CETA dopchnięta kolanem. Co to oznacza?
Belgia wycofuje weto na układ CETA. A Komisja Europejska wraca do pomysłu jak najszybszego wprowadzenia w życie kontrowersyjnego układu. Jak to rozumieć? Jak się do tego odnieść?
Kraków przeciw TTIP i CETA/Facebook

To, co się wokół CETA obecnie dzieje, można czytać na trzy sposoby. I od szanownych czytelników właściwie zależy, na jaki sposób się zdecydujecie. Pierwszy polecam tym wszystkim, którzy słysząc CETA, przyjmują grymas twarzy układający się w przesłanie: „nie wiem, nie znam się, nie orientuję się, zarobiony jestem”. Nie obwiniajmy ich! Wiadomo wszak, że skutki dalszej liberalizacji handlu międzynarodowego i wzmocnienia korporacji międzynarodowych kosztem rządów nie jest najbardziej sexy. Zwłaszcza w czasach, gdy politycy i media grzeją raczej na potęgę tematy światopoglądowe (aborcja) oraz symboliczne (Smoleńsk). Czytelnicy z tej grupy pewnie sobie jakoś tam temat CETA zracjonalizowali. Wielu myśli pewnie, że „nie ma co histeryzować, bo nie takie układy międzynarodowe już widzieliśmy”.

Inni powiedzą z kolei: „co tam w tej CETA siedzi, to ja nie bardzo wiem, ale przecież potrzeba nam wzmocnienia związków transatlantyckich, bo inaczej zjedzą nas Chiny i Rosja. A tego wszak nie chcemy”. Właściwie zwolennicy takiej argumentacji podjęli już decyzję. I nie mają większej ochoty być wprawiani w dysonans poznawczy. Nie ma co zachęcać ich więc do bardziej zniuansowanego spojrzenia na globalizację oraz przyszłość kapitalizmu po CETA. Zostawmy ich z uspokajającym „no wreszcie się w tej Brukseli dogadali. I dobrze. Nie może być tak, że jakaś tam Walonia blokuje układ, o jakim marzy reszta Europy. Porządek być musi!”. Ci czytelnicy powinni zakończyć lekturę dokładnie w tym miejscu. No, chyba że ktoś z nich ma jednak ochotę wykonać pewien wysiłek intelektualny i pójść dalej.

Zapraszam wtedy do drugiego sposobu na czytanie tego tekstu. Można go nazwać „głębszym namysłem”. Czytelnik, który tu dobrnął, jest pewnie gotów zaakceptować fakt, że CETA wzmocni zapewne najsilniejszych uczestników zabawy w globalizację. Bo teraz jeszcze łatwiej będzie przemieszczającemu się między Ameryką a Europą kapitałowi. Będzie on mógł handlować, inwestować i zmuszać rządy narodowe do uległości.

Nie obędzie się jednak bez konsekwencji. CETA stworzy bowiem dodatkową presję na najsłabszych. Czyli na tych, którzy utrzymują się z pracy, a nie z kapitału. Albo żyją w biedniejszych i mniej konkurencyjnych regionach zachodniego świata. Trudniej też będzie rządom kiełznać koszty zewnętrzne kapitalizmu (ekologiczne, społeczne i inne). Czytelnik mający świadomość obu tych stron medalu CETA musi sam sobie rozważyć te „za” i „przeciw”. Oraz pamiętać, że styl, w jakim CETA była w ostatniej fazie dopychana kolanem (nie wiadomo, czym właściwie przekupiono przedstawicieli Walonii), nie pójdzie w zapomnienie.

Przypomnijmy to sobie, gdy za parę lat (miesięcy?) znów najdzie nas fala zdziwienia, dlaczegóż to gdzieś w Europie w siłę rośnie kolejna antyelitarystyczna, populistyczna partia narzekająca na „tych tam w Brukseli”, którzy nie bardzo oglądają się na troski najsłabszych. A są skoncentrowani na tworzeniu ułatwień dla najsilniejszych oraz najbardziej rzutkich.

I jak? Czy Państwo nadal tu jesteście? Jeśli tak, to przyszedł czas na trzeci sposób argumentacji. Napisany dla tych, którym nie trzeba już tłumaczyć, dlaczego CETA jest niebezpieczna dla demokracji, a nawet dla kapitalizmu (te argumenty były już wszak wykładane po wielokroć). Dla tych czytelników gra po belgijskim kompromisie wraca do punktu sprzed kilku dni.

Teraz jedyną szansą na kontestację groźnego układu jest ponowny nacisk na rząd PiS. I to właśnie od strony, która jest jego wrażliwą. Musicie im głośno mówić: „jesteście jak erotomani gawędziarze, którzy tylko się przechwalają. Ciągle mówicie, że będziecie bronić polskiej suwerenności. A gdy przychodzi co do czego… zwyczajnie zawodzicie. A teraz chcecie po cichutku dać zgodę na ratyfikację CETA”.

Dziś w pierwszej reakcji na wycofanie belgijskiego weta premier Szydło powiedziała, że „to na pewno nie jest umowa naszych marzeń, ale to jest też umowa, która – dzięki temu, że zadbaliśmy o to w Polsce, ażeby były duże gwarancje dla interesu polskiego państwa, która będzie umową, w opinii polskiego rządu, również i parlamentu – która będzie bardziej gwarantowała interesy polskie niż do tej pory istniejące umowy pomiędzy Polską a Kanadą”.

To może znaczyć i wszystko. I nic. Tylko od siły nacisku krytyków CETA zależy, która z tych opcji zwycięży.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną