Dani Rodrik: Polskiemu rządowi brakuje realizmu. Dlatego postępuje lekkomyślnie

Jak uciec z peryferiów
Rozmowa z ekonomistą Danim Rodrikiem o tym, co powinien robić rząd, by nie zszargać Polsce opinii.
Dani Rodrik, jeden z najważniejszych współczesnych ekonomistów.
Vittorio Zunino Celotto/Getty Images

Dani Rodrik, jeden z najważniejszych współczesnych ekonomistów.

„Żadnego kraju świata nie stać dziś na budowanie fabryk przez rząd”.
Michał Kość/Agencja Wschód/Reporter

„Żadnego kraju świata nie stać dziś na budowanie fabryk przez rząd”.

Rafał Woś: – Wie pan, że jest jednym z ideowych guru nowego polskiego rządu?
Dani Rodrik: – Poważnie? Nie wiedziałem.

No to panu opowiem. Na pana teksty chętnie powołują się ludzie z otoczenia polskiego wicepremiera od spraw gospodarczych Mateusza Morawieckiego. A jego plan rozwoju strategicznego Polski jest jakby wyjęty prosto z pana prac. Wie pan, co im się u Rodrika najbardziej podoba?
Chyba wiem, ale proszę powiedzieć.

Że kraj leżący – tak jak Polska – na peryferiach rozwiniętego świata może się ze swojej gospodarczej podległości wyrwać. Dobrze pana rozumieją?
W ogólnym zarysie tak. Wielkim nieszczęściem krajów na dorobku jest i było nadmierne zaufanie do wielkich ekonomicznych ideologii. A zwłaszcza do wolnorynkowej ortodoksji, która głosi, że jest uniwersalna recepta – ujęta w tzw. konsensie waszyngtońskim – na gospodarczy sukces. Wystarczy tylko wyrugować państwo z gospodarki, odsunąć od niej szkodliwych polityków, postawić na rynek oraz technokratów z międzynarodowych instytucji finansowych, wytrzymać opór ludu, a efekty na pewno przyjdą. Ten sposób myślenia był, niestety, w ostatnich dwóch–trzech dekadach zdecydowanie zbyt silny. Zwłaszcza w krajach słabo i średnio rozwiniętych. W Ameryce Łacińskiej przez całe lata 80. i 90. XX w. rządzący karnie stosowali się do zaleceń MFW i Banku Światowego. Znosili bariery handlowe, likwidowali kontrolę cen, prywatyzowali przedsiębiorstwa publiczne, a rynki pracy były tak elastyczne, jak to tylko możliwe. Jednocześnie tamtejsze gospodarki nigdy jakoś nie potrafiły przyspieszyć, poziom inwestycji prywatnych pozostawał niski, a kwestii biedy oraz nierówności nie udało się nikomu rozwiązać.

Te problemy były tam już wcześniej.
Tak, ale daleko posunięta rezygnacja z ekonomicznego protekcjonizmu przyniosła wielu krajom na dorobku bardzo negatywne skutki. I to właśnie w ostatnich dwóch, trzech dekadach. Szczególnie niebezpieczna okazała się przedwczesna deindustrializacja, wygaszanie przemysłu.

Czemu przedwczesna?
Bo uprzemysłowienie to był kluczowy etap w rozwoju państw kapitalistycznych. Coś jakby fundament, na którym zbudowano dobrobyt bogatego Zachodu. I nie tylko sam dobrobyt. Uprzemysłowienie stworzyło podstawy pod rozwój panującego tam ustroju zwanego liberalną demokracją.

Tej, co to miała zapanować na całym świecie po upadku Związku Radzieckiego i tzw. końcu historii?
No i nie zapanowała. A stało się tak właśnie dlatego, że fundamentem liberalnej demokracji musi być uprzemysłowienie.

A dlaczego?
Bo ono w sposób czytelny uporządkowało instytucje życia społecznego. Socjaldemokraci z pomocą silnych związków zawodowych reprezentują pracowników, a konserwatyści biznes i finansjerę. Przy czym jedni i drudzy trzymają się wzajemnie w szachu, co pozwala wypracować dobrze funkcjonującą równowagę i polityczną stabilność. Te z kolei dodają wigoru gospodarce i generują innowacje. Ot i cała tajemnica historycznego zachodniego kapitalizmu.

Ech, było minęło. Łza się w oku kręci.
Nie tak prędko. To fakt, że w ostatnich kilku dekadach globalizacja i nowa fala automatyzacji ten układ podminowały. I w zachodnim świecie rzeczywiście rozpoczął się proces deindustrializacji, który polega głównie na znikaniu miejsc pracy i przenoszeniu siły roboczej do sektora usług. Proszę jednak pamiętać, że w większości krajów bogatych przemysł zdołał zachować rolę koła zamachowego całej gospodarki. Oczywiście zmieniły się branże i technologie. Mniej jest fabrycznych kominów, a więcej laboratoriów. Ale to wciąż w przemyśle bije ekonomiczne serce naszego świata. Dodajmy do tego fakt, że zachodnie firmy bardzo na globalizacji skorzystały. Wszystko to razem sprawia, że bogaty Zachód – choć ma swoje problemy – trzyma się wciąż nieźle. Czego, niestety, nie można powiedzieć o krajach peryferyjnych.

Dlaczego?
Bo dla nich najnowsza odsłona globalizacji zbyt często stawała się pułapką. Liberalizacja handlu międzynarodowego sprawiała, że nie mogły bronić swoich rynków przed potęgą zagranicznego kapitału. W efekcie i tam rozpoczął się proces deindustrializacji. Obrzeżom kapitalistycznego świata trafiały się co najwyżej okruchy z pańskiego stołu.

Montownie zamiast centrów badawczo-rozwojowych.
Tak. Ale to jeszcze nie wszystko.

O nie, jeszcze coś!?
Z powodu przedwczesnej deindustrializacji w wielu krajach peryferyjnych nie zdołał okrzepnąć ten zdrowy fundament, na którym może rozkwitnąć liberalna demokracja. Nieprzypadkowo kraje, które to przeszły, mają koszmarne kłopoty na dwóch polach: nie umieją budować innowacyjnej gospodarki i są bardziej narażone na skręt w kierunku jakiejś formy „demokracji nieliberalnej” albo „konkurencyjnego autorytaryzmu”.

Mam wrażenie, jakbym słuchał opowieści o Polsce po 1989 r. Paradoks naszej sytuacji polega jednak na tym, że mamy w Polsce rząd, który powołuje się na Daniego Rodrika i chce stosować jego rady, by się wyrwać z pułapki peryferyjności. Ale jednocześnie sam stanowi przykład prawdziwości wielu jego tez. Zwłaszcza tych o groźbie ześlizgnięcia się z demokratycznej ścieżki.
Bo to jest faktycznie wielkie zagrożenie. Istnieje pokusa, by po latach wolnorynkowej ortodoksji wpaść w drugą skrajność. W jakąś formę ręcznego sterowania państwem i czysto uznaniowego etatyzmu. Z tego, co słyszę, takie tendencje są w Polsce bardzo mocno obecne.

Ale wie pan, że z bliska to wszystko zawsze jest bardziej skomplikowane niż z pana biura na Harvardzie?
Nie znam się na Polsce, to prawda. Ale postaram się panu udowodnić, że dla spraw, o których tu mówimy, nie ma to w gruncie rzeczy większego znaczenia. Celem nowego rządu jest wyrwanie Polski z pozycji peryferyjnej, zgadza się?

Tak, z takim hasłem szli do wyborów.
I ja podtrzymuję przekonanie, że to da się zrobić. Ale pod jednym warunkiem: rządzący muszą grać bardzo uważnie na kilku instrumentach jednocześnie. Wiadomo przecież, że nowoczesnej polityki przemysłowej nie zrobi się siłami państwa. Żadnego kraju świata nie stać dziś na budowanie fabryk przez rząd.

To samo można wyczytać w planie Morawieckiego.
Tym bardziej konieczne jest podjęcie z rynkiem subtelnej gry. A taka gra wymaga dobrej komunikacji, która musi się opierać na założeniu, że inwestorzy nie mają głębokiej wiedzy o historii polskiej, argentyńskiej ani tureckiej. Ale jednocześnie to w ich rękach leżą klucze do sukcesu operacji. Oczywiście, że błędem byłoby odgadywanie ich życzeń, zanim jeszcze zdołają je wypowiedzieć. Ale popadanie w drugą skrajność też nie ma sensu. To nie oznacza kapitulacji. To jest realizm.

Akurat tego nowemu polskiemu rządowi zdaje się brakować. Rating nam obniżyli. Unijne instytucje wyją z wściekłości. A wicepremier Morawiecki, czyli ten inspirujący się Rodrikiem, zdaje się to bagatelizować. Mówi, że jak rynki zobaczą pierwsze efekty, to inwestycje przyjdą same.
Więc postępuje lekkomyślnie. W ekonomii politycznej nie wystarczy mieć racji. Trzeba umieć o niej opowiadać. Rząd kraju startującego ze słabszej pozycji nie może na przykład stwarzać wrażenia, że będzie w gospodarce działał w sposób czysto arbitralny i zlikwiduje autonomię instytucji. Popatrzcie, jak inni sobie z tym radzą. Wasz rząd na kimś się wzoruje?

Chyba najbardziej na Węgrzech Orbána.
A dlaczego nie na Skandynawii? Na przykład Szwecji. To kraje, którym udało się znaleźć dobry balans wewnętrzny. Państwa jest tam w gospodarce bardzo dużo, ale istnieją też wiarygodne mechanizmy kontroli i unikania arbitralności władz. Szwedzi mają czytelny kontrakt społeczny między bogatymi i biednymi oraz wyraźny polityczny priorytet w osiągnięciu pełnego zatrudnienia. To pomaga im rozwiązać problem niskich płac oraz innowacyjności. Jednocześnie szwedzka demokracja żyje i ma się dobrze. Gdybym doradzał polskiemu rządowi, to wskazywałbym na takie źródła inspiracji.

Czytaj także

Rynek: aktualności i komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną