owoców morza – specjalność wielu restauracji na uliczce noszącej dumną nazwę Rua das Portas de Santo Antăo.

Portugalia to dobry przykład tego, co czeka wielu Europejczyków w tym roku. Dotychczasowe oszczędności okazały się za małe, więc nowy rząd, aby spełnić przyrzeczenia dane MFW, zaoferował swojemu krajowi budżet, jakiego wielu Portugalczyków nie wyobrażało sobie nawet w najgorszych koszmarach. Podwyżka VAT na wiele produktów i usług to tylko początek. Jedynie żywność pozostanie objęta obniżoną stawką. W innych przypadkach, podobnie jak w restauracjach, trzeba będzie doliczać do rachunku 23 proc. Drastyczne cięcia rząd zaordynował budżetówce. Zamiast masowo zwalniać, wybrano inny wariant – większość pracowników nie dostanie dodatku wakacyjnego i świątecznego, odpowiedników 13 i 14 pensji. Zatem roczne dochody wielu Portugalczyków spadną o 15 proc. Pracownicy firm prywatnych nie będą mieli wiele lepiej. O podwyżkach mogą zapomnieć i cieszyć się, jeśli utrzymają posadę. Co więcej, rząd pozwolił właścicielom przedsiębiorstw wydłużyć czas pracy o pół godziny dziennie bez jakiejkolwiek rekompensaty. Wielu z pewnością z tego skorzysta, podchwytując powtarzany przez ekonomistów argument, że w Portugalii wydajność pracy jest zdecydowanie za niska.

To nie koniec zaciskania pasa. Rządząca koalicja zauważyła, że Portugalczycy to jeden z najczęściej świętujących narodów w Europie. Postanowiła zlikwidować dwa dni świąt państwowych i uzgodniła z Kościołem katolickim skreślenie dwóch świąt religijnych (Boże Ciało i Wniebowzięcie NMP). To także ma zwiększyć produktywność.

Prawdziwe rozmiary cięć nie są jeszcze tak naprawdę na południowo-zachodnim krańcu Europy znane. Z powodu olbrzymiego długu spółek komunikacji miejskiej Lizbona rozważa np. likwidację kilkunastu linii autobusowych i zamykanie metra aż o dwie godziny wcześniej – już o 23 zamiast o 1 w nocy. Zawieszone zostaną przewozy na peryferyjnych liniach kolejowych i znacznie zdrożeją przejazdy tak podziwianymi przez cudzoziemców autostradami. Jakie te wszystkie niepopularne decyzje przyniosą efekty? Dla budżetu na krótką metę pozytywne, bo dzięki nim deficyt Portugalii ma się zmniejszyć do 4,5 proc. PKB. Przy tak drastycznych cięciach gospodarkę czeka jednak głęboka recesja. Nie może być inaczej, skoro Portugalczycy zaczną nagle zarabiać mniej, a ceny z powodu podwyżek podatków pójdą w górę.

Grecja

Tytuł pioniera w zaciskaniu pasa w Europie zdecydowanie należy się jednak Grecji, której mieszkańcy przestali już liczyć kolejne pakiety oszczędnościowe. Przypominają one zresztą zaklęty krąg. Aby spełnić obietnice dotyczące redukcji deficytu, rząd w Atenach ogłasza program cięć i podwyżek podatków. Po wprowadzeniu go w życie recesja się pogłębia, wpływy państwa spadają, a wydatki, na przykład na zasiłki dla coraz większej armii bezrobotnych, rosną. Czyli wymagany przez Komisję Europejską, MFW i Europejski Bank Centralny cel nie zostaje osiągnięty. Co wówczas musi zrobić rząd? Oczywiście przedstawić kolejny pakiet oszczędnościowy, czyli dolać benzyny do pożaru trawiącego grecką gospodarkę. W 2011 r. skurczyła się ona o ok. 6 proc., a w tym prawdopodobnie nie będzie wiele lepiej. Ale nikt dla Grecji innej recepty nie znalazł.

Pierwsze sposoby ratowania budżetu były niemal rutynowe. W górę poszedł podatek VAT, który w dwóch krokach zwiększono z 19 do 23 proc. Tak jak w Portugalii ograniczono 13 i 14 pensje w budżetówce oraz dodatki dla emerytów. Teraz więc trzeba być już bardziej kreatywnym. Poprzedni rząd wpadł na pomysł, aby dobrać się do najważniejszej części majątku swoich obywateli – nieruchomości. Wprowadzono podatek od ich wartości, wyliczany w zależności od lokalizacji mieszkania czy domu, jego wieku oraz wielkości. Ale wiadomo było, że jeśli fiskus spróbuje ściągać nową daninę w tradycyjny sposób, wpływy z niej będą minimalne, bo większość Greków takiego podatku po prostu nie zapłaci. Rząd zastosował zatem sprytną, jak mu się wydawało, metodę. Podatek od nieruchomości kazał doliczać do rachunku za prąd, grożąc, że kto będzie próbował oszukiwać, straci dostęp do energii elektrycznej. Greccy politycy jak zwykle nie docenili jednak swoich obywateli. W obronie osób uboższych stanęli związkowcy z energetycznego giganta DEI i zapowiedzieli, że nie pozwolą, aby niepłacącym podatku od nieruchomości wyłączać prąd. Najbliższe miesiące pokażą, jak efektywne będzie ściąganie pieniędzy od greckich rodzin. Na razie, aby uspokoić nastroje, rząd wydłużył listę osób zwolnionych z tej kryzysowej daniny.

Także pod innymi względami Grecja jest na następnym etapie zaciskania pasa w porównaniu z resztą południa. Wiadomo już, że samo cięcie płac urzędnikom nie wystarczy. 30 tys. starszych pracowników zostanie zatem wysłanych na tzw. postojowe – będą dostawać tylko 60 proc. dotychczasowego wynagrodzenia, a jeśli nie znajdzie się dla nich szybko praca, zostaną przeniesieni na emeryturę. Młodsi, którzy pozostaną na swoich stanowiskach, muszą liczyć się z kolejnymi cięciami pensji, sięgającymi 20–30 proc.

Cel tych posunięć jest jasny i w długiej perspektywie na pewno korzystny dla greckiej gospodarki. Dzięki zmniejszeniu urzędniczej armii biurokracja będzie pochłaniać mniejszą część budżetu. Ale konsekwencje w tym roku okażą się dramatyczne dla i tak chorej gospodarki – jeszcze mniej pieniędzy w greckich portfelach, jeszcze niższe wydatki, bankructwa kolejnych firm i rosnące bezrobocie, które może dojść do 20 proc. Nikt zatem w Grecji nie wierzy, że to już ostatni pakiet oszczędnościowy.

 

Włochy

We Włoszech także nikt nie sądził, że pierwsze porządne cięcia, przyjęte w ostatnich dniach urzędowania Silvio Berlusconiego, okażą się wystarczające. Były premier zdołał przed swoją dymisją przeforsować mocno spóźnione oszczędności. Zapowiedział podniesienie podatku VAT z 20 do 21 proc., zamrożenie pensji w budżetówce oraz wprowadzenie specjalnego podatku od zysków firm energetycznych. Ci Włosi, którzy sądzili, że to dopiero początek, mieli rację. Na kolejne cięcia trzeba było czekać mniej niż miesiąc.

Nowy premier Mario Monti na początku grudnia ogłosił, że mieszkańców Italii czekają kolejne wyrzeczenia. VAT wzrośnie w październiku do 23 proc. Wraca podatek od nieruchomości, który będzie pobierany również w przypadku posiadania tylko jednego domu czy mieszkania. Ta danina już wcześniej istniała, ale zlikwidował ją sam Silvio Berlusconi, gdy po raz trzeci objął rządy w 2008 r. Włosi niedługo odpoczywali zatem od tego podatku.

Klucz reform Montiego to, podobnie jak w wielu innych krajach, podnoszenie wieku emerytalnego. Do tej pory Włoszki cieszyły się jak Polki możliwością kończenia pracy w wieku 60 lat. Teraz zacznie się to zmieniać. Oczywiście reformy emerytalne, wprowadzane zawsze stopniowo, nie przyniosą na razie oszczędności. Są jednak swoistym papierkiem lakmusowym stosunku rządu do reform, przynajmniej w oczach rynków finansowych. Nawet Francuzi, aby ratować swoją ocenę kredytową, zaczną podnosić wiek emerytalny z 60 do 62 lat. Choć na efekty tych zmian przyjdzie jeszcze poczekać, to inne cięcia Francja odczuje znacznie szybciej, bo już w tym roku. Oszczędności, choć nie tak drastyczne jak w Grecji czy w Portugalii, nie są bowiem ograniczone tylko do walczących o przetrwanie państw południa.

Francja i Belgia

Dla ratowania swej wiarygodności także Francja zdecydowała o podwyżce VAT na część produktów i usług z 5,5 do 7 proc., zwiększeniu podatku od zysków kapitałowych z 19 do 24 proc. oraz obłożeniu tymczasowo większymi daninami dużych przedsiębiorstw. Cięcia dotkną w tym roku też Belgów, którzy jednak bezwzględnym rynkom finansowym mogą z jednego powodu być wdzięczni. Dopiero gwałtowny wzrost oprocentowania belgijskich obligacji wymusił sformowanie nowego rządu po ponad 500 dniach negocjacji. A gdy Belgom w oczy zajrzało widmo bankructwa, nagle okazało się, że w kilka dni można osiągnąć między Walonami a Flamandami kompromis, na który wcześniej kraj bezskutecznie czekał miesiącami.

Niemcy

Wyjątkiem są Niemcy, które zamiast zaciskać, zaczęły lekko popuszczać pasa. Mogą to przed wyborami zrobić, bo wcześniej prowadziły politykę wyrzeczeń. Aby poprawić swoje notowania, rządząca koalicja postanowiła nieco obniżyć podatki! Co ciekawe, spotkało się to z chłodną reakcją opinii publicznej, która woli redukować wysoki dług publiczny, niż rozdawać pieniądze w niepewnych czasach. Tymczasem Angela Merkel i jej koalicyjni partnerzy stwierdzili, że lepiej znają potrzeby swojego narodu. W 2012 r. lekko spadnie składka emerytalna w Niemczech, a w następnym odrobinę mniej wyniesie podatek dochodowy. Poza tym osoby wychowujące dzieci w domu i nieposyłające ich do żłobka czy przedszkola dostaną od państwa prawdopodobnie 150 euro miesięcznie.

Gdy południe tnie, jak może, Niemcy korzystają z dobrej kondycji swojej gospodarki, choć i tak robią to w sposób bardzo ostrożny. Wielu zagranicznych obserwatorów, z amerykańskim ekonomistą Josephem Stiglitzem na czele, uważa, że powinny one prowadzić w kryzysie strefy euro zupełnie inną politykę. Zachęcają oni Niemców do zwiększania deficytu i większego importu towarów z południa Europy. To Niemcy, jako największy konsument, powinni wspierać resztę Europy, bo mogą sobie na to pozwolić.

Ten sposób rozumowania nie znajduje akceptacji w Berlinie. Tam uważa się, że drastyczne oszczędności na południu kontynentu to jedyna właściwa droga do celu, czyli do zwiększenia konkurencyjności gospodarki i obniżki kosztów pracy. Co to oznacza w rzeczywistości, będziemy mogli się przekonać w tym roku. Południe najpierw musi przetrwać drakońską kurację odchudzającą.

Polityka 01.2012 (2840) z dnia 03.01.2012; Rynki; s. 58
Oryginalny tytuł tekstu: "Południe chudnie"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Świat

Gdzie na świecie aborcja jest legalna, a gdzie kobiety muszą ją wykonywać w podziemiu?

Co roku na świecie dokonuje się ponad 40 mln aborcji – głównie w tych krajach, gdzie poziom wiedzy na temat antykoncepcji jest niski.

Redakcja
22.10.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną