Bezpośrednim powodem odwołania była prawdopodobnie tzw. afera podsłuchowa, którą opisał w ubiegłym tygodniu „Fakt”. Chodzi o podsłuchiwanie spotkań działaczy zakładowej „Solidarności”, by potem wykorzystywać je do wygrywania sporów pomiędzy pracownikami i związkami (w PWPW działają dwa). Celem, jak się wydaje, zupełnego obezwładnienia samorządu pracowniczego w tej czołowej spółce skarbu państwa.
Przyczyny odejścia Woyciechowskiego są jednak głębsze. Chodzi głównie o wyjątkowo folwarczny styl zarządzania w PWPW, który od wielu miesięcy ściągał uwagę nie tylko krytyków PiS, ale i części samego obozu dobrej zmiany.
O tym, że Woyciechowski nie toleruje w kierowanej przez siebie firmie nawet najmniejszego oporu ze strony pracowników, pisaliśmy w POLITYCE już w czerwcu. Pokazaliśmy wówczas, że pod trwającymi od początku 2016 roku rządami Woyciechowskiego doszło w PWPW do faktycznego rozmontowania działającego tam wcześniej dość prężnie mechanizmu współdecydowania pracowników o losach firmy.
Opisaliśmy, jak w ciągu półtora roku Woyciechowski spacyfikował najpierw radę nadzorczą, pozbywając się z niej Ewy Morawskiej-Sochackiej, wybranej tam głosami pracowników. Potem prezes wyciszył również głos pracowników w zarządzie, zastraszając i okrajając kompetencje wybranego przez pracowników Tomasza Sztangę. Zwolniony został również krnąbrny przewodniczący zakładowej komórki Solidarności Jacek Trabczyński, a jego następca Mariusz Worek przez dłuższy czas był szykanowany i niedopuszczany do podjęcia pracy.
Piotr Woyciechowski przeciw pracownikom
Mimo tak otwarcie antypracowniczego stylu zarządzania firmą Woyciechowski przez wiele miesięcy wydawał się nietykalny.