Rynek

Konto do kąta

Banki wyciskają klientów

Mimo wszystko banki najpewniej nie przestaną być maszynkami do zarabiania pieniędzy. W ubiegłym roku zysk netto całego sektora przekroczył 16 mld zł. Mimo wszystko banki najpewniej nie przestaną być maszynkami do zarabiania pieniędzy. W ubiegłym roku zysk netto całego sektora przekroczył 16 mld zł. Justin Sullivan / Getty Images
Po kilku tłustych latach bankom zaczęły się kurczyć zyski, więc windują ceny usług. Liczą, że część klientów się nie zorientuje, a inni machną na to ręką. Zmieniać konta zazwyczaj nikomu się nie chce.
Polityka

Mały Meritum Bank, jako jeden z nielicznych, do niedawna oferował bezpłatne konto osobiste. Jednak w lutym kontrolę nad nim przejął dużo większy Alior Bank. Na efekty transakcji nie trzeba było długo czekać. Nowy właściciel ogłosił wprowadzenie wysokich podwyżek. Podstawowy produkt Meritum, czyli Proste Konto Osobiste, do tej pory było, wraz z kartą debetową, bezpłatne. Teraz karta będzie kosztować 6 zł miesięcznie, a kto na rachunek nie dostaje regularnie pensji czy emerytury, zapłaci dodatkowo 8 zł miesięcznie.

Jeszcze więcej zapłacą przedsiębiorcy. Konta firm też dotąd były darmowe. Teraz ich prowadzenie będzie kosztować prawie 20 zł. Kto chce uniknąć drastycznych podwyżek, musi zmienić konta na inne w ramach Aliora i zadbać o to, żeby przychodziła na nie regularnie pensja. Czasu jest mało, bo pierwsze podwyżki wchodzą w życie już w czerwcu.

Zero nie dla każdego

Historia Meritum nie jest, niestety, wyjątkowa. Przez większość działających w Polsce banków przetacza się właśnie fala podwyżek. Drożeją przede wszystkim karty debetowe i kredytowe. Najczęściej banki podnoszą minimalną liczbę transakcji czy wysokość obrotów na karcie, która pozwala zwolnić się z comiesięcznej opłaty. Na przykład mBank każe za pomocą debetówki wydać już nie 100, ale 300 zł miesięcznie. W przeciwnym razie za kartę bank policzy 6 zł prowizji. Nawet banki, które dotąd oferowały darmową kartę bez warunków, zmieniają politykę na mniej przyjazną. Prowadzona wspólnie przez Aliora i sieć komórkową instytucja o nazwie T-Mobile Usługi Bankowe od czerwca policzy 6 zł co miesiąc, jeśli na karcie nie będzie przynajmniej 200 zł obrotu.

W niektórych przypadkach podwyżki prowadzą do zabawnych sytuacji, chociaż samym zainteresowanym raczej nie do śmiechu. PKO BP oferuje np. Konto za Zero. Nazwa wskazuje, że jest to rachunek osobisty bez żadnych opłat. W rzeczywistości jego prowadzenie może być darmowe pod warunkiem wykupienia do konta karty debetowej. Z kolei karta pozostanie bezpłatna, jeśli co miesiąc będziemy nią wydawać co najmniej 300 zł. Natomiast Alior Bank promuje konto o nazwie Rachunki bez opłat. Kiedyś faktycznie było bezpłatne, ale teraz bank pobiera co miesiąc 6 zł za jego prowadzenie, jeśli na rachunek nie wpływa regularnie pensja lub emerytura.

Dzisiaj to częsta taktyka. Banki kuszą wciąż darmowymi rachunkami, kartami, ale rezerwują je tylko dla wiernych klientów. Takich, którzy przelewają tu właśnie wynagrodzenie i często używają kart. Ci mniej aktywni są karani dodatkowymi prowizjami. Bo skoro nie ma z nich wielkiego pożytku, bank nie będzie im proponował preferencyjnych warunków. Dzisiaj prawie już nie ma kont i kart w każdej sytuacji bezpłatnych. Chlubnym wyjątkiem jest niewielki bank Smart, który wciąż umożliwia korzystanie z konta i karty debetowej bez prowizji.

Kłopot w tym, że Smart należy do funduszu inwestycyjnego Abris, a temu Komisja Nadzoru Finansowego nakazała sprzedaż banku z powodu poważnych naruszeń przepisów. Przyszłość Smarta jest zatem niejasna. Jeżeli pojawi się nowy właściciel, to pewnie szybko zlikwiduje przywileje klientów, tak jak Alior Bank zrobił niedawno w Meritum. Na baczności muszą się mieć także posiadacze rachunków w banku BPH, oficjalnie wystawionym na sprzedaż. Aby poprawić statystyki przed przejęciem, BPH oferuje teraz atrakcyjne konto o sympatycznej nazwie Lubię To! Trudno go rzeczywiście nie lubić, bo jest prowadzone za darmo i umożliwia zwrot aż 3 proc. wydatków kartą, a tego typu oferty należą dziś do rzadkości. Karta co prawda może kosztować 6 zł miesięcznie, ale wystarczy użyć jej raz tygodniu, by uniknąć opłaty.

Niestety, nowy właściciel BPH może już nie być taki hojny. Po każdej zmianie właściciela klienci powinni uważnie śledzić korespondencję z banku, aby nie przeoczyć podwyżek. To tym trudniejsze, że wiele instytucji wykorzystuje okresy przedświątecznej gorączki, aby przemycić przykre informacje. Inna taktyka, również często stosowana w Polsce, to wielokrotne w ciągu roku informowanie o zmianach w taryfie opłat i prowizji. Często dotyczą one zupełnie nieistotnych szczegółów, więc czujność klientów zostaje uśpiona i łatwo przeoczyć bolesne podwyżki. Poza tym o wielu niekorzystnych zmianach przekonujemy się z opóźnieniem. Po powrocie z zagranicy okazuje się, że bank podniósł prowizję za przewalutowanie transakcji, a po wypłacie z bankomatu popularnej sieci wychodzi na jaw, że już nie należy on do grupy bezprowizyjnych. Za wszystkimi zmianami trudno nadążyć.

Pięć bankowych plag

Banki krytykowane za podwyżki cen przypominają o nieszczęściach, które na nie spadły. Pierwsze to coraz niższe stopy procentowe. – Na rachunkach bieżących klienci banków trzymają w sumie ponad 100 mld zł. Te rachunki są najczęściej nieoprocentowane. Tymczasem banki zawsze mogły tymi pieniędzmi swobodnie obracać i zarabiać. Im niższe stopy, tym mniej na tym korzystają – tłumaczy Jarosław Sadowski, analityk Expandera.

Niskie stopy to również niższe karne oprocentowanie niespłaconych na czas długów z kart kredytowych, bo odsetki nie mogą przekroczyć czterokrotności stopy lombardowej (obecnie to już tylko 10 proc. rocznie). Niby tak samo limitowane jest oprocentowanie kredytów konsumpcyjnych, ale w praktyce banki tę barierę obchodzą. Podobnie jak firmy pożyczkowe dodają różne prowizje, ubezpieczenia, opłaty przygotowawcze. Jednak przy najniższych w historii stopach procentowych żyje im się trudniej.

W ostatnich dwóch latach przychody, a w ślad za tym i zyski banków ucierpiały także z powodu ostrej obniżki opłat interchange. To prowizja za płacenie kartą, pobierana od sklepów i punktów usługowych akceptujących płatności bezgotówkowe. Jeszcze kilka lat temu średnia opłata interchange wynosiła w Polsce ponad 1,5 proc. i była jedną z najwyższych w Europie. Dziś, po dwukrotnym ustawowym cięciu, zmalała do zaledwie 0,2–0,3 proc. To właśnie z wysokiego interchange banki finansowały lojalnościowe programy dla klientów, gwarantowały bezprowizyjne wypłaty z bankomatów w Polsce, a czasem na świecie i rozdawały bezpłatne karty. W rzeczywistości nic nie było za darmo. Na korzystne warunki dla klientów banków składali się właściciele sklepów akceptujących karty. Nowe ustawy i przepisy unijne ukróciły ten proceder.

Czy jednak banki mają rację, żaląc się na spadek wpływów wywołany niższym interchange? – Nie do końca, bo przecież interchange spadł, ale równocześnie rośnie popularność kart i łatwiej nimi płacić. W 2014 r. liczba terminali przyjmujących karty w Polsce zwiększyła się o jedną trzecią, z ok. 300 do 400 tys. A to oznacza, że spadek interchange przynajmniej częściowo jest rekompensowany przez większe obroty na kartach – zwraca uwagę Robert Łaniewski, prezes Fundacji Rozwoju Obrotu Bezgotówkowego. Dzięki niższemu interchange karty akceptuje największa sieć handlowa w Polsce, portugalska Biedronka, mająca ponad 2,5 tys. sklepów. Na pewno niższy interchange odbija się na zarobkach banków, ale jego znaczenie jest przez bankowców wyolbrzymiane.

Podobnie jest ze wzrostem składek płaconych do Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. To z niego finansowane są ostatnio ofiary bankrutujących kas SKOK. Od tego roku banki wnoszą do niego więcej, ale nie są to pieniądze, które mogłyby znacząco pogorszyć ich wyniki.

Banki na swoją obronę mogą jeszcze wspomnieć o nowych regulacjach dotyczących sprzedaży ubezpieczeń, które pewnie też przyczynią się do spadku zysków. To argument raczej ryzykowny. Przed zmianami przepisów na tym rynku naprawdę źle się działo. Najczęściej banki występowały jednocześnie w roli pośrednika, zachęcającego klientów do wykupu grupowego ubezpieczenia, i strony umowy z ubezpieczycielem. Dbały o swój interes, a warunki ubezpieczeń, obowiązkowo przyszywanych do różnych kredytów, były skrajnie niekorzystne dla klientów. Dzięki nowej rekomendacji U wydanej przez Komisję Nadzoru Finansowego sytuacja powinna się poprawić. Banki na tym stracą, trudniej im będzie zarabiać na ubezpieczeniowej fikcji.

Pozostaje jeszcze problem kredytów we frankach szwajcarskich. One akurat mogą wyrządzić bankom spore szkody, o ile doszłoby do przymusowego przewalutowania na złote, a koszty tych operacji pożyczkodawcy częściowo pokrywaliby z własnych funduszy. Na razie niewiele jednak wskazuje na realizację takiego scenariusza, zwłaszcza odkąd banki zaczęły uprawiać „politykę miłości” wobec zadłużonych: obniżają spready walutowe, akceptują ujemne stopy procentowe przy frankowych kredytach, wyraziły też gotowość stworzenia specjalnego funduszu dla kredytobiorców, którzy wpadli w tarapaty.

Wszystkie te posunięcia oznaczają wzrost kosztów dla banków, ale na razie niewielki. Nie wiadomo natomiast, co się stanie w połowie 2016 r., po zmianie zasad posługiwania się Bankowym Tytułem Egzekucyjnym. Do tego czasu BTE będzie skutecznym straszakiem na klientów, którzy zalegają z płatnościami. Później bankom będzie już trudniej, ale klientom lżej.

Więcej i więcej

Mimo wszystko banki najpewniej nie przestaną być maszynkami do zarabiania pieniędzy. W ubiegłym roku zysk netto całego sektora przekroczył 16 mld zł. To najwięcej w historii. Stało się tak mimo spadających stawek interchange i coraz niższych stóp procentowych. Dwa pierwsze miesiące tego roku okazały się gorsze, bo zysk zmniejszył się o 7 proc. Jednak to wciąż sektor w znakomitej kondycji. Ma wyjątkową umiejętność szybkiego reagowania na kłopoty, nawet próbuje je wyprzedzać. Gdy brakuje innych możliwości, ofiarą takiej polityki stają się, jak ostatnio, klienci.

Niestety, Polacy częściowo sami są sobie winni, bo rzadko zmieniają banki. Z systemu OGNIVO, ułatwiającego przenoszenie kont osobistych, korzysta rocznie mniej niż 20 tys. osób. Większość klientów akceptuje niekorzystne zmiany, a często nawet nie jest ich świadoma i odkrywa je dopiero po kilku miesiącach, podczas przypadkowej analizy wyciągów z rachunków. Bankowcy o tym wiedzą i chętnie wprowadzają drobne podwyżki, które w sumie zamieniają się w dziesiątki milionów. Są zazwyczaj stopniowe, ukrywane w pełnych niejasnych sformułowań komunikatach. I tak będzie do czasu, aż nie zbuntują się klienci.

Tak stało się kilka lat temu w Stanach Zjednoczonych, kiedy Bank of America zapowiedział wprowadzenie prowizji w wysokości pięciu dolarów miesięcznie za używanie karty debetowej. Wybuchł skandal, który zjednoczył klientów w walce o swoje prawa. Sprawa trafiła nawet do popularnych amerykańskich programów satyrycznych, w których bezlitośnie wyszydzano bank. W efekcie BoA wycofał się z planów wprowadzenia kontrowersyjnej opłaty. Tylko czy polskich klientów stać na podobny opór?

Polityka 18.2015 (3007) z dnia 27.04.2015; Rynek; s. 48
Oryginalny tytuł tekstu: "Konto do kąta"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

3 miesiące. Tyle mieli żyć więźniowie z pierwszego transportu do Auschwitz

Są młodzi i zdrowi, więc mają przed sobą ze 3 miesiące życia. Na wolność wyjdą przez komin krematorium. Taką przyszłość przepowiadano 728 pierwszym więźniom w Auschwitz.

Marcin Kołodziejczyk
18.06.2010
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną