Polska światowym producentem jabłek

Walka gali z kronselką
Gdyby mazowieckiej szlachcie zagrodowej bieda nie zajrzała w oczy, pewnie Polska nie byłaby dzisiaj światowym producentem jabłek. Na dobre i na złe.
Były minister rolnictwa Roman Jagieliński z synem Jackiem zarządzają 200 ha sadów, mając za sobą kilka pokoleń sprzedawców jabłek.
Tadeusz Późniak/Polityka

Były minister rolnictwa Roman Jagieliński z synem Jackiem zarządzają 200 ha sadów, mając za sobą kilka pokoleń sprzedawców jabłek.

Walory polskich jabłek zostały odkryte już 500 lat temu.
hansenn/PantherMedia

Walory polskich jabłek zostały odkryte już 500 lat temu.

Sadownikom globalizacja podoba się bardzo: na otwarciu nowych rynków mogliby sporo zarobić. Nie boją się, że Polskę zaleją obce jabłka. I bardzo chcieliby, żeby kraj otworzył się na imigrantów. Pod tym względem również są nietypowi. Ale na całym świecie zarobki sadowników zależą od imigrantów. W Stanach Zjednoczonych – od Meksykanów. Jeśli Donald Trump spełni obietnice wyborcze i odgrodzi USA od sąsiadów murem, eksport amerykańskich jabłek się załamie, bo nie będzie ich miał kto zrywać. W Belgii i Holandii, które specjalizują się w eksporcie gruszek, zbiory zależą od Polaków, którzy jeżdżą tam na saksy. Polskie owoce wiszą z kolei na Ukraińcach.

Dowodem są czereśnie. Mimo że smaczne i lubiane, powoli znikają z rynku. Owoce są małe, ze zbiorem trzeba uporać się szybko, więc nawet firma pana Andrieja, który dostarcza pracowników z Ukrainy dla sadowników z okolic Grójca i Warki, nie bardzo jest zbiorami czereśni zainteresowana. Drzewka idą pod topór. Także dlatego, że wielkie sieci nie chcą owoców nietrwałych. – Sadownicy uprawiają wyłącznie odmiany, których oczekuje wielki handel – wzdycha prof. Augustyn Mika z Instytutu Sadownictwa w Skierniewicach.

Gdyby dzisiaj Ewa kusiła Adama, cechy jabłka też podyktowałyby duże sieci handlowe. Po pierwsze, musi być gruboskórne. W hipermarketach ludzie lubią owoce wziąć do ręki, co zostawia skazy na delikatniejszych odmianach i eliminuje owoce z obrotu. Dlatego nie znajdziemy tu kortlandów. Ani oliwki inflanckiej, czyli papierówki. Globalne jabłko musi też być odporne na parch i mączniaka, większość odmian tego warunku nie spełnia, więc wypadają z rynku. Konsumenci pytają o bardzo smaczne lodele, ale żadnego sadownika do ich uprawy już się nie namówi, chyba że hobbystę. Wygląd też zależy od upodobań lokalnego nabywcy. Rynek amerykański lubi jabłka gładkie, najchętniej żółte lub zielone. Takie jak golden delicious. Norwegia i Finlandia oczekują dwukolorowych, biało-czerwonych, prążkowanych. Podobnie jak Hongkong i Singapur, a także Chiny. Więc tylko gala i red jonaprince.

Dobrze jest, gdy udaje się jeszcze zachować smak. Nie jest to jednak warunek konieczny, ponieważ poczuciem smaku konsumentów łatwo jest manipulować. Prof. Józef Korczak, specjalista technologii żywienia człowieka z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, przekonuje, że wystarczy zapach. To on w 80 proc. decyduje, czy jesteśmy przekonani, że nam owoc smakuje. Zmysł smaku ma więc udział zaledwie 20-procentowy. – Na języku jest mniej niż 9 tys. kubków smakowych, a w nabłonku węchowym od 5 do 10 mln wyspecjalizowanych komórek. Z badań wynika, że jemy głównie oczami i węchem. Jeśli więc jabłko wygląda kusząco i do tego pachnie już w sklepie, jesteśmy pewni jego smaku.

Impuls pierwszy

Roman Jagieliński, były wicepremier oraz minister rolnictwa i prezes nieistniejącej już Partii Ludowo-Demokratycznej, a obecnie sadownik numer jeden w kraju, uważa, że w czasach globalizacji wybroni się tylko kilka odmian jabłek: champion, ligol, jonagold, a na półce premium gala i golden delicious. Jeszcze kilka lat temu polscy konsumenci o gali nie słyszeli, odmianę wymyślili naukowcy z Nowej Zelandii. – To owoc, który sprzeda się wszędzie – przekonuje Jagieliński.

To, że dziś jabłka sprzedaje się na drugim końcu świata, sadownicy zawdzięczają naukowcom amerykańskim. – To oni wymyślili smart fresh – wyjaśnia prof. Mika. – Taki aerozol, którym hodowca spryskuje owoce w komorze przechowalniczej. Zabija on naturalne dojrzewanie i w konsekwencji gnicie owocu. Spryskane jabłko ulega uśpieniu. Przez kilka miesięcy pozostaje świeże, a potem jak gdyby zapada się w sobie, bez śladu pleśni czy gnicia. Profesor zostawił tak kiedyś w lutym gruszkę i w październiku odnalazł ją jakby prosto z drzewa. Wadą smart fresh jest to, że niekorzystnie wpływa na smak. Podobnie zresztą jak powszechne w świecie woskowanie. Jabłka obowiązkowo muszą się świecić, zwłaszcza w Azji. Sadownicy uważają, że wosk psuje smak.

Walory polskich jabłek zostały odkryte już 500 lat temu przez Bonę, włoską żonę Zygmunta Starego – przypomina niemiecki Lidl, któremu zależy na poinformowaniu konsumentów, że handluje polskimi produktami regionalnymi. Takimi jak jabłka grójeckie, umieszczone w 2011 r. w unijnym rejestrze jako Chronione Oznaczenie Geograficzne. Wszystko to prawda, tylko że jabłka z tej części Mazowsza od dawna przestały być produktem regionalnym, a stały się globalnym. W firmie Roja w Regnowie, skupiającej 54 sadowników z sześciu województw, obok opakowań, w których jabłka zostaną wysłane do sieci Lidl, pełno jest także kartonów Biedronki. A połowa w ogóle wyjeżdża z kraju. M.in. do Singapuru i Hongkongu, choć dziury po rynku rosyjskim łatwo nie daje się załatać. Rosjanie byli blisko, brali dużo i zanadto nie grymasili.

W rodzinnym przekazie Jagielińskich czasów Zygmunta Starego się nie wspomina. Jabłkowa saga zaczyna się od zaborów, gdy jabłonie sadził dziadek Romana. Jako właściciel niewielkiego majątku ziemskiego wiedział, że z żyta i ziemniaków rodzina nie wyżyje.

Na jabłka namówili okolicznych szlachciurów Żydzi. Płacili za nie, zanim jeszcze owoce zawiązały się na drzewie, co dziadkowi bardzo się podobało. Zupełnie natomiast nie podobało mu się, że płacili mało. Żydowscy pośrednicy sprzedawali jabłka w Warszawie i Petersburgu i można powiedzieć, że wobec sadowników spod Grójca mieli monopolistyczną pozycję. Kiedy dziadek umarł, jego syn postanowił wybić się na rynkową niepodległość, co wymagało osobistego nawiązania kontaktów z odbiorcą. Udało mu się odłożyć na kupno trzech par koni i młody wtedy jeszcze ojciec Romana sam swoje jabłka woził do Warszawy na bazary przy ul. Polnej i na placu Szembeka. Do Petersburga nadal sprzedawali pośrednicy, ale musieli już płacić więcej. Roman jako student też handlował na stołecznych bazarach rodzinnymi jabłkami. I pamięta, że owoców zawsze było warszawiakom za mało.

Ówczesne sady nie przypominały dzisiejszych. Drzewa owocowe były wysokie na kilkanaście metrów. W sadzie dziadka królowała odmiana jaśniepańska, ananas berżeniecki, obok antonówek, koszteli i żelaźniaków. Żelaźniak, odmiana niemiecka, inaczej zwany kanclerzem Wilhelmem, potrafił wisieć na drzewie do października. Był twardy, najlepiej przechowywał się do zimy. Ale wiosną wszystkie jabłka były już pomarszczone.

Wobec kaprysów przyrody sadownicy byli wtedy bezradni. Jabłonie, w czym przodowała kosztela, jednego roku potrafiły urodzić nawet 700 kg owoców. Za to drugiego nie zebrano nic. Dzisiaj to już żaden problem. Owoce, tuż po zawiązaniu, trzeba po prostu poprzerywać, żeby zmniejszyć plon. Mniej wyeksploatowana jabłoń urodzi każdego roku. O tym jednak polscy sadownicy dowiedzieli się dopiero po wojnie od prof. Szczepana Pieniążka.

Impuls drugi

Gdyby nie wojna, rewolucja w polskich sadach zaczęłaby się kilka lat wcześniej. Szczepan Pieniążek był do niej gotów już w 1941 r., po trzech latach pobytu i uzyskaniu doktoratu w Stanach Zjednoczonych. Na powrót do kraju i do SGGW, która wysłała go za ocean, zdecydował się w 1946 r. I spowodował, że kilkadziesiąt lat później polscy sadownicy mogli się poczuć beneficjentami globalizacji.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną