Rynek

Robota w kłopotach

Raport o pracy i bezrobociu

Bezrobocie rośnie od lipca ubiegłego roku. Wtedy bez pracy pozostawało 12,3 proc. aktywnych zawodowo Polaków, w marcu 2013 r. było ich już 14,4 proc., czyli w sumie ok. 2,3 mln osób. Bezrobocie rośnie od lipca ubiegłego roku. Wtedy bez pracy pozostawało 12,3 proc. aktywnych zawodowo Polaków, w marcu 2013 r. było ich już 14,4 proc., czyli w sumie ok. 2,3 mln osób. David Gray/Reuters / Forum
Praca to dobro cenne i poszukiwane. Dziś wielu ją traci. Kto za to odpowiada i kto może temu zaradzić?
MK/Polityka
MK/Polityka
Słynny plakat z polskim hydraulikiem.materiały prasowe Słynny plakat z polskim hydraulikiem.

Artykuł w wersji audio

Zwalniają, znaczy będą przyjmować – ta znana fraza Lejzorka Rojtszwańca, bohatera satyrycznej powieści Ilji Erenburga słabo się dziś sprawdza, bo głównie zwalniają.

Fiat Auto Poland wywołał szok, decydując się na zwolnienie blisko 1450 pracowników, ale takich firm jest coraz więcej. Grupa PZU jest w trakcie redukcji zatrudnienia o 630 osób, Poczta Polska – 564, Raiffeisen Bank Polska – 800. PKP Polskie Linie Kolejowe planują do 2016 r. rozstać się z 7 tys. pracowników. Zwalniają firmy duże i małe, te w kłopotach i te, które mają się nieźle, ale chcą poprawić swój bilans albo wykazać się przed akcjonariuszami, że nie marnują czasu. W 2012 r. zlikwidowano 376,5 tys. miejsc pracy.

Zwolnienia grupowe to wstydliwe pojęcie z kodeksu pracy. Przedsiębiorcy mówią zawsze o restrukturyzacji zatrudnienia. Brzmi lepiej. – To nie jest zwalnianie jak leci – wyjaśnia dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka PKPP Lewiatan, członkini Rady Gospodarczej przy premierze. – Pracodawcy nauczeni doświadczeniem z lat minionych, zwłaszcza najtrudniejszego okresu lat 200103, dobrze wiedzą, że wykwalifikowanego pracownika łatwo stracić, ale trudno zdobyć. Dlatego wprowadzając politykę oszczędności, starają się chronić najcenniejszą kadrę. Zwolnienia dotyczą głównie pracowników o niższych kwalifikacjach, których stosunkowo łatwo znaleźć na rynku.

Bezrobocie rośnie od lipca ubiegłego roku. Wtedy bez pracy pozostawało 12,3 proc. aktywnych zawodowo Polaków, w marcu 2013 r. było ich już 14,4 proc., czyli w sumie ok. 2,3 mln osób. Optymiści pocieszają, że ten marcowy wynik był minimalnie lepszy (o 0,1 punktu proc.) od lutowego, więc może złą passę uda się przełamać. Pesymiści są zdania, że to jedynie efekt zmiany pór roku i nie ma co z nim wiązać daleko idących nadziei. Zawsze wiosną pojawia się więcej sezonowych miejsc pracy. Ale mówienie o przełomie to przesada. W tym roku bezrobocie może sięgnąć nawet 15 proc. To głównie efekt spowolnienia gospodarczego, jakie przeżywa polska gospodarka, i problemów gospodarki światowej, zwłaszcza europejskiej.

Najbardziej optymistyczna prognoza wzrostu polskiego PKB w 2013 r., jaką prezentuje Ministerstwo Finansów, zakłada wzrost na poziomie 2,2 proc. Inne przewidywania są skromniejsze. Tymczasem dopiero przekroczenie bariery 3,7 proc. PKB może wywołać wzrost zatrudnienia. Nie należy więc się spodziewać w tym roku poprawy na rynku pracy – wyjaśnia dr Kazimierz Sedlak, ekspert rynku pracy, szef firmy doradztwa HR Sedlak&Sedlak. I dodaje, że realny problem bezrobocia dotyczy dziś ok. 400 tys. osób. Pozostała część to bezrobocie strukturalne, czyli osoby, które nie dysponują jakimikolwiek kwalifikacjami poszukiwanymi na rynku pracy albo też nie są zainteresowane znalezieniem zatrudnienia. Druga grupa (ok. 5 proc.) to tzw. bezrobocie naturalne, wynikające z faktu, że pracownicy zmieniają zatrudnienie, przenoszą się itd. i krótki czas są bez pracy.

Liczenie bezrobotnych jest zadaniem trudnym już na poziomie definicji. Najczęściej podawane dane dotyczą osób zarejestrowanych w urzędach pracy jako bezrobotne. Główny Urząd Statystyczny w Badaniu Aktywności Ekonomicznej Ludności (BAEL) korzysta z innej definicji, rekomendowanej przez Międzynarodową Organizację Pracy i stosowaną w unijnej statystyce. Za bezrobotnych uznaje osoby w wieku 15–74 lata, w chwili badania niepracujące, aktywnie poszukujące pracy i gotowe ją podjąć w bieżącym lub w następnym tygodniu.

Z najnowszych badań urzędów pracy wynika, że aż 65 proc. bezrobotnych rejestruje się wyłącznie w celu uzyskania praw do opieki medycznej i nie jest zainteresowane podjęciem pracy. Są wśród nich także osoby, które pracują, ale na czarno (lub za granicą – patrz na s. 48). W okresach spowolnienia gospodarczego wielu, zwłaszcza małych przedsiębiorców przechodzi do szarej strefy i rośnie wtedy zatrudnienie nierejestrowane.

Urzędnicy i politycy korzystają głównie ze wskaźnika urzędowego, ekonomiści zaś wolą posługiwać się wskaźnikiem GUS jako bardziej wiarygodnym i porównywalnym z danymi europejskimi. Według niego w Polsce mamy bezrobocie na poziomie 10,6 proc. Średnia UE to 10,9 proc. Najlepiej jest w Austrii (4,8), najgorzej w Grecji (26,4) i Hiszpanii (26,3).

To, czy pracę tracimy czy też znajdujemy, nie jest wyłącznie zasługą naszych kwalifikacji lub gotowości do pracy. Wiele zależy od tego, czy mieszkamy w dużym mieście (bo tu o pracę jest łatwiej), czy w małym mieście uzależnionym od jednego albo kilku pracodawców. Tam jest najtrudniej.

W najlepszej sytuacji są ci, których zatrudnia państwo. Mimo kłopotów budżetowych tu zwalnia się bardzo rzadko i zwykle, zgodnie z zasadą Lejzorka, żeby zaraz przyjąć kolejnych. Dziś sektor publiczny daje pracę średnio co piątemu zatrudnionemu Polakowi (ok. 3,15 mln). Zwłaszcza w małych ośrodkach państwo jest największym i najhojniejszym pracodawcą. 620 tys. osób pracuje w administracji publicznej, obronie narodowej i obsłudze ubezpieczeń społecznych, ok. 1 mln w edukacji, a ponad 0,5 mln w ochronie zdrowia i opiece społecznej.

Bezrobocie jedne branże dotyka bardziej, inne mniej. Gospodarka się globalizuje i często to, co dzieje się na drugim końcu świata, wpływa na to, czy pracę znajdujemy, czy też tracimy.

O zwolnieniu pracowników w zakładach Fiata w Tychach zadecydowali włoscy politycy, którzy wpędzili swój kraj w poważny kryzys. Włochy są głównym rynkiem zbytu aut produkowanych przez Fiata, więc załamanie się sytuacji ekonomicznej w tym kraju okazało się wydarzeniem dramatycznym w skutkach i wymusiło ograniczenie produkcji. Także w największej europejskiej fabryce Fiata, czyli w Tychach. Polbank zwalnia, bo jest przejmowany przez austriacki bank Raiffeisen. Jego grecki właściciel musiał się go pozbyć. Wiadomo, dlaczego. Pracę tracimy więc za sprawą ludzi, których nie znamy, i zdarzeń, których do końca sobie nie uświadamiamy.

 

Kto dziś naprawdę zwalnia?

1 Przestraszeni

„Nastroje konsumenckie pogorszyły się w stosunku do poprzedniego miesiąca zarówno w przypadku sytuacji przyszłej, jak i bieżącej” – komunikuje ostatnio regularnie GUS. Od wielu miesięcy patrzymy na świat przez czarne okulary. Martwi nas sytuacja gospodarcza kraju i naszych gospodarstw domowych. Lękamy się utraty pracy, pogorszenia sytuacji ekonomicznej. Wskaźnik optymizmu konsumenckiego systematycznie spada. I choć statystycznie nasze dochody, zwłaszcza w sytuacji malejącej inflacji, nie maleją, a nawet nieco rosną, to ograniczamy zakupy, wstrzymujemy się z poważniejszymi inwestycjami w oczekiwaniu na lepsze czasy. – Rośnie skłonność gospodarstw domowych do oszczędzania, maleje do zaciągania kredytów. W ciągu roku depozyty wzrosły o 9 proc. – wyjaśnia dr Starczewska-Krzysztoszek.

To poważny problem, bo indywidualna konsumpcja była jednym z silników napędzających polską gospodarkę. Najdłużej pracowała na wysokich obrotach. Dziś załamała się, a skutki tego odczuwa wiele sektorów. W budownictwie mieszkaniowym tak marnie nie było od dawna – w ubiegłym roku oddano 16,3 proc. mniej mieszkań niż rok wcześniej. Cierpią więc wszystkie branże związane z wyposażaniem mieszkań. W tym także branża elektroniki użytkowej. Japoński producent telewizorów Sharp, który od kilku lat produkuje telewizory w Ostaszewie koło Torunia, systematycznie zwalnia pracowników. Co miesiąc 20–30 osób. Kooperant Sharpa, firma Sumika, zwolniła już większość pracowników, w sumie 156 osób. Stanął inny producent telewizorów, firma Orion – zwolniono 177 osób.

Nie pociągają nas nowe auta. Prywatne zakupy siadły w połowie zeszłego roku, dokładnie wtedy, gdy bezrobocie zaczęło rosnąć. – Polacy kupują coraz mniej samochodów. Sprzedaż w marcu była o ponad 14 proc. niższa niż przed rokiem. Nie pomagają nawet wyprzedaże. Spodziewamy się, że polski rynek samochodowy skurczy się w tym roku o 56 proc. – ocenia Wojciech Drzewiecki, analityk rynku samochodowego, szef IBRM Samar. Związek Dealerów Samochodowych zaapelował do rządu o ratunek. Ponad 70 proc. dealerów zapowiada zwolnienia pracowników, wielu obawia się bankructwa. Zwalniają też producenci samochodów i podzespołów. Moce produkcyjne w europejskich fabrykach są wykorzystywane w 50 proc. A branża motoryzacyjna zatrudniająca blisko 200 tys. osób jest jednym z większych polskich pracodawców. Kilka lat temu z taśm produkcyjnych polskich fabryk samochodów zjeżdżało prawie milion samochodów rocznie, w ubiegłym roku już tylko 650 tys.

Ten pesymizm konsumencki udziela się przedsiębiorcom, którzy widząc spadek popytu, martwią się o przyszłość. Podział ma zresztą charakter umowny, bo przecież wielu konsumentów jest jednocześnie przedsiębiorcami. Mamy 1,7 mln firm mikro (poniżej 10 pracowników), małych (do 50) i średnich (do 250). Tylko 3 tys. to firmy duże. – Z naszych badań wynika, że przedsiębiorcy nie spodziewają się poprawy sytuacji. Dlatego wstrzymują inwestycje i radykalnie ograniczają zapasy – wyjaśnia dr Starczewska-Krzysztoszek. – To zaś wywołuje spadek popytu na dobra inwestycyjne i powoduje efekt domina w kolejnych branżach. Także w postaci redukcji pracowników.

Pesymizm konsumentów i przedsiębiorców sprawił, że do redukcji zatrudnienia zabrali się też bankowcy. Wprawdzie mogą się pochwalić sporymi zyskami, ale doszli do wniosku, że wobec malejącego popytu na kredyty wielu pracowników jest im niepotrzebnych. W sumie szacuje się, że obecna fala zwolnień w polskich bankach obejmie ok. 5 tys. osób.

2 Polskie państwo

Oceniamy, że w latach 201213 pracę w budownictwie straci ok. 150 tys. osób. W ubiegłym roku na 1000 upadłości blisko 300 stanowiły firmy budowlane – wyjaśnia Dawid Piekarz, wiceprezes Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa. Branża budowlana przekonuje, że w kłopoty wpędziła je świadoma polityka państwa w dziedzinie zamówień publicznych. Wielkie inwestycje infrastrukturalne – budowy autostrad, linii kolejowych, stadionów – zostały zaplanowane na zbyt krótki, niemożliwy do realizacji, okres. Do przetargów dopuszczano niedoświadczone firmy, a wyborów dokonywano wyłącznie w oparciu o kryterium ceny. Spiętrzenie wielu prac w krótkim czasie doprowadziło do gwałtownego wzrostu kosztów surowców i robocizny, czego przedsiębiorcy nie mogli przewidzieć, bo nigdy wcześniej nie budowano tak wiele i w takim pośpiechu. Zamiast zysków ponieśli straty.

Dziś budowlańcy masowo tracą pracę, bo albo firmy bankrutują, albo nie mają już zamówień, gdyż państwowy inwestor radykalnie ograniczył inwestycje w oczekiwaniu na unijne fundusze. W 2012 r. GDDKiA dysponowała budżetem 29 mld zł, w tym roku skurczy się on do 7 mld zł. I znów mamy efekt domina u producentów materiałów budowlanych, cementu, stali, asfaltu. I kolejne zwolnienia.

Wśród zwalniających jest Bilfinger Infrastructure, jedna z większych polskich firm budowlanych. Firma zatrudniająca 1200 pracowników musi rozstać się z ok. 400 osobami. – Nie stać nas na utrzymywanie wysokiego poziomu zatrudnienia w sytuacji załamania się rynku budowlanego. Nasze przychody skurczyły się o 3050 proc., a dwie trzecie naszych kosztów to koszty pracy. Zwolnienia są dla nas przykrą i bolesną koniecznością, ale także wymierną stratą, bo sporo inwestowaliśmy w ludzi. W ich szkolenie, w tworzenie sprawnych zespołów – wyjaśnia Jakub Chojnacki, członek zarządu ds. finansowych Bilfinger Infrastructure. Przedstawiciele branży budowlanej są zdania, że zmiana przepisów i wydłużenie okresu rozliczeniowego czasu pracy do 12 miesięcy mogłyby poprawić nieco sytuację i ograniczyć konieczność redukcji zatrudnienia. Podobne postulaty zgłaszają inni pracodawcy.

– Obniżenie parapodatków obciążających koszty pracy, zmniejszenie kosztów związanych z godzinami nadliczbowymi, ułatwienie stosowania ruchomego czasu pracy to tylko niektóre z rozwiązań, które mogłyby poprawić sytuację na rynku pracy. Niestety, nasze apele napotykają opór rządu i związków zawodowych – ubolewa Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek.

 

3 Magicy Internetu

Wśród zwalniających firm są i takie, których wyniki finansowe nie wskazują na poważne kłopoty. Choćby Grupa PZU. Tymczasem plan redukcji zatrudnienia objął tu 630 osób, zaś 2515 otrzymało ofertę zmiany warunków pracy i płacy. Zarząd PZU zakomunikował, że plan redukcji związany jest „przede wszystkim z automatyzacją, uproszczeniem i optymalizacją procesów oraz centralizacją wybranych zespołów”.

Wprowadziliśmy między innymi telepracę, likwidatorzy wyposażeni w laptopy, korzystając z sieci, mogą pracować także w domu. To bardzo podniosło wydajność. Okazało się, że wiele osób jest zbędnych – wyjaśnia jeden z menedżerów w Centrali PZU. Zmiany technologiczne wymusiły zmiany także w Telekomunikacji Polskiej, która rozstaje się z 1,7 tys. pracowników. – Rozwój technologii sprawił, że koszt połączeń głosowych radykalnie się zmniejszył, nie rośnie też na nie popyt. W efekcie spadają przychody Telekomunikacji Polskiej, rośnie za to potrzeba cięcia kosztów – wyjaśnia Tomasz Kulisiewicz, ekspert rynku telekomunikacyjnego z firmy Audytel.

Skutki technologicznej rewolucji najdotkliwiej odczuwają pracownicy mediów. Kłopoty mają telewizje, zwłaszcza TVN i TVP, więc zwalniają pracowników. Także koncern Agora systematycznie ogranicza zatrudnienie – niedawno pracę straciło 250 osób. Wydawnictwo Presspublica (wydawca „Rzeczpospolitej”) zredukowało 100 osób. Internet sprawił, że coraz mniej odbiorców korzysta z tradycyjnych mediów, co odbija się nie tylko na sytuacji wydawców i nadawców, ale także producentów sprzętu.

Internet zmienia krajobraz medialny, stając się środowiskiem powszechnie dostępnym, zapewniającym informację i rozrywkę. Za internautami podążają reklamodawcy. W efekcie tradycyjne media drukowane i elektroniczne tracą wpływy ze wszystkich źródeł. Co gorsza, Internet nie wytworzył alternatywnego modelu biznesowego pozwalającego na opłacalne oferowanej informacji i rozrywki w sieci. Wpływy reklamowe są zbyt małe, a jednocześnie dużą ich część przechwytują amerykańscy giganci – Google i Facebook. Cierpią więc także agencje reklamowe, bo i one muszą redukować zatrudnienie. Próby przenoszenia się tradycyjnych wydawców do Internetu i płatne oferowanie treści słabo się sprawdza, bo internauci oczekują wszystkiego za darmo, więc proces erozji mediów będzie prawdopodobnie trwał.

4 Słaba szkoła

Choć bezrobocie rośnie, brakuje fachowców w wielu branżach. To efekt niedostosowania systemu edukacji do polskiego rynku pracy – ubolewa dr Kazimierz Sedlak. Uważa, że trudno oczekiwać, by gospodarka wchłonęła tysiące politologów czy teatrologów, których wypuszczają polskie uczelnie.

Problem systemu edukacji i jego wpływu na rynek pracy jest od dawna przedmiotem zażartych dyskusji. Czego powinny uczyć szkoły? Praktycznych umiejętności przydatnych w zmieniającym się świecie czy też zbioru encyklopedycznych wiadomości? Prof. Janusz Majcherek wywołał burzliwą dyskusję, protestując przeciw obowiązkowej maturze z matematyki i twierdząc, że Polsce potrzebni są wykształceni humaniści, a nie inżynierowie. Tymczasem brak kadry technicznej jest właśnie jednym z problemów rynku pracy.

Szkoła powinna edukować ekonomicznie, powinna dawać umiejętności umożliwiające założenie i prowadzenie własnej firmy. Indywidualna przedsiębiorczość może napędzać gospodarkę, jest też skutecznym sposobem na ograniczanie bezrobocia. Tymczasem marzeniem Polaka jest praca na etacie – przekonuje dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek.

Nie należymy do narodów szczególnie przedsiębiorczych. Liczba firm z grupy mikro, małych i średnich utrzymuje się na stałym poziomie, a średnie zatrudnienie wynosi tu zaledwie... 0,7 osoby. Wielu ekspertów podkreśla, że w edukacji niezwykle ważna jest umiejętność dostosowania się do zmian. Kończą się czasy, kiedy można było przepracować całe życie w jednej firmie i na tym samym stanowisku. Duża część młodych ludzi wchodzących dziś na rynek pracy będzie zapewne pracować w zawodach, które jeszcze nie powstały.

***

Lek z działaniem ubocznym

Przystąpienie Polski do UE wywołało emigrację zarobkową, której szczyt przypadł na 2007 r. Od tego czasu – mimo ostrego kryzysu w wielu krajach europejskich – liczba rodaków przebywających za granicą zmniejszyła się nieznacznie. Na podstawie Narodowego Spisu Powszechnego z 2011 r. GUS ocenia, że jest to ok. 2 mln osób.

Najważniejszym celem pozostaje Wielka Brytania, o czym świadczy tamtejszy spis powszechny, z którego wynika, że język polski jest drugim po angielskim najczęściej używanym w Anglii. Co prawda w 2008 r. liczba Polaków w Zjednoczonym Królestwie zaczęła spadać z powodu kryzysu, ale w 2011 r. znowu wzrosła. Bezrobocie jest tam co prawda spore, ale nie tak duże jak w sąsiedniej Irlandii. Tradycyjnie wiele osób wyjeżdża do Niemiec, choć pełne otwarcie tamtejszego rynku pracy w 2011 r. nie wywołało dramatycznego napływu Polaków. Rola Niemiec może w najbliższych miesiącach rosnąć, bo to kraj o niskim bezrobociu, odczuwający brak rąk do pracy w wielu sektorach.

Emigracja zarobkowa jest lekiem na bezrobocie, ale z silnym działaniem ubocznym. Polskie prognozy demograficzne przewidują w najbliższych dekadach spadek liczby osób w wieku produkcyjnym i drastyczny wzrost liczby emerytów. Szacunki GUS na razie nie uwzględniają konsekwencji masowej migracji zarobkowej, bo jest ona traktowana jako zjawisko przejściowe. Jeśli jednak spośród 2 mln osób znaczna część nie wróci, to sytuacja demograficzna Polski bardzo się skomplikuje. Chyba że i my skorzystamy z pracy imigrantów. (CK)

Polityka 17-18.2013 (2905) z dnia 23.04.2013; Rynek; s. 46
Oryginalny tytuł tekstu: "Robota w kłopotach"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Niezbędnik

Lefebryści. Schizmatycy w łonie Kościoła katolickiego

Papież Franciszek i jego poprzednik Benedykt XVI wykonali pewne gesty wobec tradycjonalistycznego Bractwa św. Piusa X. Czy może dojść do pojednania? I jakie pole manewru mają obie ze stron, skoro każda z nich uważa, że to ta druga powinna się nawrócić?

Roman Graczyk
05.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną