Pesa walczy z nadmiarem kontraktów. Jeśli się nie uda, przepadnie unijne dofinansowanie

Pesa walczy z czasem
Stawiany często za wzór polskiego sukcesu bydgoski producent pociągów i tramwajów robi, co może, aby do Sylwestra zrealizować wszystkie zamówienia. Warto mu kibicować, bo bankructwo Pesy byłoby ciosem dla wielu naszych firm.
PESA/Facebook

Gdy większość przedsiębiorstw zwalnia obroty i szykuje się na długi okres świętowania, w Pesie nikt o Bożym Narodzeniu nie myśli. Produkcja trwa na trzy zmiany, a obok stałej załogi montować pociągi i tramwaje pomaga wielu pracowników tymczasowych, także z Ukrainy. Walka toczy się o szereg kontraktów, które trzeba rozliczyć do końca grudnia. Jeśli się nie uda, przepadnie unijne dofinansowanie. Polsce bowiem, mimo nadziei nowego rządu, nie udało się przekonać Komisji Europejskiej, aby dała nam jeszcze dodatkowe kilka miesięcy albo chociaż tygodni. A podobno zmiana władzy miała wzmocnić naszą międzynarodową pozycję.

Największy problem Pesy to wart 1,3 mld zł kontrakt na 20 pociągów Dart dla PKP Intercity. W zasadzie powinny one już od niedzieli wozić pasażerów, ale na razie PKP Intercity odebrały tylko jeden egzemplarz. Przewoźnik i Pesa ogłosiły dziś zawarcie specjalnego porozumienia, które ma uchronić unijną dotację. Wszystkie pociągi muszą być gotowe do 31 grudnia, ale Pesa pieniądze dostanie dopiero, gdy PKP Intercity każdy skład przetestują.

Oczywiście przewoźnik naliczy też kary za niedotrzymanie terminu. Podobnie robią miasta czekające z niecierpliwością na tramwaje z Bydgoszczy. Wszystko wskazuje na to, że uda się zdążyć do Sylwestra z dostawami dla Krakowa, Warszawy, Torunia i Bydgoszczy. Gorzej może być w Łodzi. Na wagony piętrowe czekają też Koleje Mazowieckie. Przed Pesą zatem gorące i nerwowe święta.

Ta gigantyczna kumulacja zamówień to efekt poważnych błędów w rozliczaniu unijnych funduszy na kolej. Gdy okazało się, że nie zdołamy wydać pieniędzy przeznaczonych na remonty torów, przesunięto je na zakup taboru. Stało się to jednak bardzo późno. W przypadku wielu przetargów Pesa jako jedyna zgłaszała swoje oferty, podczas gdy inni producenci rezygnowali, bojąc się tak wyśrubowanych terminów. Bydgoska firma zaryzykowała, wiedząc, że taki deszcz zamówień z Polski długo się już nie zdarzy. Następne lata będę bardzo chude, zanim nie rozpędzi się nowa unijna perspektywa finansowa.

Teraz Pesa próbuje takim nadmiarem kontraktów się nie udławić. Już wiadomo, że zapłaci spore kary za opóźnienia. Jednak jej prezes słusznie podkreśla, że gdyby nie Pesa, część unijnych funduszy na pewno by przepadła. Powinniśmy zatem kibicować bydgoskiej firmie, aby żaden kontrakt nie został zerwany, a kary nie pogrążyły jednej z niewielu spółek, będących nadzieją na rozwój polskiego przemysłu.

W przeciwieństwie bowiem do kopalni, upominających się nieustannie o pieniądze podatnika czy energetycznych gigantów zarabiających na swoim oligopolu, Pesa rozwinęła się dzięki własnej determinacji i naprawdę ciężkiej pracy. Została zbudowana na bazie upadających Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego, bo grupa menedżerów zainwestowała własne pieniądze. Teraz nie tylko zdominowała polski rynek, ale też coraz śmielej poczyna sobie za granicą, chociaż nie może liczyć na takie wsparcie rządowe jak jej zachodni konkurenci.

Pesa zatrudnia ponad trzy tysiące osób, jest zdecydowanie najważniejszym pracodawcą w Bydgoszczy, a do tego od współpracy z nią zależy los wielu poddostawców. Byłoby wielkim dramatem, gdyby taka firma przestała istnieć albo z powodu poważnych kłopotów musiała się sprzedać jednemu z zagranicznych koncernów. Tym bardziej, że podobnych historii polskiego sukcesu w przemyśle mamy tak mało.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną