Rynek

Coś tu śmierdzi

Co nowego w ustawie śmieciowej?

Rynek odpadów to wielkie pieniądze. Rynek odpadów to wielkie pieniądze. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta
Warszawa wciąż nie potrafi zapanować nad rynkiem odpadów komunalnych. Stolica, która miała dawać przykład całemu krajowi, teraz może okazać się grabarzem reformy zwanej rewolucją śmieciową.
Średnio każdy mieszkaniec produkuje rocznie ok. 320 kg odpadów.Arkadiusz Wojtasiewicz/Agencja Gazeta Średnio każdy mieszkaniec produkuje rocznie ok. 320 kg odpadów.
W Warszawie za odbiór śmieci płaci się 10 zł miesięcznie, czyli 120 zł rocznie (a miasto już się cieszy, że od lutego 2014 r. cena będzie jeszcze niższa).Momme Hansen/PantherMedia W Warszawie za odbiór śmieci płaci się 10 zł miesięcznie, czyli 120 zł rocznie (a miasto już się cieszy, że od lutego 2014 r. cena będzie jeszcze niższa).

W Warszawie realizują się najczarniejsze sny twórców zmian. Oto kolejność zdarzeń. Najpierw ogłoszono i rozstrzygnięto przetarg dla firm odbierających stołeczne odpady. Przegrane firmy złożyły protesty, twierdząc, że warunki przetargu dawały fory MPO, spółce należącej do miasta. Krajowa Izba Odwoławcza (KIO) uznała protesty za zasadne i nakazała poprawić warunki przetargu. Miasto ogłosiło nowy konkurs i przesunęło termin wprowadzenia reformy śmieciowej z 1 lipca 2013 r. na 1 lutego 2014 r., co było ewenementem na skalę całego kraju. Stanowisko stracił wiceprezydent odpowiedzialny za przetarg.

Tym razem warunki konkursu uproszczono do minimum – o wszystkim decydowała cena. Wygrały trzy firmy: MPO (pięć rejonów miasta), Lekaro (trzy rejony) i SITA (jeden rejon). Przegrały m.in. Remondis i BYŚ – złożyły odwołania. Ich głównym zarzutem było zaoferowanie przez wygrane spółki rażąco niskich cen. KIO zdecydowała o powołaniu eksperta do zbadania sprawy cen. Urzędnicy warszawskiego ratusza wpadli w popłoch, bo decyzja KIO oznacza, że kolejny przetarg może zostać unieważniony. Miasto zażądało więc odwołania całego składu KIO orzekającego w tej sprawie, z powodu jego rzekomej stronniczości. Wniosek miasta trafił na biurko premiera Donalda Tuska, bo tylko on może podjąć decyzję o odwołaniu prezesa Krajowej Izby Odwoławczej, który był w składzie badającym przetarg warszawski.

Piasek, czyli plastik

Uzyskane w przetargu ceny za odbiór stołecznych śmieci rzeczywiście były, delikatnie mówiąc, niewygórowane, co z punktu widzenia mieszkańca jest korzystne, ale dla ekologii niebezpieczne. Z analizy kosztów wywozu, utylizacji i recyklingu odpadów komunalnych wykonanej na zlecenie stołecznego urzędu miasta wynikało, że trzyletni kontrakt z firmami śmieciowymi powinien kosztować 1,8 mld zł. Oferty wygranych spółek to połowa tej sumy. Analizę magistrat utajnił. Według ekspertów z Krajowej Izby Gospodarczej, w Warszawie (ale też w wielu innych miastach) wynegocjowano ceny nierealne. Śmieci za tak małe pieniądze trafią do RIPOK (Regionalnych Instalacji Przetwarzania Odpadów Komunalnych) pod warunkiem, że firmy będą dopłacać do interesu, a to kłóci się z prawami biznesu. Średnio każdy mieszkaniec produkuje rocznie ok. 320 kg odpadów. W Warszawie za ich odbiór płaci 10 zł miesięcznie, czyli 120 zł rocznie (a miasto już się cieszy, że od lutego 2014 r. cena będzie jeszcze niższa). Tymczasem koszt odbioru, transportu, przerobu i składowania odpadów komunalnych to według różnych szacunków od 600 do 700 zł za tonę. Aby bilans wyszedł na zero, cena od mieszkańca powinna wynosić ponad 20 zł miesięcznie. Dlatego z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że warszawskie odpady, podobnie jak śmieci z wielu innych polskich gmin, pojadą – niezgodnie z prawem – do tzw. dziur w ziemi, czyli na przykład na rekultywowane wyrobiska po żwirowniach, gdzie mogą być składowane wyłącznie odpady mineralne, takie jak gleba, kamienie, gruz i piasek.

Problem jest właśnie z tym piaskiem. Uznaje się za niego m.in. frakcję zmieszanych odpadów komunalnych, zwanych podsitowymi. Śmieci zmieszane przesiewa się przez sito o średnicy 10 mm, a następnie poddaje obróbce, aby wyeliminować substancje niebezpieczne dla środowiska. W 2011 r. podczas debaty w Senacie ówczesny minister środowiska Andrzej Kraszewski opowiadał o niemalże mafijnym procederze związanym z tą grupą odpadów. Urzędy marszałkowskie pobierają od firm śmieciowych 160 zł za tonę odpadów zmieszanych. Ale za odpady podsitowe już tylko 90 zł, bo są uznawane za przerobione. Wystarczy, mówił, że wrzucimy odpady zmieszane na sita, potrzęsiemy nimi i zadeklarujemy, że jest to już teraz frakcja podsitowa – i zarabiamy na czysto 70 zł na każdej tonie. Budżet traci na tym według najniższych szacunków ok. 600 mln zł rocznie. Prof. Kraszewski stwierdził też, że firmy już nie bawią się w przesiewanie odpadów, bo szkoda czasu i fatygi. Znalazły prostszy sposób. Jako tzw. wytwórcy odpadów firmy same nadają specjalny kod kwalifikujący odpad jako bezpieczny i nadający się do wypełniania wyrobisk. Ale mimo tej świadomości ministra środowiska ani on, ani jego następca nie zmienili systemu kodowego na tyle, by uniemożliwić fałszerstwa.

Właściciele odpadów, czyli firmy odbierające śmieci, mają obowiązek poddania ich obróbce, zanim trafią na odpowiednie składowisko. Ale mają też przywilej nadawania im odpowiednich kodów. Dobry kod to klucz do pieniędzy. Jeżeli zwykłe śmieci za pomocą kodu zmienią się we frakcję podsitową, trafią na teren rekultywowany. Nikt tego procederu nie jest w stanie skontrolować, bo sprawdza się kody, a nie faktyczną zawartość transportów z odpadami. Wydaje się, że rewolucja śmieciowa realizowana właśnie w Polsce – zamiast poprawić ekosystem i oczyścić kraj z dzikich składowisk – nie zmieni nic. Zapomniano bowiem o wzmocnieniu instytucji kontrolnych. W wielu krajach europejskich powołano specjalne formacje zwane policją ekologiczną, wyposażone w odpowiednie środki i narzędzia prawne do sprawnej kontroli i egzekucji przepisów. W Polsce funkcję takiej policji miały pełnić inspektoraty ochrony środowiska, ale nie mają odpowiedniej liczby ludzi, sił i środków.

 

Historia jednego transportu

Społeczną kontrolę wzięły na siebie media. W TVP1 w cyklicznym programie telewizyjnym „Po prostu” Tomasza Sekielskiego 29 października pokazano reportaż o tym, jak na wyrobisko pożwirowe w okolicy Makowa Mazowieckiego wywożone są zwykłe odpady zmieszane, niepoddane wcześniej nawet najmniejszej obróbce. Reporterzy pobrali próbki odpadów i pokazali je specjalistom, którzy nie mieli wątpliwości, że doszło do poważnego naruszenia prawa. W programie nie wymieniono nazw firm biorących udział w procederze. Najciekawsze zdarzyło się już po programie, bowiem firmy, jak nożyce po uderzeniu w stół, odezwały się same.

Do telewizji, Ministerstwa Środowiska i do Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska wpłynęły pisma o podobnej treści. Zaczynały się od słów: „W odniesieniu do nieprawdziwego materiału zaprezentowanego w programie „Po prostu”, który dotyczył firmy Lekaro…”. Przypomnijmy, że nadawca tych listów, spółka Lekaro, to jedna z trzech firm, które wygrały przetarg na odbiór śmieci w stolicy. Z pisma wynikało, że śmieci wyjechały z siedziby tej firmy w Woli Duckiej koło Otwocka, ale to nie Lekaro było ich właścicielem, ale inna firma – Eko-Max Recykling, która na mocy umowy odbiera z Lekaro odpady zmieszane, które przetwarza we własnej instalacji i odzyskuje frakcję podsitową.

Ale na wyrobisko pod Makowem nie trafiła przerobiona frakcja podsitowa, lecz zwykłe śmieci. Firma Eko-Max wyjaśniła, że to nie jej ciężarówka wywiozła te śmieci, ale kooperanta, czyli firmy transportowej BWR z Legionowa. BWR w imieniu Eko-Max zabiera śmieci z Lekaro i ma je przywozić do zakładu mechaniczno-biologicznego przetwarzania odpadów należącego do Eko-Max. Dlatego firma Eko-Max poprosiła firmę transportową BWR o wyjaśnienia.

Firma BWR szybko wszystko wyjaśniła. Winien był kierowca, którego na stacji benzynowej zaczepił nieznany mężczyzna („wysoki brunet, w wieku ok. 35 lat”). Zapytał, czy śmieci na ciężarówce pochodzą z firmy Lekaro, a następnie zaproponował kierowcy, że za wywiezienie ich do lasu zapłaci mu 30 tys. zł, a sam sfilmuje tę scenę. Szofer zmodyfikował plan, na co wysoki brunet wyraził zgodę. Zamiast do lasu zawiózł śmieci na wyrobisko pod Makowem i tam je zwalił jako gruz. W firmie najpierw opowiedział, że zrobił to przez pomyłkę, niejako z przyzwyczajenia, bo często woził właśnie gruz. Ale przyciśnięty, wyznał wszystko jak na spowiedzi. Żalił się, że brunet dał mu tylko 5 tys. zł, a obiecanych 25 tys. już nie, bo zniknął tak nagle, jak się pojawił.

Szefowa firmy BWR zmusiła kierowcę, aby złożył w obecności notariusza stosowne oświadczenie, w którym zrelacjonował całą historię bruneta, lasu i wyrobiska po żwirowni, po czym zwolniła go z pracy.

W ten sposób gładko wszystko zostało wyjaśnione, a jedyny winny całego zamieszania poniósł właściwe konsekwencje. Nie zwrócono jednak uwagi na drobny szczegół. Kierowca w swoim poświadczonym notarialnie oświadczeniu wyznał, że śmieci wywoził pod Maków kilkakrotnie, chociaż brunet domagał się jednorazowej usługi. Kto kazał mu wywozić kolejne transporty ze zmieszanymi odpadami udającymi gruz – tego już nie wiemy.

Donosy na Lekaro

I zastępca wojewódzkiego inspektora ochrony środowiska w Warszawie Maria Suchy zauważyła, że od pewnego czasu wzrosła liczba donosów na firmy śmieciowe. Niektóre podpisane, większość jednak jest anonimowa. Można się domyślać, że niektóre donosy przysyłają firmy konkurencyjne, bo są napisane z dużą znajomością rzeczy. – I niestety część podnoszonych w nich faktów potwierdzają nasze kontrole – mówi.

Rynek śmieci to pożądany, choć w tym przypadku mocno śmierdzący, tort do podziału. Dlatego firmy szukają wszelkich sposobów, aby utrącić konkurencję. Wynajmują na przykład prywatnych detektywów, aby śledzili rywali. Do naszej redakcji dotarł raport detektywistyczny z monitoringu prowadzonego w sierpniu i wrześniu 2013 r. w Woli Duckiej (siedziba Lekaro) i wyrobisku po żwirowni w miejscowości Olszewice niedaleko Kałuszyna. Na fotografiach i filmie uwieczniono kilkadziesiąt ciężarówek, z których część, jak wynikało z opisu, wyjeżdżała z Lekaro, a kurs kończyła w Olszewicach, gdzie wyrzucała ziemię zmieszaną z odpadami komunalnymi. Na tym wyrobisku na początku listopada inspektorzy mazowieckiego WIOS pobrali próbki do badań laboratoryjnych. Było co pobierać, bo gołym okiem reporter POLITYKI mógł dostrzec, że teren rekultywowano tam nie tylko glebą i kamieniami, ale też zmieszanymi odpadami komunalnymi (opakowaniami plastikowymi, fragmentami ubrań i innych przedmiotów). Ciężarówki należały do różnych firm transportowych, w tym do BWR z Legionowa. Chcieliśmy od jej szefowej dowiedzieć się, na czyje zlecenie przewoziła te transporty, ale w trakcie rozmowy telefonicznej rozłączyła się, a potem już telefonu nie odbierała.

 

Zapytaliśmy firmę Lekaro, podając daty i numery rejestracyjne ciężarówek, czy rzeczywiście odbierały z siedziby firmy w Woli Duckiej odpady i na czyje zlecenie to robiły. Dostaliśmy na piśmie odpowiedź, w której nie zaprzeczono, że te pojazdy wywoziły z Lekaro odpady, stwierdzono jedynie, że: „samochody o podanych rejestracjach nie należą do naszej firmy. Nie ponosimy za nie żadnej odpowiedzialności”. Leszek Zagórski, syn właścicielki firmy (nazwa Lekaro to pierwsze litery imion trzech braci: Leszek, Karol i Robert), napisał też, że od początku listopada wszystkie odpady odbierane przez ich firmę są przewożone własnym transportem wyposażonym w GPS. Trafiają wyłącznie do własnej instalacji Lekaro posiadającej status RIPOK i odpowiednie moce przerobowe.

Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska w Warszawie posiada dane, z których wynika, że od stycznia do sierpnia 2013 r. z firmy Lekaro wywieziono przynajmniej 20 tys. ton odpadów komunalnych do obcych instalacji albo na żwirowiska. M.in. ok. 13 tys. ton do dziury w ziemi pod Piotrkowem Trybunalskim. W 2012 r. kontrola piotrkowskiej delegatury IOS stwierdziła, że na tym właśnie wyrobisku po żwirowni w partii odpadów dostarczonych przez firmę Lekaro oprócz minerałów (gleby i kamieni) były też znaczne ilości tworzyw sztucznych oraz substancje organiczne. Właściciela wyrobiska ukarano mandatem 10 tys. zł.

Lekaro zapewnia, że działa w sposób zgodny z przepisami, ale za dużo jest wokół działalności tej firmy niejasności. Z naszych informacji wynika, że Mazowiecka Inspekcja Ochrony Środowiska rozważa wystąpienie o skreślenie Lekaro z listy RIPOK, a to oznaczałoby, że firma przestanie spełniać wymogi na odbiór warszawskich śmieci i niezależnie od protestów dotyczących przetargu, konkurs w stolicy i tak trzeba będzie powtórzyć.

O tym, że nic nie jest wyłącznie czarne albo białe, świadczy fakt, że ta sama firma Lekaro została liderem w kategorii odzysku odpadów opakowaniowych i uhonorowano ją stosowną nagrodą.

Ustawa do poprawki

Lekaro za fakt, że znalazła się pod ostrzałem, obwinia konkurencję. W rozmowie z jednym z członków kierownictwa firmy dowiedzieliśmy się, że Lekaro ma dowody, iż konkurent korumpuje dziennikarzy, aby rozpowszechniali fałszywe informacje o firmie z Woli Duckiej. Zarzut zabrzmiał jednak gołosłownie, bo nasz rozmówca oznajmił, że na razie tych dowodów nie ujawni.

Jak Polska długa i szeroka firmy prowadzą wojny o śmieci i chwytają się wszelkich sposobów, by utrącić konkurentów. Nie ma litości, bo rynek odpadów to wielkie pieniądze. Miasta i gminy, które w większości rozstrzygnęły przetargi, wcale nie mogą jeszcze spać spokojnie. Na razie nie wiadomo, czy sprawnie uporały się z wymogami nowej ustawy o śmieciach. Wszędzie tam, gdzie głównym, a często jedynym kryterium konkursu była najniższa cena, inspektorzy ochrony środowiska prowadzą kontrole badające ewentualne nieprawidłowości. Wokół Warszawy trwa ok. 10 takich postępowań. W Poznaniu inspektorat wykrył, że firma, która wygrała przetarg na obsługę znacznej części miasta, korzysta z bazy niespełniającej norm (m.in. startując w przetargu, nie miała i nadal nie ma pozwolenia wodno-prawnego na odprowadzanie wód gruntowych). Oznacza to, że przetarg trzeba będzie powtórzyć, a stolica Wielkopolski znajdzie się w podobnej sytuacji jak Warszawa.

Coraz częściej słychać głosy, nawet w samej PO, która rewolucję śmieciową ogłosiła jako swój sukces, że ustawę trzeba szybko znowelizować, bo zamiast porządkować system, wprowadziła niespotykany chaos. Nasz postulat brzmi jasno: niezależnie od poprawek w ustawie należy albo powołać sprawną policję ekologiczną, albo na tyle wzmocnić inspektoraty ochrony środowiska, by mogły kontrolować całą drogę śmieciową i sprawdzać prawidłowość kodów nadawanych poszczególnym rodzajom odpadów. W tej chwili takich kodów jest ponad 220. Właściciel odpadów sam nadaje im kody i ma święty spokój, bo w tym gąszczu przepisów plastik niezwykle łatwo zmienić w piasek.

Polityka 46.2013 (2933) z dnia 12.11.2013; Rynek; s. 38
Oryginalny tytuł tekstu: "Coś tu śmierdzi"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rzeź ptaków

Co roku myśliwi zabijają około 200 tys. ptaków. Wyłącznie dla własnej rozrywki. Żadnych innych powodów polowania na ptaki nie ma.

Joanna Podgórska
05.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną