Rynek

Lewar z lewej

Jak państwa wspierają gospodarkę

„Państwowe banki, uczestnicząc w inwestycjach, muszą działać tak jak prywatne. Inaczej straty pokryją płatnicy”. „Państwowe banki, uczestnicząc w inwestycjach, muszą działać tak jak prywatne. Inaczej straty pokryją płatnicy”. Janusz Kapusta / Corbis
Przedstawiony przez premiera program „Inwestycje polskie”, w którym będzie uczestniczył państwowy bank BGK, nie jest oryginalny. Francja, Niemcy czy Włochy takie narzędzia stosują od dawna. Dziś mogą pomóc wyciągnąć Europę z kryzysu. Ale ryzyko też jest spore.
„Publiczne banki mogą odegrać pożyteczną rolę w ratowaniu Europy przed recesją i inwestycyjnym marazmem. Nie znaczy to jednak, że nie mają wad i nie mogą powodować zagrożeń”.Janusz Kapusta/Corbis „Publiczne banki mogą odegrać pożyteczną rolę w ratowaniu Europy przed recesją i inwestycyjnym marazmem. Nie znaczy to jednak, że nie mają wad i nie mogą powodować zagrożeń”.

Najwięcej entuzjazmu w tej dziedzinie wykazują obecnie Francuzi. Jeszcze podczas kampanii wyborczej François Hollande obiecał rodakom, że państwo silnie wesprze miejscowe firmy, wspomoże rynek pracy. Teraz lewicowy prezydent próbuje spełnić swoje obietnice. Bank Inwestycji Publicznych (BIP) powstaje po to, żeby pomagać francuskim firmom, które chcą się rozwijać, mają ciekawe projekty, ale, niestety, przestraszone kryzysem banki komercyjne nie pożyczają im pieniędzy albo żądają horrendalnych odsetek.

Państwowych banków, które mają realizować rządowe programy wspierania gospodarki, przybywa. Najpierw trzeba im co prawda dać na start spory kapitał, ale później można je wypuścić na głębokie wody rynków finansowych. Mają państwowe gwarancje, więc w przypadku krajów wciąż uważanych za bezpieczne (np. Niemcy, Francja) bez problemu znajdą kupców na własne obligacje lub będą mogły zaciągać pożyczki pod ich zastaw. Dzięki temu są w stanie zwielokrotnić swoje finansowe możliwości, a co najważniejsze, tego rodzaju aktywność finansowa nie powiększa długu publicznego, bo zobowiązania banków, nawet państwowych, nie są do niego dopisywane. To jest właśnie druga główna zaleta tego rodzaju instytucji: państwo za ich pośrednictwem próbuje pobudzać rozwój gospodarczy, ale samo przy tej okazji oficjalnie się nie zadłuża.

Finansowe ramię rządu

Ironia losu polega na tym, że rządy na własne potrzeby wykorzystują mechanizm lewarowania (tzw. dźwigni finansowej), który jednocześnie ostro krytykują jako jedno ze źródeł obecnego kryzysu. Najwyraźniej jednak doszły do wniosku, że lepiej skorzystać i z takiej możliwości, niż bezczynnie patrzeć na narastające kłopoty.

Także w Polsce mamy instytucję funkcjonującą jako finansowe ramię rządu. To założony w 1924 r. i przywrócony do życia po upadku komunizmu Bank Gospodarstwa Krajowego (BGK). Do tej pory jego możliwości wspomagania gospodarki były stosunkowo niewielkie. Zajmuje się realizacją takich programów jak Rodzina na Swoim czy dopłaty do termomodernizacji oraz rozliczaniem unijnych funduszy. Teraz BGK zostanie wzmocniony kapitałowo, a służyć temu mają akcje części spółek, w których państwo ma udziały.

BGK może wzorować się choćby na niemieckim Kreditanstalt für Wiederaufbau (KfW). Ten bank powstał w RFN krótko po II wojnie światowej i miał pomóc w odbudowie kraju po zniszczeniach wojennych. Początkowy kapitał, dzięki któremu ta instytucja mogła zacząć działać, pochodził ze środków planu Marshalla. Dziś potężny KfW jest trzecim największym bankiem w Niemczech. Ma wiele zadań, począwszy od wspierania małych i średnich przedsiębiorstw, przez pożyczanie na modernizację budynków i energię odnawialną, aż po pomoc eksporterom i przekazywanie pomocy rozwojowej najuboższym regionom świata. Jego właścicielem pozostaje państwo niemieckie i tamtejsze kraje związkowe. Wiarygodność KfW jest oceniana równie wysoko jak niemieckich obligacji, a to oznacza, że dzięki najlepszemu ratingowi AAA bank może tanio i bez problemu pożyczać pieniądze.

Fakt, że dopiero teraz podobny bank tworzy Francja, nie powinien nikogo zmylić. W rzeczywistości jest to po prostu połączenie wielu dotychczas działających instytucji i kolejne wzmocnienie roli państwa w gospodarce. Dla francuskich polityków, bez względu na partyjną przynależność, zawsze wydawała się ona oczywista. W kryzysie ma być szczególnie istotna, by zapobiec przenoszeniu miejsc pracy i całych fabryk do tańszych krajów i chronić branże przemysłowe, w których Francja jest eksportowym potentatem, jak energia atomowa czy szybkie koleje.

Francuskie rozwiązania

Do tej pory Francuzi już na wiele sposobów wykorzystywali siłę państwa dla wspomagania prywatnego biznesu. Poprzedni prezydent Nicolas Sarkozy na początku swojej kadencji stworzył Strategiczny Fundusz Inwestycji (SFI) pomyślany jako odpowiednik potężnych chińskich czy arabskich funduszy inwestycyjnych. W przeciwieństwie do nich SFI kupuje udziały nie za granicą, a w dobrze rokujących spółkach francuskich, które stawiają na nowe technologie bądź mają szansę wejść do ekstraklasy eksporterów. Do Funduszu po jego powstaniu przeniesiono niewielkie udziały francuskiego skarbu państwa w różnych strategicznych spółkach, m.in. Air France czy Renault. Ten sam manewr chce teraz powtórzyć polski rząd, gromadząc w ten sposób kapitał na start dla programu „Inwestycje polskie” – na początku w ramach BGK, a później być może specjalnie utworzonej w tym celu spółki.

Dotychczas obok Funduszu Francuzi wykorzystywali także inne narzędzia wspierania przedsiębiorstw i eksportu. Teraz wszystkie będą zgromadzone w Banku Inwestycji Publicznych. Jego udziałowcami będą po połowie państwo oraz Kasa Depozytów i Konsygnacji. Ta instytucja to kolejny przykład ingerencji państwa w gospodarkę, ale bez korzystania z budżetu. Wśród wielu jej zadań jest m.in. finansowanie taniego budownictwa. Kasa przechowuje część pieniędzy, jakie Francuzi wpłacają na specjalny rachunek oszczędnościowy nazwany „Livret A”, wymyślony prawie dwieście lat temu, gdy kraj podnosił się po klęsce napoleońskiej. To korzystnie oprocentowana lokata, zwolniona z podatku od zysków kapitałowych. Każdy Francuz może założyć jedną taką książeczkę i trzymać na niej maksymalnie ok. 20 tys. euro. Co ważne, choć takie rachunki prowadzą dziś bardzo różne banki, dwie trzecie kwot muszą przekazywać w zarządzanie właśnie Kasie Depozytów i Konsygnacji, a ona ma pieniądze, aby tanio pożyczać na socjalne budownictwo i rewitalizację miast.

Francuskie rozwiązania są szczególne i w aż tak szerokim zakresie pewnie nie dałoby się ich skopiować. W Polsce zaufanie obywateli do państwa jest wyraźnie mniejsze. Jednak sama idea banku z publicznym kapitałem, pomagającego m.in. mniejszym i średnim przedsiębiorstwom, jest coraz bardziej popularna również w innych krajach.

Co zrobią Brytyjczycy?

Brytyjczycy z coraz większą zazdrością spoglądają na Niemców, Francuzów, a nawet Włochów, którzy również mają swoją Kasę Depozytów i Pożyczek wspierającą publiczne inwestycje i pomagającą firmom. Z powodu kryzysu brytyjscy politycy zaczęli się zastanawiać nad stworzeniem odrębnego banku państwowego. Zażądał tego niedawno od rządu lider opozycyjnej Partii Pracy Ed Miliband. Według danych Eurostatu w 2007 r. aż 88 proc. wniosków o kredyt małych i średnich brytyjskich firm zakończyło się sukcesem. Natomiast w 2010 r. pieniądze dostało już tylko 65 proc. chętnych.

Pomysł Partii Pracy popierają uczestniczący w koalicji Liberalni Demokraci, a nawet przerażeni kolejną recesją konserwatyści poważnie się nad nim zastanawiają. Problem w tym, że według brytyjskich ekonomistów taka instytucja, roboczo nazywana Brytyjskim Bankiem Inwestycyjnym, powinna na start dostać ok. 40 mld funtów. W przeciwieństwie do Polski rząd na Wyspach nie ma tylu udziałów w wielkich spółkach i musiałby raczej sięgnąć po gotówkę. A to oznaczałoby jeszcze wyższy deficyt albo kolejne cięcia w wydatkach. Inny pomysł to przejęcie pełnej kontroli nad bankami Lloyds i RBS, w których państwo nabyło część udziałów, ratując je przed bankructwem. Po pełnej nacjonalizacji można by te instytucje wykorzystać właśnie do wspierania brytyjskiej gospodarki tanimi kredytami.

Pomysł użycia stosunkowo niewielkich publicznych pieniędzy do pożyczania znacznie większych kwot jest od dawna realizowany nie tylko w poszczególnych krajach, ale i w całej Unii. Od początku integracji istnieje Europejski Bank Inwestycyjny (EBI), a w obecnym kryzysie jeszcze wzrosło jego znaczenie. Na tegorocznym szczycie Unii szefowie państw i rządów, szukając sposobów pobudzenia wzrostu, postanowili wpłacić z krajowych budżetów do EBI dodatkowe 10 mld euro. Na tę kwotę złoży się 27 państw, więc obciążenia będą niewielkie, a dzięki finansowej dźwigni bank będzie mógł pożyczyć aż o 60 mld euro więcej.

Pamiętając o ryzyku

Z pomocy EBI korzysta od dawna Polska. Tylko w 2010 i 2011 r. wzięliśmy kredyty na ponad 10 mld euro. Część z nich służy do współfinansowania wkładów własnych przy inwestycjach wspieranych przez fundusze unijne. Tanie pożyczki z EBI pozwolą w najbliższych latach np. dalej budować obwodnicę Warszawy i drogi wylotowe ze stolicy.

Pieniądze z EBI trzeba oddać, bo to pożyczka, a nie dotacja. Jednak oprocentowanie jest niskie, a dostęp do tych środków mają również kraje bogatsze, które straciły już możliwość korzystania z większości funduszy strukturalnych Unii. Na podobnych zasadach co EBI działa też Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju, którego udziałowcami są 63 państwa, choć tylko te biedniejsze mogą starać się o pożyczki.

Publiczne banki mogą odegrać pożyteczną rolę w ratowaniu Europy przed recesją i inwestycyjnym marazmem. Nie znaczy to jednak, że nie mają wad i nie mogą powodować zagrożeń. Jeśli popełnią błędy i znajdą się w przyszłości w tarapatach, ratować będą je musiały państwa, co jeszcze bardziej obciąży narodowe budżety.

Udzielając kredytów czy uczestnicząc w inwestycjach, państwowe banki muszą zatem, jak każda inna instytucja finansowa, realnie oceniać poziom podejmowanego ryzyka, wspierać naprawdę najlepszych, dbać o swój bilans i oczywiście unikać elementarnych błędów. W Niemczech do tej pory z mieszaniną ironii i przerażenia wspomina się wpadkę KfW z 2008 r. Wówczas, kilka godzin po upadku banku Lehman Brothers, Niemcy dokonali pomyłkowo przelewu ok. 320 mln euro na konto Amerykanów. Menedżerów odpowiedzialnych za ten błąd szybko zwolniono, a część pieniędzy udało się odzyskać, jednak ponad 100 mln euro prawdopodobnie przepadło bezpowrotnie. Oby nasz BGK ostrożniej obchodził się z pieniędzmi, gdy będzie miał ich znacznie więcej niż dotąd.

Polityka 43.2012 (2880) z dnia 24.10.2012; Rynek; s. 44
Oryginalny tytuł tekstu: "Lewar z lewej"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Dramat dzieci z wrodzonymi wadami

Co roku rodzi się ponad 2 tys. dzieci z głębokimi wadami. Ich rodziców czasem trzeba zastąpić lub im pomóc. Lecz nie ma kto tego zrobić.

Agnieszka Sowa
01.11.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną