Rynek

Kolos na gazowych nogach

Dlaczego Putin nic sobie nie robi z gróźb Zachodu?

Rury Gazociągu Północnego Rury Gazociągu Północnego Kymi / Wikipedia
Dlaczego Władimir Putin bez wahania zajmuje Krym, prowadzi agresywną politykę wobec Ukrainy i kpi sobie z groźby zachodnich sankcji? Bo czuje się pewnie, bo Rosja wydaje się dziś naprawdę silna – politycznie i gospodarczo.
Rosja jest potęgą, ale niezbyt nowoczesną i mało innowacyjną.Alexey Druzhinin/AFP/EAST NEWS Rosja jest potęgą, ale niezbyt nowoczesną i mało innowacyjną.

Kiedy w 1999 r. Putin przejmował władzę, kraj był na dnie. Wcześniej przechodził bolesną transformację, w wyniku której PKB spadł o 40 proc. Finanse były w opłakanym stanie. Waluta słabła w oczach, a w 1998 r. kraj w końcu zbankrutował i musiał prosić o zagraniczną pomoc.

Piętnastolecie dominacji Putina w rosyjskiej polityce wszystko odmieniło. Federacja Rosyjska jest dziś krajem uznawanym za szóstą gospodarkę świata. Eksploatuje gigantyczne skarby: największe zasoby gazu ziemnego (25 proc. zasobów światowych) i ósme na świecie zasoby ropy naftowej. Niepomiernie wzrosła też finansowa siła Rosji: bankrut sprzed 16 lat dysponuje dziś szóstymi na świecie rezerwami złota i walut sięgającymi około pół biliona dolarów. A przeciętny dochód mieszkańca Rosji, wyrażony w dolarach, wzrósł w ciągu 15 lat aż 11-krotnie (realnie dwukrotnie, reszta wzrostu wynikała ze zwiększenia się siły nabywczej rubla wobec dolara). Rząd odzyskał kontrolę nad najbardziej dochodowymi gałęziami gospodarki, tworząc system kapitalizmu państwowego – czyli współpracy Kremla z oligarchami, zmuszonymi do oddawania części gigantycznych zysków.

Obejmując władzę, Władimir Putin złożył przyrzeczenie odbudowy kraju i, zdaniem większości Rosjan, zobowiązanie wypełnił. Kiedy jednak bliżej przyjrzeć się podstawom sukcesu gospodarczego, widać, że są one znacznie słabsze, niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Źródłem sukcesu był głównie gwałtowny wzrost cen eksportowanych przez Rosję surowców. Odnotowany w czasach Putina dwunastokrotny wzrost cen ropy i gazu zmienił wątły strumień dochodów z eksportu w potężną rzekę dolarów, a to z kolei przełożyło się na wzrost siły nabywczej i przyspieszenie rozwoju gospodarczego.

Jednocześnie jednak w gospodarce rosyjskiej miały miejsce zjawiska niepożądane. Przede wszystkim nie podjęto reform, które miałyby na celu budowę nowoczesnej gospodarki rynkowej opartej na wzroście klasy średniej, upowszechnieniu własności i rozwoju przedsiębiorczości. Zamiast tego utrzymał się wynaturzony system kontroli oligarchów nad najbardziej dochodowymi gałęziami gospodarki. Po drugie, przyzwolenie dla masowego wyprowadzania przez osoby bogate majątku z Rosji doprowadziło do tego, że kraj cierpi na niedostatek prywatnego kapitału niezbędnego dla finansowania inwestycji i rozwoju. Pozornie lukę tę wypełnia napływ inwestycji zagranicznych. Ogromna kwota 5,5 bln dol. zainwestowanych w Rosji blaknie jednak, kiedy okazuje się, że największymi inwestorami są Cypr, Brytyjskie Wyspy Dziewicze, Bermudy, Bahamy.

Łącznie z rajów podatkowych, wykorzystanych przez bogatych Rosjan do transferu pieniędzy za granicę, pochodzi aż 70 proc. wszystkich „zagranicznych inwestycji”. To oczywiście nieźle, że rosyjskie pieniądze, po wypraniu, wracają w ten sposób do kraju – gorzej, że wróciło w ten sposób 4 bln, w latach 1999–2013 wyciekło z Rosji blisko 8 bln dol.!

Holenderska choroba w Rosji

Wielkie dochody z eksportu surowców energetycznych, przy jednoczesnym braku poważnych reform gospodarczych, wywołały efekty znane pod nazwą choroby holenderskiej. Nazwę tę wymyślił „The Economist”, omawiając rezultaty odkrycia w latach 60. złóż gazu ziemnego w Holandii. Dodatkowe wpływy eksportowe przełożyły się oczywiście na wzrost dochodów, a w konsekwencji na wzrost wydatków konsumpcyjnych. Jednocześnie jednak nastąpiło silne wzmocnienie waluty, które zmniejszyło konkurencyjność holenderskiego przemysłu. Okazało się, że choć Holandia przeżyła krótkotrwały boom konsumpcyjny, na dłuższą metę jej wzrost uległ przyhamowaniu.

Choroba holenderska w wersji rosyjskiej ma skalę nieporównanie większą. Ogromne wzmocnienie rubla w stosunku do innych walut, w połączeniu z korupcją, brakiem ochrony dla inwestorów i stosowanymi powszechnie praktykami protekcjonistycznymi, ugruntowało niską konkurencyjność i zapóźnienie technologiczne sektorów pozasurowcowych gospodarki. Gigantyczne dochody z eksportu nie zostały przeznaczone na modernizację kraju, poszły na finansowanie imperialnej polityki, a częściowo uciekły za granicę.

Na chorobę holenderską jest lekarstwo. Stosuje je np. Norwegia – polega ono na tym, by pieniędzy zarobionych na eksporcie surowców nie przeznaczać na wzrost konsumpcji, ale odkładać je w formie zagranicznych aktywów na czarną godzinę, gdy dochody z eksportu spadną. Rosja usiłowała taką politykę prowadzić w pierwszych latach rządów Putina, ale potem ją porzuciła. W rezultacie gospodarka rosyjska jest dziś całkowicie uzależniona od eksportu surowców i półproduktów, który łącznie przynosi 94 proc. wszystkich wpływów eksportowych (sam eksport ropy i gazu daje ponad dwie trzecie wszystkich wpływów). Jest to fundamentalna słabość gospodarcza, tworząca wielkie zagrożenie dla rozwoju. Póki ceny surowców są wysokie, wszyscy są szczęśliwi. Ale wystarczą utrudnienia w eksporcie albo zmiany rynkowe prowadzące do spadku cen, a bogacz może ponownie zmienić się w nędzarza.

Dzięki dochodom z ropy i gazu Władimir Putin niewątpliwie ma w rękach narzędzia, które pozwalają mu na prowadzenie aktywnej polityki imperialnej. Z jednej strony w kasie państwa są ogromne pieniądze, pozwalające sfinansować i olimpiadę w Soczi, i kosztowną aneksję Krymu. Z drugiej strony sam eksport ropy i gazu, zwłaszcza przez państwowy Gazprom, jest wygodnym narzędziem brutalnego nacisku – przynajmniej tak długo, jak długo odbiorcy skazani są na dostawy kontrolowanymi przez Rosję rurociągami. Ale to, co jest w tym momencie najpotężniejszym atutem Rosji – jej siła gospodarcza wynikająca z surowcowej potęgi – może się kiedyś zmienić w jej zasadniczą słabość.

Putin jak Piotr

Sytuacja taka nie jest wcale w historii Rosji wyjątkowa. Taki właśnie model budowy mocarstwowej pozycji wybrał 300 lat temu idol Putina, czyli car Piotr Wielki. Imperialnej polityce i promowanej w Petersburgu „zachodniości” obyczajów i instytucji nie towarzyszyły głębokie reformy gospodarczo-społeczne, które zmieniałyby podstawy funkcjonowania gospodarki. W takiej sytuacji trwająca przez dwa wieki potęga polityczna opierała się na rosnącym zacofaniu kraju carów, coraz bardziej uzależnionego od eksportu zboża i surowców. System ten zawalił się z hukiem 100 lat temu na skutek blokady gospodarczej wprowadzonej podczas I wojny światowej, militarnej klęski Rosji i rewolucyjnego chaosu. Do analogicznej ekonomiczno-politycznej katastrofy doprowadziła także era supermocarstwowej polityki ZSRR, którą w ostatnich dekadach również próbowano finansować eksportem surowców – przy rosnącym zacofaniu technologicznym gospodarki.

Czy rządzący na Kremlu zdają sobie sprawę z tych historycznych zagrożeń? Można sądzić, że tak. A jednak od kilku lat wydają się o tym nie pamiętać, porzucając gospodarczą ostrożność i stawiając wszystko na kartę dalszego wzrostu dochodu z eksportu surowców. Trzymane dawniej w ryzach finanse publiczne powoli rozjeżdżają się pod naciskiem imperialnych wydatków – o ile 6 lat temu MFW szacował, że budżet Rosji daje się zbilansować przy cenie ropy rzędu 40 dol. za baryłkę, dzisiejsze szacunki mówią już o niezbędnej cenie ponad 100 dol. Przy cenie znacznie niższej Rosja ponownie może zostać bankrutem.

Zagrożeniem dla dalszego rozwoju mogą być nie tylko ewentualne poważniejsze zachodnie sankcje (zresztą mało prawdopodobne), które wystraszyłyby inwestorów i uniemożliwiły dalszy rozwój eksportu surowców energetycznych. Większe ryzyko tkwi gdzie indziej – w zmianach technologicznych na rynku gazu i ropy. Odbywająca się właśnie w USA rewolucja łupkowa oznacza, że kraj ten za kilka lat stanie się eksporterem energii. Rozwój transportu skroplonego gazu (LNG) może uwolnić odbiorców od przywiązania do kosztownych rurociągów. Świat się zmienia tak szybko, że gdyby tylko prezydent USA rzeczywiście chciał wyrządzić Rosji ogromne szkody, wystarczyłoby, żeby rzucił na rynek część amerykańskich zasobów ropy, z miejsca radykalnie zbijając ceny. Albo na dłuższą metę, gdyby otworzył dla Europy amerykański rynek gazu i ropy z łupków.

Prezydent Rosji może grozić, że zamiast do Europy będzie sprzedawać swój gaz do Chin. Ale jasne jest, że to najbardziej ryzykowna gra, jaką Rosja może zacząć. Bo w takiej sytuacji to nie odbiorca gazu byłby uzależniony od dostawcy, ale prędzej czy później rosyjski dostawca stałby się prawdopodobnie wystawiony na ekonomiczny (a może i polityczny) szantaż ze strony rosnącego w siły chińskiego smoka. Przedsmakiem są wymuszone zmiany warunków dostaw, na które musieli się zgodzić Rosjanie desperacko usiłujący zawrzeć gazowy kontrakt z Pekinem.

Czy to, że przed Rosją rysują się poważne zagrożenia gospodarcze, jest gwarancją powrotu do umiarkowania w polityce zagranicznej? Niekoniecznie. W „Długiej depeszy”, tajnym dokumencie wysłanym 60 lat temu z ambasady w Moskwie, amerykański dyplomata George Kennan wykazał, że skutkiem wielowiekowych tradycji jedynowładztwa Rosja staje się najbardziej agresywna w polityce zewnętrznej wtedy, gdy wewnątrz kraju pozycja władz słabnie (wszystko jedno, czy rządzi car, gensek czy prezydent). A mimo obecnych wspaniałych notowań u rodaków Władimir Putin musi się właśnie liczyć z możliwymi rosnącymi kłopotami. Jest to skutek fundamentalnej słabości rozwoju gospodarczego. Rosja jest dziś gigantem wspartym na surowcowych nogach – potężnym tylko tak długo, aż zmiany technologiczne i sytuacja rynkowa nie spowodują, że ceny surowców energetycznych na nowo spadną. Czy stanie się to prędko? Nie wiadomo. Ale niezależnie od rozwoju sytuacji, Rosja może być przez wiele lat czynnikiem niepokoju w światowej polityce. Tym większego, im większe kłopoty Władimir Putin będzie miał z utrzymaniem swojej popularności wewnątrz kraju.

Polityka 30.2014 (2968) z dnia 22.07.2014; Rynek; s. 36
Oryginalny tytuł tekstu: "Kolos na gazowych nogach"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Niezbędnik

Lefebryści. Schizmatycy w łonie Kościoła katolickiego

Papież Franciszek i jego poprzednik Benedykt XVI wykonali pewne gesty wobec tradycjonalistycznego Bractwa św. Piusa X. Czy może dojść do pojednania? I jakie pole manewru mają obie ze stron, skoro każda z nich uważa, że to ta druga powinna się nawrócić?

Roman Graczyk
05.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną