Rynek

Majestat wszędobylski

Polskie narty podbijają międzynarodowy rynek

Majesty / Facebook
Majesty, narty z Gdyni, wywalczyły sobie pozycję na międzynarodowym, zdominowanym przez wielkie koncerny rynku. Mają już przyczółek do ofensywy. Następny kierunek: Polska.

Jej Wysokość dochowała się czternaściorga potomstwa: Drwala, Lisicy, Wilka, Wilkołaka, Komika, Lepszego, Lokalnej Piękności, Lokalnego Bohatera, Niszczyciela, Aksamitu, Brudnego Niedźwiedzia, Gromu, Rock’n’Rolla oraz Lokalnego Bohatera Juniora. W związku z karierą międzynarodową nadano im angielskie imiona – dla zainteresowanych do sprawdzenia w firmowym katalogu bądź na internetowej stronie.

Czternastka dzieci, czyli modeli, to na razie koniec. – Jeśli jest ich zbyt dużo, klienci gubią się, tracą rozeznanie – tłumaczy Janusz Borowiec, twórca Majesty - Z drugiej strony – obserwujemy przywiązanie. Do marki, ale i do konkretnego modelu. Naszym nowym produktom towarzyszy zainteresowanie: jaki będzie kolejny Dirty Bear? Co w nim ulepszyliście?

Janusz Borowiec – wysoki, szczupły, 35 lat, magisterka z zarządzania i marketingu, licencjat z historii sztuki. Od małego jeździł czym-się-dało na śniegu i wodzie. Dba o przekaz: kilkakrotnie podkreśla, że jego firma produkuje sprzęt, który on i jego współpracownicy – wszyscy bez wyjątku zapaleni narciarze – tworzyli, jak dla siebie. Do rozmowy jest starannie przygotowany, wcześniej poprosił o przesłanie zakresu pytań.

MJST, firma-matka sprzętu spod szyldu Majesty, mieści się na obrzeżach centrum Gdyni. Ulica Tadeusza Wendy – śródmiejską zabudowę wypierają tu tereny przemysłowe; nieopodal jest stocznia, dziś niemal wymarła. Do MJST wchodzi się od strony dużego placu – trzeba minąć szlaban, potem wejść na rampę, po kilkudziesięciu krokach otworzyć ostatnie drzwi w tej części budynku i po schodach wejść na drugie piętro. Dzwonek, za drzwiami chłód klatki schodowej ustępuje ostrej czerwieni wnętrza przerobionego na biuro, serwis oraz ekspozycję bieżącej kolekcji Majesty. Na pozostałej powierzchni, na oko wielkości trzech boisk do koszykówki – magazyn ze sprzętem. W poprzedniej siedzibie było im już za ciasno.

Gabinet prezesa Borowca jest skromny. Ciasny, ale jasny – wielkie okno, biel ścian, biały blat biurka, jasne meble. Regały i półki zapełnione segregatorami i folderami. Za ścianą z głuchym łoskotem przetacza się przemysłowa winda. O ściany oparte cztery modele nart, których premiera przewidziana jest na przyszły sezon.
Foldery i nowe narty dopiero co zjechały z taśmy i zaraz będzie się nimi można pochwalić. Załoga Majesty lada dzień wybiera się na targi sprzętu zimowego. Najpierw w Telford (Wielka Brytania), a potem w Monachium – tam musi być każdy liczący się producent, podkreśla prezes Borowiec.

Targi to zawsze jest stres. Jak kolekcja zostanie przyjęta? Co wymyśliła konkurencja? Czy nie umknął jakiś trend, jakaś moda? Janusz Borowiec mówi, że potencjał firmy poznaje się po obecności na targach. Za pierwszym razem dystrybutorzy, którzy są fundamentem powodzenia twojego biznesu, traktują cię co najwyżej z uprzejmą ciekawością. Za drugim – dostrzegają twoją obecność, nową kolekcję, ale wciąż są nieufni, bo nie ma żadnej pewności, że nie jesteś firmą-meteorem, po której w przyszłym sezonie ślad zaginie. Trzecia obecność jest trochę jak certyfikat trwałości – jesteś, nie dałeś się pożreć Fischerom i innym Salomonom; co więcej: wzbogacasz ofertę, prezentujesz się coraz bardziej profesjonalnie – to znak, że warto spróbować z tobą interesów.

Borowiec i jego współpracownicy jadą niebawem do Monachium na swoje siódme targi. W zeszłym roku nastąpił przełom – oprócz rozwoju dystrybucji w Europie, udało im się zdobyć kontrahentów w Japonii i Korei Południowej. Poprzedniej zimy sprzedali około 2 tysięcy par nart. Firma przyspiesza. Poza nartami sprzedają specjalistyczną odzież, kije, gogle. Produkcja globalna: Polska, Austria, Włochy, Chiny. Deski powstają w fabryce w Bielsku-Białej. Otworzyli kilka sklepów firmowych. Z drugiej strony, jeszcze się nie zdarzył telefon z zamówieniem na kilkaset par nart jednocześnie. – Rozwijamy się organicznie, a nie dynamicznie – prezes Borowiec podkreśla, że ewolucja Majesty przebiega zgodnie z nakreślonym planem.

Narciarski biznes zaczął się od poczucia niedosytu. Pierwszą firmę Borowiec założył na studiach. Zajmował się dystrybucją sprzętu sportowego do branżowych sklepów. Z czasem przyszła refleksja, że fajnie byłoby stworzyć coś własnego. Oraz patrzeć, jak rośnie.

Był 2007 rok, do użytku wchodziły pierwsze modele nart przeznaczonych do jazdy poza trasami. To były podchody, producenci dopiero sondowali reakcję klientów. – Były niezbyt wyrafinowane. Dziś uznano by je za sprzęt z dolnej półki. Ale sama idea narciarstwa przygodowego, pewnego ukłonu wobec norweskich pionierów z regionu Telemark – to było świetne – wspomina Borowiec.

Kierunek rozwoju narciarstwa zjazdowego został już więc wytyczony. A Borowiec i jego współpracownicy czuli się na tyle mocni, że udoskonalenie sprzętu, który trafił już na rynek, nie wydawało im się czymś niemożliwym. Chodziło tylko o to, by język wrażeń i potrzeb przełożyć na konkretne rozwiązania.

Odgrzali kontakty z konstruktorami. Powiedzieli im, co chcieliby osiągnąć (lepszy rdzeń narty; znalezienie złotego środka między twardością, a elastycznością; drewno zamiast tworzyw sztucznych – wszędzie, gdzie się da). W odpowiedzi dostali wskazówki: spróbujcie z tym konkretnym modelem żywicy. Jeśli nie spełni oczekiwań – z innym. Jako surowiec: topola, jesion. Albo paulownia – drewno importowane, ale wyjątkowo lekkie i elastyczne; do rdzenia nart freeride’owych jak znalazł. W tym miejscu trochę wzmocnijcie kevlarem, gdzie indziej użyjcie karbonu – słyszeli.

No więc próbowali. Dawali wytyczne do fabryki, odbierali, testowali. Dawali wytyczne do fabryki, odbierali… I tak do skutku. W ciągu pierwszego roku powstało kilkanaście prototypów nart. Tak narodziły się Comic i Dirty Bear. To z nimi pojechali na pierwsze targi do Monachium. Musieli opłacić udział, pobyt. Na tamtym etapie wciąż obywało się bez kredytów – na narciarskie marzenie zarabiali dystrybucją sprzętu.

Na targach dostali miejsce w szarym kącie hali. Zapraszali, zachwalali – uwagę przykuwała niespotykana kolorystyka nart, połączenie technicznej grafiki z komiksowymi motywami rysunkowymi. – Pierwsze komentarze sugerowały, że narty wyglądają tak, jakby były robione pod rynek amerykański – wspomina Borowiec. Udało się sprzedać kilka par: do Francji i Norwegii. Dla twórców Majesty był to znak, że ich pomysły na ulepszanie sprzętu wypuszczanego przez globalne koncerny są godne uznania.

Najbardziej zaskakujące w sukcesie Majesty jest to, że nie dali się połknąć. Prezes Borowiec mówi, że rozwiązań technicznych stosowanych w nartach raczej się nie patentuje. Więc teoretycznie nic nie stało na przeszkodzie, by któryś z gigantów branży sprzedał ich pomysły pod własnym szyldem, wpompował w kampanię reklamową grube miliony i tym samym skasował Jej Wysokość. Na targach wokół stoiska Majesty od początku kręcili się konstruktorzy i technicy z innych firm. – To nie jest zabronione. Nie afiszują się, ale przecież my doskonale wiemy, kim są – mówi Borowiec.

Jego zdaniem dziś offowa marka w rodzaju Majesty nie przebiłaby się na rynku bez ogromnych nakładów na reklamę. – Wszyscy producenci weszli w narty freeride’owe. Teraz ta konkurencja mnie nie martwi, bo marka Majesty okrzepła. Poza tym my zawsze staramy się być krok do przodu, nie boimy się odważnych rozwiązań. Koncerny są zachowawcze, proponują kosmetyczne zmiany, bo ich produkcja idzie w dziesiątki tysięcy sztuk, więc wolą nie ryzykować.

Niedawno znak jakości dał Majesty narciarz freeride’owy Olek Ostrowski – wspiął się na ośmiotysięcznik Cho Oyu i zjechał z niego na modelu Werewolf. Wyróżnikiem Majesty wciąż jest szata graficzna, prezes ma zmysł do tych spraw, w końcu zainteresowania sztuką nie wzięły się znikąd. Lubi też pozytywną dwuznaczność określenia the art of freeskiing – sztuka narciarstwa dowolnego. Jego deski mają być ładne. Projektowanie wzorów na narty zleca znanym grafikom, np. Comica ozdabiał Krzysztof Ostrowski, rysownik i wokalista Cool Kids of Death.

Teraz więc z jednej strony jest łatwiej – poza doświadczeniem i pozytywnym odzewem rynku, Majesty ma na swoje usługi międzynarodowy team profesjonalnych narciarzy, którzy testują deski z fabryki, a suma ich doświadczeń składa się na nowe rozwiązania. Z drugiej – łatwo nie jest, bo to biznes wymagający dużego wyczucia potrzeb użytkowników, perspektywicznego myślenia. Niedługo zaczną pracę nad modelami, które trafią do kolekcji 2016/17. Praca nad nowym modelem trwa aż dwa lata - głównie dlatego, że trzeba „objeździć go” w każdych warunkach.

W Majesty czują, że wywalczyli pozycję pozwalającą na komfort nieścigania się z wielkimi koncernami. Mają ambicje tworzenia rynku – chcą przyczynić się do zerwania z mitem, że ewolucja sprzętu narciarskiego zatrzymała się na epoce carvingowej. Zdaniem Janusza Borowca rosnąca popularność nart z rodziny freeski, do której należy również Majesty, charakteryzujących się większą szerokością desek wzięła się stąd, że taki sprzęt dobrze sobie radzi niezależnie od warunków, a przecież gładkie jak stół, wyratrakowane stoki częściej można obejrzeć na folderach, niż w rzeczywistości.

Janusz Borowiec: – Narty freeski mają w sobie dużą dozę wszędobylstwa. Są odpowiedzią na niekończące się dyskusje o przeznaczeniu konkretnych modeli nart: czy na trasę, czy poza nią, czy na świeży śnieg, czy zlodzony. Szerokie deski są o wiele bardziej uniwersalne niż carvingi.

Ambicją prezesa Majesty jest również przebicie się na rynku polskim. Jak na razie, udział desek sprzedawanych w kraju w stosunku do ogółu, nie przekracza dziesięciu procent. Nie jest to normalne – wszyscy producenci, których zna, zaczynali od podbijania lokalnego rynku, a dopiero w dalszej kolejności ruszali na eksport. Może to przyzwyczajenie do carvingów, może szerokie narty wciąż kojarzą się z ryzykowną jazdą w puchu po lasach, a być może to po prostu specyfika polskiego klienta, który jest w swoich wyborach dość konserwatywny i podąża za carvingową modą. Jakkolwiek by było, Janusz Borowiec uważa, że jest się o kogo bić. Za aktywnych narciarzy uważa się 4 miliony rodaków.

Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Emeryci na psychotropach

Potrafią wyłudzać recepty, tłumaczyć, że od leków, które nie uzależniają, mają alergię. I dlatego muszą brać psychotropy. A psychiatrzy przyznają: rekordziści potrafią brać je przez kilka lat.

Katarzyna Kaczorowska
26.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną