Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Rynek

Pacjent w sieci

NFZ ogłasza listę szpitali zakwalifikowanych do tzw. sieci. Co to oznacza dla pacjenta?

Utworzenie sieci pozwoli przeżyć szpitalom publicznym, ale chorym już niekoniecznie. Utworzenie sieci pozwoli przeżyć szpitalom publicznym, ale chorym już niekoniecznie. Piron Guillaume / Unsplash
Utworzenie sieci pozwoli przeżyć szpitalom publicznym, ale chorym już niekoniecznie.

Utworzenie sieci szpitali gwarantuje skromne przeżycie placówkom publicznym, które się w niej znajdą, ale nie poprawi stanu zdrowia pacjentów. Utrwali natomiast podział chorych na biednych i bogatych. Ubodzy będą czekać na leczenie w jeszcze dłuższych kolejkach, a zamożniejsi zapłacą za kurację placówkom i lekarzom prywatnym.

Ministerstwo Zdrowia ogłosiło listę szpitali, które zostały zakwalifikowane do tzw. sieci. Mają mieć zapewnione publiczne pieniądze, tzw. ryczałt, na funkcjonowanie. Nie będą musiały startować w konkursach, w których placówki prywatne okazywały się od nich lepsze i część pieniędzy z NFZ trafiała właśnie do nich. Teraz prawie wszystkie pieniądze (27 mld zł) trafią do sieci, na konkursy (jeśli w ogóle się odbędą) zostanie około 3 mld zł. Dyrektorom szpitali publicznych na pozbyciu się prywatnych konkurentów do tej samej kasy NFZ bardzo więc zależało.

Co tzw. sieć oznacza dla pacjentów?

I zależy nadal, bo te nieliczne szpitale, które do sieci nie trafiły, z pewnością nadal będą o to zabiegać. Ich szefowie stracili natomiast złudzenia, że ryczałt będzie większy niż dotychczasowy kontrakt, i dzięki temu lepiej można będzie wyleczyć więcej pacjentów. Zanosi się, że wręcz na odwrotną sytuację. Pieniądze dla tych, co w sieci, będą zbliżone do sum, które placówka zarobiła na kontrakcie z NFZ w 2015 r. O dorobieniu tzw. nadwykonaniami trzeba zapomnieć. Liczyły na więcej.

To nie ostatnia zła wiadomość. Nawet te placówki, które się w sieci znajdą, nie dostaną ryczałtu na wszystkie oddziały szpitalne. Najczęściej pod nóż trafią oddziały geriatryczne, których i tak jest bardzo mało. Przy starzejącym się społeczeństwie takie posunięcie pacjentów może tylko zdumiewać. Łatwo domyślać się intencji – starzy ludzie najczęściej nie chorują na jedno schorzenie, zwykle cierpią na kilka. Ich leczenie jest więc kosztowne. Więc geriatrię się usunie. Co z pacjentami? Samo utworzenie sieci chorym zdrowia nie przywróci.

Wręcz odwrotnie. Wadą obecnego systemu publicznej opieki jest to, że największe szanse na przyjęcie do szpitala mają pacjenci, których choroby są „dobrze wycenione”. Stąd brały się przypadki, że pacjentów, którym potrzebne były tylko badania, kładziono na oddział, bo za hospitalizację szpital dostawał więcej pieniędzy. To się miało zmienić, ale raczej się nie zmieni. I nie zmieni, a raczej utrwali, zjawisko odwrotne – pacjenci najciężej chorzy, generujący koszty, będą przez szpitale traktowani jak gorące kartofle, których lepiej się pozbyć, niż wyleczyć za chudy ryczałt. Identycznie jak do tej pory.

Do tej pory jednak procedur ratujących życie szpital mógł wykonać tyle, ilu pacjentom były one niezbędne. Na ratowanie życia limitów nie było, NFZ płacił za wszystko. Dla wielu placówek był to sposób na dorobienie sporych sum do chudego kontraktu. Pacjentom dawał nadzieję, że w przypadku zagrożenia życia szpital nie będzie się zastanawiał, czy mu się to płaci. Jak będzie teraz? Czy po wyczerpaniu pieniędzy z ryczałtu chorego z rozległym zawałem serca odeśle się do długiej kolejki?

Ukłonem w stronę pacjentów miało być przejęcie przez szpitale dużej części poradni specjalistycznych. Założenie było dobre. Nie zostawi się chorego po opuszczeniu szpitala samemu sobie, żeby szukał i zapisywał się na niezbędną rehabilitację „na mieście”, tylko zapewni mu ją szpital.

Problem w tym, że szpital większych pieniędzy z tego powodu nie dostanie. Nie skusi więc specjalisty, nawet jeśli jest on zatrudniony w tym szpitalu, żeby pracował dłużej za te same pieniądze. Przy coraz bardziej drastycznym braku lekarzy nie jest władny też ich do tego zmusić. W poradniach, jeśli w ogóle powstaną, przyjmować mogą raczej rezydenci, bez specjalizacji, niż lekarze potrzebnej pacjentowi specjalności. Do specjalisty, jeśli komuś zależy na zdrowiu, trzeba będzie udać się prywatnie.

Utworzenie sieci pozwoli przeżyć szpitalom publicznym, ale chorym już niekoniecznie.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rząd tnie cesarki, choć Polki boją się rodzić naturalnie. Co się dzieje na porodówkach?

Polka idzie dziś po zaświadczenie od psychiatry nie tylko wtedy, kiedy potrzebuje aborcji, ale i po to, żeby zagwarantować sobie cesarskie cięcie. Rodzi w ten sposób już co druga. Eksperci WHO i ONZ przypatrują się tej sytuacji ze zdziwieniem, pytając, co właściwie dzieje się na polskich porodówkach?

Agata Szczerbiak
02.12.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną