Przekręty na podatku VAT: studenci jako słupy

Karuzela ze słupami
Z badań wynika, że dla większości studentów ważniejsze jest, żeby praca była dobrze płatna, niż aby była legalna. Kandydatów do przestępczej działalności rekrutuje się więc często na uczelniach.
Przy karuzelach vatowskich, bo tak skarbówka nazywa ten rodzaj oszustw podatkowych, najszybciej wpadają słupy.
Mirosław Gryń/Polityka

Przy karuzelach vatowskich, bo tak skarbówka nazywa ten rodzaj oszustw podatkowych, najszybciej wpadają słupy.

60 proc. ankietowanych studentów nie wie, co to jest słup podatkowy.
Mirosław Gryń/Polityka

60 proc. ankietowanych studentów nie wie, co to jest słup podatkowy.

Marcin, trzeci rok uniwersyteckiej ekonomii, bardzo chciał dorobić. Piotr, z którym skontaktował go kolega z roku, gotów był płacić tysiąc złotych miesięcznie. To na początek. Gdyby kandydat się sprawdził, mógłby również zostać biznesmenem jak Piotr. Tak jak on też wyglądać i mieć podobnej klasy samochód.

Na początek Marcin musiał założyć firmę, legalną, na własne nazwisko. Potem, już jako jej prezes, miał napisać kilka maili, złożyć parę zleceń, podpisać jakieś faktury. Nie bardzo się w nie wczytywał, papiery przygotowywał Piotr, którego formalnie jednak w firmie nie było. Ufał mu.

Marcin wiedział tylko, że jego firma kupuje telefony komórkowe od kontrahenta wskazanego przez Piotra i sprzedaje je innemu, również wybranemu wcześniej przez szefa. Firma Marcina dopisywała do ceny własną marżę, ale żadne dodatkowe pieniądze do kieszeni świeżo upieczonego prezesa z tego tytułu nie wpływały. Tylko ten tysiąc. Obiegiem dokumentów też zajmował się szef. Telefonów Marcin wprawdzie nie widział, w żadnym magazynie nie był, ale wiedział, że cały obrót pieniędzmi odbywa się za pośrednictwem banków, o wożeniu gotówki w reklamówkach nie było mowy. Działalność, choć pozorowana, wyglądała na legalną. Marek, kolega z roku, który skontaktował go z Piotrem, też został prezesem. On dla odmiany od wskazanego kontrahenta kupował czekoladowe jajka z niespodzianką i sprzedawał je dalej.

Z badań przeprowadzonych przez departament kontroli skarbowej Ministerstwa Finansów na wyższych uczelniach wynika, że 60 proc. ankietowanych studentów nie wie, co to jest słup podatkowy. Do tego grona należeli również Marcin i jego kolega.

Skoro Piotr zawsze wiedział, od kogo aparaty kupić i komu je sprzedać, po co mu był pośrednik? Za co naprawdę płacił Marcinowi tysiąc złotych miesięcznie? Takiego pytania studenci trzeciego roku ekonomii biznesmenowi nie zadali. Ich samych wątpliwości także nie gnębiły. Cieszyli się, że zamiast poświęcać na pracę kilka godzin dziennie, tylko przez kilkanaście minut podpisują papiery. Z Piotrem kontaktowali się telefonicznie. Marcin raz tylko umówił się z nim na mieście.

Dlaczego nie w firmie? Bo żadnej firmy nie było. Nie miała siedziby, pracowników, nawet sekretarki. Działalność Marcina, podobnie jak jego kolegi Marka, była jednoosobowa, adres firmy – tylko internetowy. Wirtualne biura są dziś w biznesie zjawiskiem normalnym. Zwłaszcza w przypadku osób początkujących. Z faktur, jakie podpisywał Marcin, wynikało jednak, że jego biznes kręci się za szybko, firma osiąga za duże obroty. Nad całym interesem nie może panować jeden student. Tym zwrócił na siebie uwagę kontroli skarbowej.

Do Marka dotarła policja, która zwróciła uwagę, że transporty tych samych jajek z niespodzianką wyjeżdżają z Polski, po czym – przez Słowację – znów wracają do kraju. W jego przypadku fikcyjnym fakturom towarzyszył prawdziwy towar. Tyle że nigdy nie docierał do odbiorców.

Marcin wpadł po kilku miesiącach. Do wirtualnej siedziby firmy nie mogła wprawdzie zajrzeć kontrola skarbowa, ale dane osobowe Marcina były przecież prawdziwe. Fałszywe fiskus identyfikuje jeszcze szybciej. Dlatego oszuści wykorzystują osoby posługujące się autentycznymi dokumentami. Policja nie miała kłopotu z odnalezieniem słupa. Na razie nie siedzi, wzywają go tylko na przesłuchania. Może kontynuować studia, ale opuszczać kraju mu nie wolno. Dowiedział się, że ma zwrócić państwu 2 mln zł tytułem niezapłaconego podatku VAT. Nigdy tych pieniędzy nie widział. Okazało się, że jako prezes podpisał 264 fikcyjne faktury na kwotę prawie 9 mln zł. Śledztwo w toku.

Nieuchwytny mózg

Kontakt z Piotrem stracił wcześniej, szef całej operacji przestał odbierać telefony, zanim jeszcze do Marcina zgłosiła się policja. Znikł także Marek, został aresztowany. Przy karuzelach vatowskich, bo tak skarbówka nazywa ten rodzaj oszustw podatkowych, najszybciej wpadają słupy. Można powiedzieć, że z góry wystawione są na odstrzał. Faktyczni szefowie najdłużej pozostają poza zasięgiem organów ścigania, to oni są mózgami skomplikowanych operacji finansowych. Kiedy jedną karuzelę fiskus namierzy, rozkręcają następną. Potrzebne są kolejne słupy.

Przykład Marcina działa na wyobraźnię jego kolegów. Co drugi student deklaruje gotowość spotkania z policją lub skarbówką, które rozpoczęły na wyższych uczelniach akcję „nie daj się zrobić w słupa”. Jeszcze w 2008 r. przestępcy w białych kołnierzykach polowali na słupy pod budkami z piwem. Aż 60 proc. właścicieli jednoosobowych firm, produkujących jedynie fikcyjne faktury, posiadało zaledwie podstawowe wykształcenie. Rekrutowali się głównie spośród bezrobotnych. Zanim zarejestrowali firmę w urzędzie gminy, trzeba im było jeszcze zafundować garnitur.

Dziś portret słupa wygląda inaczej, a koszty jego ustawienia udało się przestępcom ograniczyć. – Co trzeci legitymuje się wyższym wykształceniem, po podstawówce jest jedynie 14 proc. – twierdzi Beata Łaszyn, zastępca dyrektora departamentu kontroli skarbowej w MF. Łowcy słupów rekrutują ofiary głównie na uczelniach, najbardziej zagrożeni są studenci. Ich najłatwiej wkręcić w karuzelę. Godząc się na założenie firmy, wierzą, że za jakiś czas będą takimi samymi biznesmenami jak ich zleceniodawca. Z podobną furą i komórą. Na pomysł, że ów zleceniodawca może być przestępcą, jakoś nie wpadają. Przestępca przecież tak nie wygląda. Popyt na fikcyjnych prezesów rośnie w zastraszającym tempie.

Tak jak kiedyś bezrobotni, tak obecnie przyszli magistrowie nie bardzo pojmują mechanizm karuzeli podatkowej związany z VAT. W takiej karuzeli kręcić się może kilkanaście, a nierzadko nawet kilkadziesiąt firm słupów. Wzajemnie przekazują sobie fikcyjne faktury. Im więcej słupów, tym trudniej dotrzeć do organizatorów i prawdziwych sprawców przestępstwa.

Każda z tych firm produkuje faktury VAT, które powinny odzwierciedlać stan faktyczny, a więc prawdziwe zdarzenia gospodarcze. Czyli np. firma, która kupiła telefony i w ich cenie zapłaciła podatek, wystawia fakturę, a po ich sprzedaniu może go sobie odliczyć. To jednak stwarza pokusę. Zaś pokusa nadzwyczajnych zysków rodzi się wtedy, gdy towar opuszcza kraj. Przy eksporcie bowiem VAT wynosi zero, a w kraju 23 proc. W karuzeli chodzi o to, by rzekomy eksporter dostał zwrot podatku, którego jednak nikt wcześniej nie zapłacił. Karuzela, czyli wiele powiązanych ze sobą firm słupów, jest potrzebna do zatarcia śladów – między firmą, która uzyskała zwrot podatku, a tą, która wcześniej go nie zapłaciła, choć powinna.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną