Rynek

Czarne chmury nad emeryturą

Z czego Polacy będą żyć na starość

Według GUS obecny 67-latek ma przed sobą jeszcze ok. 13 lat. Jego równolatka sporo więcej, bo 17. Według GUS obecny 67-latek ma przed sobą jeszcze ok. 13 lat. Jego równolatka sporo więcej, bo 17. E. M. Welch/Rex Features / EAST NEWS
Wyborcy nagradzają partie, które dewastują system emerytalny, i surowo karzą te, które próbują go naprawiać. PiS wyczuło w tym szansę na przejęcie władzy i nie zawaha się z niej skorzystać. Gwoździem kolejnej kampanii wyborczej tej partii jest cofnięcie reformy „67”. Prezydent Andrzej Duda zapowiedział, że zaraz po inauguracji przygotuje odpowiedni projekt ustawy.
Nasze państwo wydaje obecnie na emerytury i renty z ZUS 11,5 proc. PKB.Agnieszka Sadowska/Agencja Gazeta Nasze państwo wydaje obecnie na emerytury i renty z ZUS 11,5 proc. PKB.
Nowy portfel okazał się chudszy niż stary. Najmłodsi wątpią, czy w ogóle na starość coś dostaną.Agnieszka Sadowska/Agencja Gazeta Nowy portfel okazał się chudszy niż stary. Najmłodsi wątpią, czy w ogóle na starość coś dostaną.

Artykuł w wersji audio

Polacy nie będą pracować aż do śmierci – zapewniał przed wyborami prezydenckimi kandydat Andrzej Duda. Teraz, jak echo, powtarza po nim kandydatka na premiera Beata Szydło. Obietnica nabrała cięższej politycznej wagi. Nie składa jej już tylko kandydat na prezydenta, który kompetencji w tej sprawie nie posiada, ale partia idąca po władzę. Stoi za nią Jarosław Kaczyński, który już premierem był, więc z pewnością wie, co robi. Zdaje sobie sprawę, że podkłada bombę pod finanse publiczne. Że to najdroższa, najbardziej niezjadliwa i trująca kiełbasa wyborcza, jaką zaserwowali nam politycy w minionym ćwierćwieczu.

Wie, ale najwyraźniej pomyśli o tym jutro. Dzisiaj najważniejsza jest władza. Sama wchodzi w ręce. Wystarczy tylko zagospodarować emocje milionów zwykłych ludzi, w które wsłuchują się pisowscy liderzy. Przed Andrzejem Dudą emocje próbował rozhuśtać Piotr Duda, przewodniczący Solidarności, kiedy ogłosił akcję zbierania podpisów przeciwko ustawie wydłużającej stopniowo wiek emerytalny dla mężczyzn i kobiet do 67 lat. Pod protestem podpisało się prawie 2 mln osób. Przy każdej kolejnej akcji związkowej Duda powtarzał, że rząd zwykłych ludzi zlekceważył. Narzucił prawo, którego Polacy nie chcą. Jest demokracja, rząd musi robić to, czego żądają wyborcy. Bo go zmiotą. Dziś groźba staje się coraz bardziej realna.

Duda rozgrzał emocje i utwierdził ludzi w tym, że na godziwą emeryturę można pracować krócej. W 2012 r., według CBOS, przeciwko wydłużeniu wieku emerytalnego dla mężczyzn było 79 proc. dorosłych Polaków, „za” tylko 18 proc. Jeszcze większy opór budzi stopniowe (wszystkie kobiety obejmie dopiero w 2040 r.) wydłużanie pracy dla kobiet. Stanowcze „nie” zgłasza aż 86 proc. ankietowanych. Akceptację wyraża zaledwie 11 proc., a może – w tej sytuacji – aż 11 proc.

Jeszcze nigdy do tej pory dobro jednostek, widziane oczyma poszczególnych osób, nie rozjechało się aż tak z dobrem ogółu. Argumentów definiujących racje państwa ludzie słuchać nie chcą. Albo są na nie głusi. Problem w tym, że do wyborów idą poszczególni ludzie, a nie społeczeństwo. A wyborcy w większości „pracować do samej śmierci nie chcą”. Demokratycznie, na własne żądanie, zakładamy sobie ekonomiczną pętlę na szyję. Kopiemy zbiorowy grób.

Niekończąca się reforma

Ostatni sondaż IBRIS z 3 lipca, przygotowany na zamówienie Prawa i Sprawiedliwości, potwierdza, że za ponownym obniżeniem wieku emerytalnego jest 74 proc. badanych, budząc tym coraz większe przerażenie ekonomistów. Pogodzić racje jednostek z racjami gospodarki będzie bardzo trudno. Tym bardziej że PiS o żadnym kompromisie nie chce nawet mówić.

Byłoby nim wprowadzenie np. dodatkowego kryterium stażu, umożliwiającego osobom wcześniej startującym w zawodzie i długo pracującym zakończenie aktywności zawodowej przed 67. urodzinami. Takie ulepszone pomostówki, teraz zarezerwowane jedynie dla grup pracujących w szczególnych warunkach. Ale propozycję – po raz pierwszy sformułowaną przez OPZZ – zgłosił prezydent Bronisław Komorowski, co jest wystarczającym powodem, żeby ją odrzucić. Kryterium stażu wprowadzili Niemcy. Ale tam z pracy można odejść przed 67. urodzinami tylko wtedy, gdy przepracowało się 45 lat. U nas mówi się o 40. To kolosalna różnica. Dla ludzi i dla budżetu państwa.

Społeczne nastroje da się uzasadnić. Mamy dość niekończącej się reformy. Piotr Duda, który dziś tak podgrzewa nastroje, zdaje się zapominać, że tę pierwszą, w 1999 r., zaserwowała nam koalicja AWS-UW, której patronowała Solidarność. To ona przecież nad wszystkimi czterema reformami rządu Jerzego Buzka rozpostarła parasol ochronny.

Wydłużanie pracy oraz zrównywanie stażu kobiet i mężczyzn uznane zostało za najistotniejszą z ówczesnych zmian, choć nie mówiono o tym zbyt dużo. Związek zawodowy był wtedy tych zmian zwolennikiem. Warto przypomnieć, że akurat w tej jednej sprawie nie było w parlamencie sporu, świadome potrzeby reformy systemu emerytalnego były wszystkie partie. Nie znaczy to, że były także świadome jej skutków.

Generalnie chodziło o to, by w przyszłości jakoś ograniczyć wydatki państwa na wypłatę świadczeń. Zneutralizować już wtedy wyraźne niekorzystne tendencje demograficzne, czyli szybkie starzenie się społeczeństwa. Nie tylko polskiego. Nad rozwiązaniem problemu zastanawiała się cała Europa. Myśmy po 1989 r. włączyli się w tę dyskusję.

Rewolucyjną zmianą w nowym systemie było to, że każdy na starość miał dostać tyle, ile przez całe zawodowe życie zaoszczędzi. W ten sposób system miał się po latach zbilansować. Per saldo budżet miał już do emerytur nie dopłacać. Po latach, bo zmiany dotyczyły tylko osób urodzonych po 31 grudnia 1948 r. Poprzedni system nagradzał osoby marnie wykształcone i słabo zarabiające, ich emerytury były niewiele niższe od ostatnich zarobków. Zachęcały więc do jak najwcześniejszego zakończenia pracy. Dobrze zarabiający mieli natomiast poczucie krzywdy. Dla nich składka na ZUS była także podatkiem, pobierano ją od każdej zarobionej złotówki. Wtedy byliśmy przekonani, że reforma wiążąca przyszłe emerytury z gromadzonym przez nas kapitałem jest sprawiedliwa.

Na tle innych krajów europejskich była to nowość – system zdefiniowanej składki. Państwo nie obiecywało już wysokości przyszłego świadczenia, uzależniając je wyłącznie od nas. Z pozostałymi systemami emerytalnymi łączyło nas to, że nasz, mimo zmian, pozostawał repartycyjny. Czyli składki pracujących, choć zapisywane na indywidualnych kontach (to była rewolucyjna zmiana), szły od ręki na wypłaty dla aktualnych emerytów. Młodzi składali się na świadczenia dla seniorów.

Bruksela bardzo nas za tę odwagę w reformowaniu chwaliła. Wyglądało, żeśmy tykającą bombę demograficzną rozbroili. Rządy starej Europy takiej odwagi nie miały. Bały się swoich wyborców. Dla ludzi zmiana musiała bowiem oznaczać drastyczne obniżenie wysokości emerytur. Jeszcze tego nie odczuliśmy, z pracy na nowe emerytury odeszły dopiero pierwsze roczniki kobiet.

Z czasem okazało się, że bomba tyka nadal. Wydatki na emerytury (w lwiej części jeszcze z poprzedniego, bardziej hojnego i zawierającego mnóstwo branżowych przywilejów systemu) rosną szybko, a strumień składek – z powodu niekontrolowanego wzrostu nieoskładkowanych umów śmieciowych – jest coraz bardziej wątły. Młodzi nie odkładają na starość, starym nie ma z czego wypłacać świadczeń. Tego reformatorzy nie przewidzieli.

Nie przewidzieli też, że na Polaków motywacja finansowa słabo działa. Zakładali, że sami zechcemy pracować dłużej. Wyliczali, że kobieta zarabiająca średnią krajową (obecnie 4 tys. zł brutto), przechodząc na emeryturę w wieku 60 lat, otrzyma zaledwie 1,4 tys. zł. Głodową stawkę. Ale gdyby została w pracy trzy lata dłużej, jej świadczenie wzrośnie do 1,7 tys. zł brutto. Odchodząc w wieku 66 lat, dostanie natomiast 2,2 tys. zł. Przeliczyli się. Nic z tego. Polacy wolą dostać niższą emeryturę, byle jak najszybciej. Polki tym bardziej.

Zawiodły też nadzieje związane z OFE. We wcześniejszych, sprzed 1999 r., symulacjach nasze zyski z tzw. drugiego filara, pomnażane na rynku kapitałowym, miały być tak duże, że część przyszłej emerytury, wypłacana przez ZUS, wydawała się przy nich nieistotnym dodatkiem. Do kryzysu w 2008 r. nie zdążyliśmy tego zobaczyć, po jego wybuchu Polacy przekonali się, że giełda to zbyt ryzykowny sposób zarabiania (lub tracenia) oszczędności. Państwo zaś przekonało się, że częściowa prywatyzacja emerytur nie jest dobrym sposobem na zmniejszenie w przyszłości emerytalnego ciężaru. Przeciwnie, pieniądze przekazywane do OFE trzeba było potem od banków pożyczać, aby uzupełnić dramatyczną lukę w ZUS. Paranoja. Obowiązkowy filar kapitałowy, na którym zarobiły głównie instytucje finansowe, poważnie ograniczono. Ale było to tylko rozwiązanie doraźne.

Rząd PO-PSL zatem po raz drugi zreformował nas, tym razem z zaskoczenia, bez długich, acz niezbędnych w takiej sytuacji, dyskusji i konsultacji społecznych, podnosząc wiek przechodzenia na emeryturę. Nic zresztą o tym zamiarze nie wspominając w kampanii parlamentarnej w 2011 r. Wcześniej Bronisław Komorowski, jako kandydat na prezydenta, wręcz zapewniał, że wydłużanie wieku emerytalnego konieczne nie będzie. Ludzie to zapamiętali.

Donald Tusk zdecydował się na operację „67” z kilku powodów. Żeby Polska nie musiała płacić zbyt wysokich odsetek za pożyczane na rynku finansowym pieniądze. Rynki finansowe doskonale orientują się w zagrożeniach i za ryzyko każą sobie płacić. A rząd polski rocznie musi pożyczać ponad 155 mld zł. Chodziło też o to, by Komisja Europejska z powodu zbyt dużego deficytu finansów publicznych nie zechciała nas dyscyplinować ograniczeniem przydzielonych środków unijnych. O konieczności reform przypominano nam na każdym kroku. Jeśli teraz PiS tę reformę – okupioną ciężkimi politycznymi stratami dla PO – cofnie, zarówno rynki, jak i Bruksela ślepe na to nie pozostaną.

Strach o pracę

Mimo gwałtu na społeczeństwie, czyli reformy „67” (rozłożonej zresztą w czasie aż do 2040 r.), nasze państwo wydaje obecnie na emerytury i renty z ZUS 11,5 proc. PKB. W pieniądzach – prawie 200 mld zł rocznie, trzy razy więcej, niż wynoszą wydatki na publiczną służbę zdrowia. Wszystkie dochody państwa (bez składek na ZUS) w 2014 r. wyniosły niecałe 277 mld zł. Wydaliśmy wprawdzie 324 mld, ale ta różnica powiększa coroczny deficyt. Dopisujemy ją do szybko rosnącego od lat długu.

Efekty ostatniej reformy będą odczuwalne po latach, z każdym rokiem wiek wydłuża się bowiem tylko o trzy miesiące. Gdyby nie te wredne reformy, jakie się nam narzuca od kilkunastu lat, wydatki emerytalne naszego państwa rosłyby jeszcze szybciej, jak śniegowa kula. Bo mimo wydłużenia wieku emerytalnego i „skoku na OFE” dziura w ZUS wciąż szybko się powiększa. W tym roku trzeba ją było cerować budżetową dotacją w wysokości 30,4 mld zł. W 2016 r. trzeba będzie dosypać 42 mld zł. Jeśli PiS zdecyduje się na przywrócenie poprzedniego wieku, deficyt systemu będzie narastał jeszcze szybciej. Początkowo o ok. 10 mld zł rocznie, z każdym kolejnym rokiem stając się coraz większy. To dlatego ekonomiści nie są w stanie tego posunięcia zrozumieć. Jak można z takim cynizmem destabilizować państwo i uderzać w przyszłych emerytów? Także demografowie nie są w stanie zachowania liderów PiS zaakceptować.

Raporty demograficzne są wstrząsające. Obecnie w Polsce na świadczenia dla 100 emerytów przeznaczane są składki emerytalne 171 osób pracujących. Niedługo, bo już w 2030 r., tych składkujących będzie zaledwie 145. Nie tylko z powodów demograficznych, także dlatego, że zbyt mała część osób w wieku produkcyjnym rzeczywiście pracuje. Jest zawodowo aktywna. U nas to zaledwie 60 proc. W Niemczech wskaźnik pracujących jest o wiele wyższy, wynosi 73 proc., w Czechach – 67 proc. Najwyższy w Skandynawii – 75 proc. Ale te kraje wydłużają okres aktywności zawodowej, żeby ratować wysokość świadczeń. Żyjemy przecież coraz dłużej i coraz dłużej pobieramy emeryturę.

W większej aktywności zawodowej tkwią więc jakieś rezerwy, niestety, tylko teoretyczne. Pracy w Polsce więcej na razie nie ma. To jeden z ważnych powodów, dla których młodzi ludzie emigrują, a starsi tak się boją wydłużenia wieku emerytalnego. Obawiają się czarnej dziury, okresu, w którym już stracą pracę, a jeszcze nie będą mogli otrzymać emerytury. Te lęki są jak najbardziej zasadne. Strach o pracę jest chyba większy niż strach przed pracą.

Na razie jesteśmy w lepszej sytuacji niż Niemcy, gdzie na 100 emerytów zrzuca się 162 pracujących, czy Francja – 167 pracujących. Ale już teraz w o wiele gorszej niż Szwecja, gdzie na świadczenia pracuje 249 osób. Nie mówiąc o Holandii, w której setkę seniorów utrzymuje 338 pracujących. Czas jednak nie pracuje na naszą korzyść. W Polsce tendencje demograficzne są najgorsze. Jako społeczeństwo starzejemy się szybciej, bo rodzi się u nas najmniej dzieci.

Według Komisji Europejskiej w 2060 r. na stu emerytów pracować będzie ciągle wielu, bo 238 Holendrów, ale tylko 154 Szwedów. Źle będzie we Francji, świadczenia dla starszych sfinansuje 130 pracujących. Marnie w Niemczech – 105 pracujących przypadać będzie na 100 emerytów. I tragicznie w Polsce, gdzie emerytury dla 100 seniorów sfinansować ma 89 pracujących! Czyli składka obciążająca zarobki będzie wyższa niż przeciętna emerytura! Trudno nawet to sobie wyobrazić, oznaczałoby to bowiem masowy exodus w szarą strefę. A co z seniorami? Jeśli poprzedni wiek emerytalny zostanie przywrócony, te wyliczenia staną się jeszcze bardziej alarmujące. Naszych polityków, zabiegających o władzę tu, teraz i natychmiast, tak odległa perspektywa czasowa nie interesuje.

A problem jest tym dramatyczniejszy, że bez względu na to, ile dzieci się urodzi, ważne – czy będzie dla nich praca. Jeśli nie będzie, to manipulowanie wiekiem niewiele pomoże. Nie wystarczy „rodzić dzieci dla potrzeb ZUS”, bo taka jest istota naszej tzw. polityki prorodzinnej. Urodzeni muszą pracować i płacić składki!

Pracując dłużej, pracujemy krócej

Wydłużenie wieku jest niezbędnym, ale tylko amortyzatorem. I nie oznacza wcale konieczności pracy do śmierci. Nie oznacza nawet, że statystyczny Kowalski – skoro obecnie mężczyzna w Polsce żyje przeciętnie 73 lata – będzie cieszył się emeryturą zaledwie 7 lat. Nie liczy się bowiem to, co jest, ale to, co będzie, czyli przewidywany czas trwania życia. Przecież jeszcze niedawno męska średnia życia wynosiła u nas zaledwie 66 lat.

Według GUS obecny 67-latek ma przed sobą jeszcze ok. 13 lat. Jego równolatka sporo więcej, bo 17. Demografowie biorą pod uwagę tylko tych, którzy tego wieku dożyją. Statystyki nie zakłócają dane o śmiertelności noworodków, zgony ludzi młodych itp. O pracy do śmierci mowy więc nie ma.

Jeśli chodzi o staż, to także nie bijemy rekordów, raczej wleczemy się w europejskim ogonie. Na razie odchodzimy przeciętnie po 39 latach pracy. Najdłużej w UE pracują Maltańczycy, prawie 47 lat – podaje POLITYKA INSIGHT. Niewiele mniej Brytyjczycy – 46. Estończycy, Irlandczycy kończą pracę po 45 latach, Szwedzi, Niemcy i Norwegowie po 44 latach. Unijną średnią (41 lat) mocno obniżają Włosi, pracujący przeciętnie 37 lat, Grecy i Węgrzy (38).

Słabo na tym tle wypadamy i warto wiedzieć dlaczego. Przeciętny wiek wejścia na rynek pracy w Polsce wynosi 24 lata. To skutek tego, że aż połowa młodych Polaków decyduje się na studia. Po ich skończeniu zaś nie może znaleźć zatrudnienia. Średni okres poszukiwania pracy wynosi u nas już 18 miesięcy. To czas stracony. I kolejna przyczyna buntu Polaków, którzy oczekują od polityków, żeby najpierw zapewnili pracę młodym, zamiast zaganiać do niej starych. To jednak trudniejsze niż uchwalenie jednej, nawet tak kontrowersyjnej, ustawy.

W podobnym wieku jak Polacy rozpoczynają zawodowy start Portugalczycy, Węgrzy, Belgowie, Czesi, Grecy i Słowacy. Jeszcze później pierwszą pracę podejmują Włosi – dopiero w wieku 27 lat. Duńczycy, Bułgarzy i Rumuni – w wieku 25 lat. Najwcześniej natomiast zaczynają karierę zawodową Szwedzi, Brytyjczycy, Norwegowie i Austriacy, przeciętnie mając 21 lat.

Wszyscy chcemy przywilejów

Jest jeszcze jeden powód, dla którego się buntujemy przed permanentnym reformowaniem emerytur – widzimy, że to, co jedne rządy zreformują, ich następcy dla doraźnych politycznych korzyści popsują. Dobrze na tym wychodzą ci, którzy są bardziej cyniczni i bezczelni. Rachunki płaci reszta. No to teraz ta reszta już nie chce płacić.

Obecny system emerytalny z tym wprowadzonym w 1999 r. wspólną ma głównie nazwę „powszechny”. Ale powszechny wcale nie jest, jest jednym z czterech. Nie obejmuje bowiem wszystkich pracujących. Ten powszechny system w porównaniu z trzema pozostałymi jest dla ludzi najmniej korzystny. Kolejne rządy majstrowały przy emeryturach, kupując poparcie silnych politycznie grup wyborców. Tworząc dla nich inne, uprzywilejowane systemy emerytalne. Nieuzależnione od wpłaconych składek. Politycy jednak uprzywilejowanych z resztą równać nie chcą lub się boją. Najostrzej reformuje się tę nieuprzywilejowaną resztę. To też ma prawo oburzać tzw. zwykłych ludzi.

Najpierw partie chłopskie obroniły przed reformą rolników. Ci najbogatsi, mający dochodowe gospodarstwa towarowe, powinni trafić do systemu powszechnego. Odkładać na przyszłą emeryturę na takich samych zasadach jak inni przedsiębiorcy. Nie ma uzasadnionego powodu, żeby przyszłe świadczenia finansowali im w 95 proc. biedniejsi podatnicy. Ale obecnie o głosy wiejskich wyborców zażarcie walczy Prawo i Sprawiedliwość z Polskim Stronnictwem Ludowym. Więc obie partie o reformie KRUS milczą. Do ponad 40 mld zł, które budżet państwa dopłaci w tym roku do ZUS, dopisać więc trzeba 17 mld dotacji dla KRUS. Państwo w takim samym stopniu wspiera finansowo rolników biednych i bogatych.

SLD też popsuł, i to sporo. Lewicowej partii bardzo zależało na głosach mundurowych. Więc po dojściu do władzy w 2001 r. natychmiast policjantów, żołnierzy, celników itp. z systemu powszechnego wyłączono. Obecnie nawet nie płacą składek na ubezpieczenie społeczne. Podobnie jak sędziowie i prokuratorzy. Rządowi PO-PSL udało się wprawdzie nieco zreformować mundurowych, wydłużając im staż emerytalny (ale i tak sławny agent Tomek mógł uzyskać uprawnienia emerytalne przed czterdziestką). Zdaniem Aleksandry Wiktorow, specjalistki od ubezpieczeń, dystans między systemem powszechnym a tym, który obowiązuje mundurowych, jeszcze się zwiększył. Zmiany, z powodu praw nabytych, objęły tylko tych, którzy zaczną pracę po ich uchwaleniu. Efekty budżet państwa odczuje za kilkadziesiąt lat.

Ostatni, w 2005 r., wyłamali się z systemu powszechnego górnicy. Specjalne emerytury, również niezależne od sumy wpłaconych składek, wywalczyli sobie pikietą przed Sejmem tuż przed wyborami parlamentarnymi. Tylko Platforma ośmieliła się być przeciw. Dla pozostałych partii ważniejsze były głosy górników. Górnicy nie chcieli pomostówek, czyli możliwości wcześniejszego zakończenia pracy, opłaconej jednak wyższymi składkami. Żądali większych przywilejów. I dostali je. Piotr Duda dziś także tych przywilejów broni.

W ZUS zostali ci, którym zabrakło siły przebicia. Zwykła większość pracujących Polaków. Z poczuciem krzywdy, że w ich przypadku o żadnych prawach nabytych jakoś nie było mowy, można ich reformować z zaskoczenia. Czują się reformą z 1999 r. coraz bardziej rozczarowani. Widzą, że została popsuta. Więc następnych reform już sobie nie życzą.

Kolejne zreformowane roczniki, kończąc pracę, przekonują się, że ich świadczenia są niższe niż głodowe emerytury ze starego systemu. Nowy portfel okazał się chudszy niż stary. Najmłodsi wątpią, czy w ogóle na starość coś dostaną. Więc tym, że dziś nie odkładają na emeryturę, nie bardzo się przejmują. Najchętniej by się z ZUS wypisali. Większość Polaków nie dostrzega tu realnego konfliktu pokoleń. Adresatem wszystkich pretensji jest państwo.

***

Naszym zdaniem

Powrót do wcześniejszego wieku emerytalnego nie rozwiąże żadnego z istniejących problemów, wręcz odwrotnie – przyczyni się do powstania kolejnych. Nie łudźmy się, że krócej pracując, starsi ustąpią młodym miejsca, złagodzą bezrobocie. Może być odwrotnie. Wcześniej, już jako emeryci, przejdą bowiem na utrzymanie tych jeszcze pracujących. Młodsi będą musieli płacić wyższe składki na ZUS albo podatki. Nie mamy wyjścia, musimy pracować dłużej, choć wiek i warunki przechodzenia na emeryturę można silniej powiązać ze stażem pracy.

O ponownym stworzeniu naprawdę powszechnego systemu ubezpieczeń społecznych (likwidującego rozrośnięte grupowe przywileje) politycy już nie mówią. A dopiero to byłoby prawdziwą reformą. Żadna partia podzielić losu Platformy jednak nie zamierza. Tylko PO odważyła się zrobić coś, co nie psuje systemu, a nieco go usprawnia. Wbrew własnym oczywistym kalkulacjom wyborczym. Pewnie zostanie za to surowo ukarana. My wszyscy też, tylko nieco później.

Polityka 32.2015 (3021) z dnia 04.08.2015; Rynek; s. 20
Oryginalny tytuł tekstu: "Czarne chmury nad emeryturą"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Ciemne strony zakupowego szaleństwa

Choć w te święta oszczędzać jeszcze nie będziemy, moda na zakupowe szaleństwa powoli się kończy. Na drodze rozpasanej konsumpcji stają coraz głośniej wyrażane obawy o przyszłość. Zarówno naszych portfeli, jak i naszej planety.

Cezary Kowanda
03.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną