Rynek

Co można w Możejkach?

Czy padnie najbardziej znana polska rafineria?

Żeby minimalizować straty, Możejki ograniczają produkcję. Są okresy, kiedy rafineria pracuje na 60 proc. swoich możliwości. Żeby minimalizować straty, Możejki ograniczają produkcję. Są okresy, kiedy rafineria pracuje na 60 proc. swoich możliwości. Gintaras Mockus/Orlen Lietuva / materiały prasowe
Osiem lat temu PKN Orlen kupił litewską rafinerię w Możejkach za 2,8 mld dol. To była największa zagraniczna inwestycja polskiej firmy i jej ogromny sukces. W minionym tygodniu koncern oficjalnie wycenił wartość tego sukcesu: 0 zł.
Możejki, czyli spółka Orlen Lietuva, ma tylko 26 stacji benzynowych. W efekcie niemal całą produkcję musi eksportować tankowcami, głównie do USA i Europy Zachodniej.Wojciech Kryński/Forum Możejki, czyli spółka Orlen Lietuva, ma tylko 26 stacji benzynowych. W efekcie niemal całą produkcję musi eksportować tankowcami, głównie do USA i Europy Zachodniej.

„Zero złotych” zapisał audytor w księgach PKN Orlen w pozycji „wartość akcji Orlen Lietuva”. Wcześniej widniała tam kwota 4,5 mld zł. W rubryce „wartość majątku”, na który składa się głównie rafineria w Możejkach, pojawiła się suma 500 mln zł. Niewiele, jeśli się zważy, że na zakup akcji, modernizację i utrzymanie litewskiego zakładu od 2006 r. polski koncern wydał już w sumie 11 mld zł. Zapłacili polscy kierowcy przy dystrybutorach. Gdzie się podziały te pieniądze?

Dziś widać, że to nie była udana inwestycja. Trzeba się pogodzić, że zainwestowanych pieniędzy nie uda się odzyskać. Musimy robić wszystko, by strat nie powiększać – komentuje Sławomir Jędrzejczyk, wiceprezes zarządu PKN Orlen ds. finansowych. Uspokaja jednocześnie, że uaktualnienie wartości Możejek to zabieg czysto księgowy, nie pierwszy zresztą i niemający wpływu na finansową kondycję koncernu. Po prostu litewska spółka nie zarabia, więc czas się przyznać, że jej wartość jest zerowa.

Akcjonariuszy to jednak nie uspokoiło, kurs akcji Orlenu gwałtownie zapikował. Choć zła sytuacja na Litwie od dawna była znana, to oficjalne przyznanie się do gigantycznej porażki zrobiło wrażenie. Nie pomogły optymistyczne prognozy i prezentacja strategii koncernu na nadchodzące lata. Wszystkich interesowało tylko: co zrobić z Możejkami? Dalej dokładać? Zamknąć? Sprzedać?

Wojna o szyny

Łatwo powiedzieć – sprzedać. Już cztery lata temu koncern próbował. Wynajął ekspertów z Banku Nomura, ale żaden nabywca się nie znalazł. Nawet w Rosji, choć jeszcze niedawno rosyjskie koncerny nie kryły apetytu na Możejki. Tak samo jak kazachski KazMunaiGaz, z którym Orlen wygrał w 2006 r. rywalizację i o którym mówiło się ostatnio, że byłby zainteresowany. Okazało się, że to plotka. Była kiedyś nadzieja, że zakład kupi Bronislovas Lubys, najbogatszy Litwin, były premier i szef koncernu Achema, ale biznesmen umarł. – Jeśli ktoś zna poważnego kupca, prosimy skierować go do nas – żartuje prezes PKN Orlen Jacek Krawiec. Dziś wielu właścicieli chciałoby sprzedać rafinerie, ale chętnych do kupowania brak.

Europa cierpi na nadmiar zakładów przerobu ropy, w ciągu ostatnich pięciu lat zamknięto 20 z nich. I na tym zapewne nie koniec. Marże rafineryjne są wyjątkowo mizerne, bo popyt kuleje. Na europejski rynek ze swymi paliwami wchodzą rosyjscy producenci, którzy niedawno eksportowali tylko surową ropę. USA, dotychczas wielki importer europejskich benzyn, za sprawą rewolucji łupkowej zamienił się w eksportera. Przetrwać mogą tylko ci, którzy mają najniższe koszty, najlepszą logistykę i dostęp do rynku. Czyli wszystko, czego Możejki nie mają.

Potężna rafineria z czasów sowieckich, projektowana głównie pod kątem potrzeb Armii Czerwonej, działa na maleńkim rynku państw nadbałtyckich zdominowanym przez Skandynawów i Rosjan (Neste, Stat­oil, Lukoil). Możejki, czyli spółka Orlen Lietuva, ma tylko 26 stacji benzynowych. W efekcie niemal całą produkcję musi eksportować tankowcami, głównie do USA i Europy Zachodniej.

To najmniej opłacalny biznes, a na dodatek wymaga sprawnej logistyki. Z tym zaś jest prawdziwy dramat. Dla Orlenu zaczął się osiem lat temu, w chwili gdy koncern wygrał wyścig o prawo kupna rafinerii. Na wieść o tym odnoga rurociągu Przyjaźń dostarczająca rosyjską ropę na Litwę uległa awarii. Była zużyta i naprawić ją będzie trudno – tłumaczyli szefowie rosyjskiego operatora Transnieft, a po kilku latach stwierdzili, że nic się nie da zrobić. Z ujawnionych przez WikiLeaks amerykańskich depesz dyplomatycznych (rząd USA był bardzo zainteresowany losem Możejek) wynika, że Przyjaźń popsuła się na osobiste polecenie Igora Sieczyna, ówczesnego wicepremiera Rosji, a dziś prezesa kompanii Rosnieft. Oczywiście chodziło o pokazanie, że kto ma ropę, ten ma władzę. Rosjanie, zakręcając kurek, wykurzyli wcześniej z Litwy amerykańską firmę Williams. Liczyli na powtórkę.

Orlen okazał się twardszy. Czy dlatego, że jest kontrolowany przez państwo? Igor Chalupec, ówczesny prezes PKN Orlen, główny pomysłodawca zakupu rafinerii w Możejkach, na sugestię, by się wycofać z transakcji, przekonywał, że to nic takiego. Poradzimy sobie, bo ropę można sprowadzać statkami przez port w Butyndze i łączący go z Możejkami rurociąg. To ta sama rosyjska ropa, tyle że droższa, bo wożona statkami z Primorska (choć zdarzały się transporty surowca z Wenezueli czy Angoli). Sieczyn miał zresztą pomysł, by i morskie źródło zamknąć, ale – jak ujawnił WikiLeaks – Litwini zagrozili, że może się wówczas popsuć tranzytowa linia kolejowa, łącząca Rosję z obwodem kaliningradzkim.

 

Broń kolejowa okazała się skuteczna, a Lietuvos Geležinkeliai, czyli państwowe koleje litewskie, wyćwiczone w jej stosowaniu. Przekonał się o tym wkrótce i Orlen, który ropę do Możejek sprowadza rurociągiem znad morza, ale wyprodukowane paliwa w przeciwnym kierunku musi wozić koleją do portu w Kłajpedzie. – Możejki to typowa rafineria nadmorska, tyle że leżąca 100 km od morza. To znacząca wada tego zakładu – ubolewa prezes Jędrzejczyk.

Co dla jednych jest wadą, dla innych zaletą. Transport możejkowego paliwa zapewnia 40 proc. zysków Lietuvos Geležinkeliai. Koleje stosują specjalną taryfę o 30 proc. wyższą od tej, po jakiej przywożone jest paliwo z białoruskiej rafinerii w Mozyrze.

Lietuvos Geležinkeliai to monopolista, ale w państwach bałtyckich obowiązuje porozumienie, pozwalające przewoźnikom na operowanie w pasach przygranicznych sąsiadów. Możejki leżą przy granicy łotewskiej, a koleje tego kraju złożyły konkurencyjną ofertę. Paliwo jeździło więc do Kłajpedy po łotewskiej stronie. Do czasu. W 2008 r. tory prowadzące do granicy niespodziewanie znikły. I tak jak z rosyjską rurą: linia się popsuła i nie wiadomo, kiedy uda się ją naprawić, wyjaśnili litewscy kolejarze.

Pewnie nigdy, choć było już wiele obietnic, a sprawa krótkiego odcinka torów oraz taryfy przewozowej jest żelaznym punktem polsko-litewskich rozmów na szczycie. Litewscy premierzy, ministrowie, pani prezydent, wszyscy bardzo ubolewają, obiecują wsparcie i na tym się kończy. Do oddalonego o 100 km portu pociągi jeżdżą dwukrotnie dłuższą trasą. – Lietuvos Geležinkeliai to szczególna firma, taka sowiecka skamielina. Przedmiot powszechnych narzekań – tłumaczy Gintautas Degutis, dziennikarz wileńskiego dziennika gospodarczego „Verslo indos”.

Wyciskanie litów

Orlen Lietuva jest największym litewskim przedsiębiorstwem i największym podatnikiem. Spółka odpowiada za 3,5 proc. litewskiego PKB. Dlatego w negocjacje z kolejami zaangażował się ostatnio premier Butkievičius. Wydawało się, że z sukcesem, bo choć łatwo nie było, to jednak szefowie Lietuvos Geležinkeliai w końcu zaproponowali obniżkę stawki za przewóz paliwa z Możejek. – Ku naszemu zdziwieniu ofercie towarzyszyła propozycja zwiększenia stawki za dostęp do torów, więc nic by się nie zmieniło – tłumaczy Andrzej J. Kozłowski, dyrektor wykonawczy ds. strategii i zarządzania projektami PKN Orlen.

Litwini są zdania, że Orlen rozdmuchuje problem kolejowy. Transport to zaledwie 2 proc. kosztów Możejek. Niech więc Polacy nie czepiają się pociągów, tylko zajmą się obniżaniem kosztów w rafinerii: korzystają z tańszej ropy i zmodernizują zakład, by efektywniej ją przerabiać. Nawet podsuwali pewnego przedsiębiorcę litewskiego, który przekonywał, że ma tanią ropę i chce ją przerobić na paliwa.

Druga strona odpowiada, że koncern ropę kupuje dla całej grupy po cenach rynkowych i w niejasne interesy wchodzić nie będzie (przedsiębiorca to wileński taksówkarz). Możliwości obniżki kosztów w samym zakładzie już wykorzystano. Delikatną sprawą są płace i zatrudnienie. W Orlen Lietuva pracuje ok. 2 tys. osób, głównie z Możejek i Taurogów. Zwolnienia wywołują protesty (była już groźba strajku generalnego), a związki zawodowe upominają się, by Orlen płacił stawki takie jak w zachodnioeuropejskich rafineriach. Na razie w litach, ale za chwilę w euro.

Od 2007 r. spółka Orlen Lietuva tylko raz, w 2012 r., była na plusie. Żeby minimalizować straty, Możejki ograniczają produkcję. Są okresy, kiedy rafineria pracuje na 60 proc. swoich możliwości, co na Litwie wywołuje podejrzenia o transfer zysków i świadomy sabotaż gospodarczy. Do listy polsko-litewskich spraw trudnych dołączyła więc sprawa Orlenu.

 

A nie mówiłem

Sprawdziło się to, przed czym ostrzegało wielu ekspertów. Także POLITYKA w 2006 r. („Polska od morza do Możejek”) wieszczyła kłopoty. Wyprawie Orlenu na Litwę był przeciwny nawet Piotr Naimski, główny architekt polityki energetycznej rządzącego wówczas PiS, a także grono jego współpracowników (np. Przemysław Wipler). Bez efektu.

Prezes Igor Chalupec, dziś szef dystrybutora prasy RUCH, nie ma sobie nic do zarzucenia, o czym wielokrotnie przekonywał, także na łamach POLITYKI. Jest dumny z przeprowadzenia tak wielkiej i skomplikowanej operacji, napisał o tym nawet książkę. Uważa, że decyzja w tamtych warunkach była uzasadniona, zaś cena racjonalna. Przekonuje, że nikt nie mógł wówczas przewidzieć kryzysu finansowego w 2008 r. ani rewolucji łupkowej w USA, która podcięła ekonomikę europejskiej branży paliwowej. Samokrytycznie przyznaje, że optymistycznie zakładał, iż inwestycja doprowadzi do poprawy stosunków polsko-litewskich, a nie stanie się kolejnym punktem zapalnym.

Ostro reaguje jednak na sugestie o inspirację polityczną – że chodziło o utarcie nosa Rosjanom i ratowanie przed nimi braci Litwinów. Owszem, prezydent Lech Kaczyński rozpiął nad Chalupcem ochronny parasol, dzięki czemu mógł spokojnie dokończyć transakcję, a premier Jarosław Kaczyński pojechał do Wilna na uroczystość podpisania umowy. Nie zmienia to faktu, że chodziło o biznes, a nie politykę. Konkretnie zaś o obronę polskiego rynku paliwowego. Gdyby Możejki zostały kupione przez któryś z rosyjskich koncernów, Rosjanie zalaliby Polskę tanim paliwem i rzucili Orlen na kolana.

Paradoks polega jednak na tym, że większą część akcji Możejek Orlen kupował od... Jukosu, czyli od Rosjan, którzy wcześniej zarządzali rafinerią i Polski nie zalali. – W analizach, na podstawie których podjęto decyzję o zakupie rafinerii, wartość ochrony polskiego rynku szacowano zaledwie na 10 proc. zapłaconej ceny – wyjaśnia jeden z ekspertów znających kulisy kontraktu.

Mniej niż zero

Sprowadzenie litewskiej inwestycji do zera nie rozwiązuje problemu rafinerii, z którą Orlen musi coś zrobić. Ale co? – Nie przesuniemy jej bliżej morza ani nie zmienimy kolei litewskich, które mają większą władzę niż premier rządu – śmieje się jeden z menedżerów. Orlen przymierzał się do budowy rurociągu, którym paliwo można byłoby tłoczyć do Kłajpedy, ale szybko dowiedział się, że tak jak z odbudową torów – tego się nie da zrobić. Prasa litewska spekulowała, że Orlen może doprowadzić do kontrolowanej upadłości spółkę Orlen Lietuva, część polskich ekspertów podpowiada całkowite zamknięcie zakładu. Być może ekonomicznie byłoby to uzasadnione, ale politycznie nie do przyjęcia. W końcu Orlen to koncern kontrolowany przez polski Skarb Państwa.

Orlen jest więc w potrzasku. – Planujemy czasowe wyłączanie rafinerii w Możejkach w okresach, kiedy opłacalność produkcji będzie niekorzystna. Takie okresy zwykle przychodzą na przełomie roku – wyjaśnia prezes Jędrzejczyk. Wszystko zależy od tego, co będzie mniej deficytowe – produkcja paliw czy utrzymywanie nieczynnego zakładu pod parą. Trochę jak w przypadku cukrowni pracującej tylko w okresie kampanii buraczanej. Pierwsze zatrzymanie mogłoby nastąpić na początku przyszłego roku. Gdyby na dłużej trzeba było utrzymywać uśpione Możejki, kosztowałoby to 200 mln zł rocznie. – Jesteśmy zdeterminowani, by straty minimalizować. Możejki to dla PKN Orlen bardziej problem wizerunkowy niż ekonomiczny – przekonuje prezes Jędrzejczyk.

Ogłaszając swoje plany, Orlen testuje reakcję litewskich władz. Dla nich to może być poważny problem ekonomiczny – zmniejszenie wpływów podatkowych, spadek zatrudnienia (od Orlenu Lietuva zależy w sumie kilkadziesiąt tysięcy miejsc pracy). Co w tej sytuacji zrobi rząd litewski? Wpłynie na kolejarzy? Postanowi odkupić rafinerię? – Pewnie powoła komisję. Bo u nas zawsze, jak jest problem, to powołuje się komisję – komentuje Gintautas Degutis.

Polityka 31.2014 (2969) z dnia 29.07.2014; Rynek; s. 35
Oryginalny tytuł tekstu: "Co można w Możejkach?"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Żyjmy Lepiej

Dziesięć tysięcy kroków

Chodźmy chodzić, maszerować z kijami i biegać. Plan minimum to dziesięć tysięcy kroków dziennie. Można też zwiększyć obroty, ale trzeba to robić z głową.

Marcin Piątek
28.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną