Rynek

Leczyć szpitale czy pacjentów?

W prywatnych przychodniach też są kolejki

Jedna z wielu prywatnych przychodni w Warszawie. Już niedługo mogą się one różnić od państwowych jedynie eleganckim wystrojem. Jedna z wielu prywatnych przychodni w Warszawie. Już niedługo mogą się one różnić od państwowych jedynie eleganckim wystrojem. Wojciech Olszanka / EAST NEWS
Prywatne kliniki i przychodnie stają się coraz bardziej podobne do publicznej służby zdrowia. I coraz trudniej dostępne dla pacjentów.
Luxmed obecnie ma w całym kraju 174 placówki, w tym 5 szpitali.Cezary Aszkielowicz/Agencja Gazeta Luxmed obecnie ma w całym kraju 174 placówki, w tym 5 szpitali.

Po roku oczekiwania na wizytę u endokrynologa w ramach NFZ Agata K. usłyszała, że cierpi na chorobę Hashimoto. Specjalista na ponowną wizytę do siebie, za pół roku, zaprosił prywatnie. Agata ma także kłopoty ze stawem biodrowym, potrzebuje rehabilitacji. Wymyśliła więc, że wykupi prywatnie roczny abonament Orzech w Luxmedzie za 1255 zł. Wyleczy się ze wszystkiego i w następnym roku już nowego kupować nie będzie. Nieco się przeliczyła.

Pakiet Orzech rehabilitacji nie zawiera. Endokrynolog z Luxmedu potwierdził Hashimoto i zlecił cały pakiet badań diagnostycznych. Tylko jedno w ramach pakietu, reszta płatna.

Takich klientów jak Agata K. przybywa. Jarosław M. z Wrocławia od wielu lat jest związany z Medicoverem. Przez sześć lat wypasiony abonament fundowała mu korporacja. Odkąd jednak przestał być jej pracownikiem, płaci sam. Sporo, 850 zł kwartalnie. – To prawie połowa mojej obecnej miesięcznej pensji – twierdzi. Na tak spory wydatek decyduje się jednak z powodu cukrzycy. Pakiet gwarantuje mu opiekę diabetologa, nie częściej jednak jak raz na trzy miesiące.

Przejściowe na stałe

Najpotężniejszy segment prywatnej służby zdrowia tworzą obecnie firmy sprzedające abonamenty w dużych miastach. Wielka trójka to Luxmed (1,4 mln pacjentów), Medicover (650 tys.) oraz ENEL-MED (300 tys. pacjentów). Są też dziesiątki małych konkurentów. Pierwszy, w 1992 r., pojawił się w Polsce szwedzki Medicover. Jako oferta dla polskich pracowników zagranicznych korporacji, żeby w razie choroby nie tracili czasu na kolejki w publicznych przychodniach. Był najdroższy – już wtedy miesięczny abonament kosztował kilkaset złotych.

Obejście publicznego systemu opieki zdrowotnej okazało się dużą pokusą. Zaraz potem abonamenty, już po bardziej przystępnych cenach, zaczął oferować Luxmed, założony przez kardiologa Wojciecha Pawłowskiego wraz z grupą innych, drobnych inwestorów. Wystartowali jako właściciele jednej stołecznej przychodni przy ul. Racławickiej. Jako pierwsza firma prywatna Luxmed zaoferował swoim klientom rezonans magnetyczny.

Przez całe lata 90. popyt na abonamenty rósł błyskawicznie. Adam Rozwadowski, inżynier elektryk, który zdołał zebrać nieco pieniędzy jako właściciel firmy projektowej, postanowił zainwestować je w sieć przychodni ENEL-MED, także oferujących abonamenty. Wszystkie trzy firmy z publiczną służbą zdrowia nie miały nic wspólnego. Może tylko to, że wielu lekarzy specjalistów dorabiało w nich po godzinach. Po prostu wyłapywały strumień prywatnych, głównie korporacyjnych, pieniędzy. Miały być czymś przejściowym, tymczasem wrosły w naszą służbę zdrowia na trwałe.

Obecnie na tę formę medycznej opieki wydajemy rocznie ponad 3 mld zł. Najczęściej płacą za nią pracodawcy, doliczając nam wartość abonamentu do dochodów opodatkowanych PIT. Z abonamentów korzysta ok. 3 mln osób, w tym 2,5 mln za pieniądze pracodawców.

Poczucie, że poziom tej opieki szybko się obniża, staje się coraz bardziej powszechne. Prywatne firmy medyczne nie pozostawiają złudzeń – będzie coraz gorzej. Nie poradzą sobie bez kontraktów z NFZ. Bo w prywatnej służbie zdrowia o zyski coraz trudniej.

W ciągu ostatnich kilku lat pracodawcy starają się bowiem na kosztach abonamentów zaoszczędzić i ostro się targują. – Ceny abonamentów wzrosły nie więcej niż 5–6 proc., tymczasem koszty świadczenia opieki medycznej znacznie się podniosły, nawet o kilkadziesiąt procent. Dotyczy to również płac lekarzy – podsumowuje Anna Rulkiewicz, prezes Luxmedu. Pracownicy obdarowani abonamentem zwykle nie zdają sobie z tego sprawy, oczekują raczej poprawy usług niż uszczuplania oferty. Dostosowywanie popytu do podaży odbywa się więc za pomocą utrudniania dostępu do specjalistów.

Jeśli ktoś myśli, że abonament za średnio 70 zł miesięcznie umożliwi mu leczenie choroby przewlekłej, to jest w błędzie – uważa Jacek Rozwadowski, wiceprezes ENEL-MED i syn założyciela firmy, Adama. Stąd te kolejki do endokrynologa czy kardiologa.

Do specjalistów można zapisać się na wizytę dodatkowo płatną (firmy zachęcają zniżkami). Leczenia szpitalnego abonamenty zwykle nie obejmują. Jeśli klient zapisuje się do lekarza zbyt często, proponuje mu się zmianę warunków umowy. Dotyczy to zwłaszcza osób starszych, które po przejściu na emeryturę w tej samej firmie kupują abonament indywidualny. Po roku okazuje się, że trzeba płacić więcej. Albo zrezygnować. Za takimi klientami firmy nie płaczą. Wolą pracujących, którzy mniej chorują.

Jak prywatny z państwowym

Po 1999 r., czyli wprowadzeniu w publicznej służbie zdrowia systemu ubezpieczeniowego, przed biznesem medycznym otworzyły się świetlane perspektywy. Pieniądze miały iść za pacjentem, to on miał wybierać świadczeniodawcę. Wyrosło wiele prywatnych firm, których właściciele swoje biznesplany oparli głównie na przyszłych kontraktach z NFZ, jako najbardziej stabilnym źródle dochodów.

Takich jak Centrum Medyczne Mavit w Warszawie, które zabiegi okulistyczne wykonuje w budynku wynajętym od Instytutu Meteorologii. Dr Andrzej Mądrala, farmaceuta, wystartował z tym biznesem z oszczędnościami, jakie odłożył podczas pobytu za granicą. Po operacji w Mavicie pacjent wraca do domu, klinika nie ma szpitala całodobowego.

Kiedy Andrzej Mądrala próbował otworzyć drugą klinikę okulistyczną w Katowicach, prezydent miasta rozwiał nadzieje na kontrakt z NFZ, ale namówił do wystartowania w konkursie na zakup zrujnowanego baraku, w którym mieści się laryngologia. Szpital ma kontrakt – to argument decydujący.

Z kolei Paweł Buszman i trzej inni kardiolodzy po kilkuletnim pobycie w USA założyli w 2000 r. American Heart of Poland (AHP). Za szumną nazwą kryły się pawiloniki dobudowane do istniejących szpitali w niewielkich miastach, na początku tylko na Śląsku – w Ustroniu, Myszkowie, Dąbrowie Górniczej, Bielsku-Białej. Biznesplan AHP od początku opiera się na pieniądzach NFZ. Niespecjalnie nawet musieli się targować o wysokość kontraktów, bo sporą część tych zabiegów kwalifikuje się do procedur ratujących życie, które publiczny płatnik sfinansować musi. Coraz dłużej jednak zwleka z regulowaniem rachunków.

Koniec sielanki

Względnie dobre stosunki prywatnej służby zdrowia z NFZ załamały się po wybuchu kryzysu finansowego. Wpływy ze składek do funduszu przestały rosnąć. Publiczni świadczeniodawcy poczuli się coraz bardziej zagrożeni konkurencją prywatnych i wymusili ograniczanie im kontraktów. Straszyli lokalnych polityków utratą miejsc pracy, strajkami.

Kiedy przed kilkoma laty konkurs na diagnostykę w Gdańsku wygrał ENEL-MED, przebijający konkurentów nowoczesnym sprzętem, wkrótce potem, w wyniku nacisków publicznych świadczeniodawców, stanowisko stracił prezes pomorskiego NFZ. W wyniku oskarżeń o zbytnią przychylność wobec innej prywatnej firmy z Katowic zdymisjonowano też niedawno poprzedniego prezesa ogólnopolskiego NFZ. A firma zniknęła z rynku.

Od prawie sześciu lat NFZ nie organizuje już konkursów na kontrakty – przypomina Andrzej Mądrala. W konkursach szansę na umowę z publicznym płatnikiem miały nowe firmy prywatne. Konkursy zastąpiło aneksowanie, czyli – przedłużanie umów z dotychczasowymi świadczeniodawcami. Więc Mavit, który w nadziei na kontrakt urządził w swojej klinice na warszawskich Bielanach oddział całodobowy, musiał go skasować. Bez NFZ się nie utrzyma. Inwestycje poszły w błoto. Wiele innych firm, które inwestowały, licząc na wygraną w konkursach, także się przeliczyło. NFZ ma wrócić do konkursów w 2016 r. Przed wyborami parlamentarnymi minister zdrowia żadnych awantur politycznych nie chce prowokować.

Mimo to konflikty lokalne wybuchają ciągle. Pod koniec marca zarząd powiatu w Giżycku, jako właściciel miejscowego szpitala, zerwał umowę z Grupą Nowy Szpital, której wcześniej powierzył zarządzanie placówką. Profesjonalny zarząd miał poprawić sytuację finansową publicznej placówki. Prywatna spółka szczecińska GNS zarządza już z powodzeniem siecią dziesięciu szpitali powiatowych na zachodzie kraju. Placówki pozbyły się długów. Sposób zarządzania szpitalem giżyckim nie spodobał się jednak jego pracownikom oraz związkom zawodowym. Konsorcjum 45 tamtejszych lekarzy uważa, że „Szpital powinien być zarządzany przez samorządy, również przez nie dofinansowywany”. W szpitalu panuje klincz, ponieważ GNS uznaje zerwanie umowy przez powiat za bezprawne. W konflikt wciągnięto pacjentów. „Władze powiatu chcą zmienić zarządzanie szpitalem w Giżycku. Sądzimy, że na gorsze. A Ty, co o tym sądzisz? Ratuj Giżycko” – nawołują zarządcy w internecie.

Prywatną służbę zdrowia stworzyli w Polsce lekarze, ale w ostatnich latach masowo przechodzi ona w ręce firm zagranicznych. Pierwszy właściciela zmienił Luxmed, wpuszczając w 2001 r. fundusz private equity, który po kilku latach sprzedał akcje funduszowi Mid Europa. Założyciel firmy Wojciech Pawłowski jeszcze wtedy zostawił sobie 18 proc. udziałów. Dziś nie ma już nic. Przed dwoma laty całość stała się własnością wielkiej brytyjskiej firmy ubezpieczeniowej Bupa. To była największa transakcja na polskim rynku medycznym. Nabywca zapłacił za Luxmed 1,6 mld zł. Fundusz Mid Europa za Luxmed wziął 250 proc. sumy, którą wcześniej zapłacił. Nabywca najwyraźniej uznał, że firma, wraz z 1,4 mln klientów, jest tego warta.

Przez ostatnie kilkanaście lat Luxmed zachowywał się na rynku jak odkurzacz – masowo przejmował konkurentów. Nie tylko sieci przychodni takich jak Medycyna Rodzinna, ale także prywatne szpitale. – Obecnie mamy w całym kraju 174 placówki, w tym 5 szpitali – wylicza prezes Anna Rulkiewicz. Wprawdzie ponad 60 proc. przychodów firmy nadal pochodzi ze sprzedaży abonamentów, 17 proc. z płatności za pojedyncze wizyty, a tylko 12 proc. z kontraktów z NFZ, ale firma liczy na więcej. Wyraźnie przygotowuje się do zajęcia pozycji lidera także na rynku ubezpieczeń zdrowotnych. Jeśli w końcu politycy zdecydują się na wprowadzenie ich w życie.

PZU zajmuje przyczółki

Chodzi o taki rodzaj polis, przy których ubezpieczyciel będzie mógł otrzymać także część naszej przymusowej składki na zdrowie, jaką obecnie w całości zgarnia NFZ. Na to samo liczy PZU, nie zamierzając bez walki oddać naszego rynku Bupie. Narodowy ubezpieczyciel już zajmuje przyczółki. M.in. zdecydował się na zakup pakietu akcji giełdowego ENEL-MED. Tutaj trafiają klienci PZU, którzy już dziś decydują się na zakup polisy zdrowotnej. PZU chce także inwestować we własną sieć. Ale politycy z zapowiadanych planów na razie się wycofali. Boją się opozycji, która straszy, że ci, którzy dokupią dodatkowe ubezpieczenie, będą leczeni lepiej niż inni.

Mimo to rynek prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych rośnie (choć do abonamentów mu daleko). W zeszłym roku na polisy zdrowotne Polacy wydali zaledwie 400 mln zł. Na razie nie mamy motywacji. Polisy są bowiem dla zdrowych. Jeśli ktoś już choruje, na zakup ubezpieczenia jest za późno. Cena polisy jest zależna od wieku oraz stanu zdrowia. – Klient wypełnia ankietę zdrowotną – wyjaśnia Anna Rulkiewicz, prezes Luxmedu. Jeśli już ma do wymiany staw biodrowy czy do wyleczenia jakąś chorobę, ubezpieczyciel za to nie zapłaci. Można na niego liczyć tylko w przypadku chorób, na które jeszcze nie cierpimy.

Czeski fundusz Penta, który wcześniej zainwestował w sieć handlową Żabka, teraz wykupił z giełdy EMC Instytut Medyczny. Piotr Gerber, założyciel firmy, może być z siebie dumny, okazała się warta 195 mln zł. Gerber nie jest lekarzem, ale architektem. Jego firma przejmowała powiatowe szpitale we Wrocławiu i na Dolnym Śląsku. Razem z kontraktami.

Centrum Medyczne Mavit także wymyka się z rąk założyciela Andrzeja Mądrali. Żeby mieć środki na dalszy rozwój, postanowił wraz ze wspólnikiem sprzedać pakiet 33 proc. funduszowi inwestycyjnemu. Ku zdziwieniu Mądrali okazało się, że fundusz przejął kontrolę, wspólnik sprzedał mu bowiem także swoje udziały. Mavit jest wart ok. 100 mln zł. Od dłuższego czasu nabywcy na sieć klinik leczenia serca szuka też Paweł Buszman (AHP). Wraz z trzema wspólnikami mogą zainkasować nawet 1,5 mld zł. W skład grupy wchodzi już 20 klinik kardiologicznych. Wśród chętnych do kupna wymienia się chiński fundusz Fosun.

Nacisk na kontrakty z NFZ ze strony silnych, prywatnych właścicieli zagranicznych będzie coraz większy. Opór ze strony załóg publicznej służby zdrowia przed dzieleniem się kontraktami z prywaciarzami – też. Politycy będą mieli coraz twardszy orzech do zgryzienia. Pytanie, czy nasze składki zdrowotne mają być przeznaczone przede wszystkim na utrzymanie publicznej służby zdrowia czy też na nasze leczenie, wciąż pozostaje bez politycznej odpowiedzi.

Polityka 21.2015 (3010) z dnia 19.05.2015; Rynek; s. 40
Oryginalny tytuł tekstu: "Leczyć szpitale czy pacjentów?"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kultura

Zapomniana historia Mietka Kosza

Film Macieja Pieprzycy „Ikar. Legenda Mietka Kosza” z brawurową rolą Dawida Ogrodnika przypomina wielką postać tytułowego niewidomego pianisty. To powód, by raz jeszcze zastanowić się nad wciąż nośnym mitem artysty straceńca.

Mirosław Pęczak
19.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną