Rynek

Wiejskie żale

Wieś ma dość

Teraz, kiedy susza zniszczyła plony wielu wyborcom Prawa i Sprawiedliwości, pazerność rządzących na państwową kasę kłuje w oczy jeszcze bardziej. Teraz, kiedy susza zniszczyła plony wielu wyborcom Prawa i Sprawiedliwości, pazerność rządzących na państwową kasę kłuje w oczy jeszcze bardziej. Darek Delmanowicz / PAP
Odwołanie Krzysztofa Jurgiela z funkcji ministra rolnictwa ma przekonać wieś, że wszystko, co złe, to on. Może się nie udać, ponieważ najważniejszym źródłem wściekłości rolników jest polityka partii rządzącej, czego bardziej energiczny Jan Krzysztof Ardanowski i tak nie zmieni.
Rolnicy nie ubezpieczają się od klęsk takich jak susza czy huragany. Na 1,3 mln pobierających dopłaty bezpośrednie, polisy wykupiło zaledwie 163 tys. gospodarstw.Jan Kucharzyk/EAST NEWS Rolnicy nie ubezpieczają się od klęsk takich jak susza czy huragany. Na 1,3 mln pobierających dopłaty bezpośrednie, polisy wykupiło zaledwie 163 tys. gospodarstw.
PiS, który deklaruje taką troskę o rozwój narodowego rolnictwa, w rzeczywistości prowadzi politykę, która uniemożliwia jego rozwój.Andrzej Sidor/Forum PiS, który deklaruje taką troskę o rozwój narodowego rolnictwa, w rzeczywistości prowadzi politykę, która uniemożliwia jego rozwój.

Tymczasem opozycja punktuje, liczy popełnione przez PiS grzechy, które zeźliły wieś najbardziej. Ponad 4 tys. rolników już w minionym roku miało dostać rolnicze emerytury, a teraz – po zmianach w ustawie emerytalnej – muszą na nie czekać pięć lat dłużej. Do ich kieszeni trafiłoby ze świadczeń 500 mln zł, które KRUS oddała do budżetu. W tym roku podobne rozczarowanie spotka kolejnych kilka tysięcy osób. I w następnych latach. I to jest pierwszy z grzechów, o które rolnicy – w większości politycznie popierający PiS – oskarżają dziś partię rządzącą.

Za grzech pierwszy (wyższy wiek emerytalny) byłego ministra winić jednak nie sposób. Nie można też wydłużenia wieku emerytalnego dla rolników uznać za przeoczenie, wypadek przy pracy. PiS wiedział, co robi. Głośno o tym mówił w Sejmie Władysław Kosiniak-Kamysz, który – w ramach licytacji PSL z PiS – złożył nawet stosowną poprawkę do ustawy przywracającą wcześniejszy wiek emerytalny. Została głosami posłów partii rządzącej odrzucona. W rezultacie Polakom pracującym poza rolnictwem skróciła staż pracy wymagany do osiągnięcia emerytury, ale rolnikom, cieszącym się przywilejem wieku 55 lat dla kobiet i 60 dla mężczyzn, ten przywilej odebrała. Uderzając po kieszeni ponad milion osób ubezpieczonych w KRUS, które na świadczenie muszą teraz czekać pięć lat dłużej. Takiego grzechu chłopi nie odpuszczą PiS, zwłaszcza że motywy (budżet?) nie zostały ani ujawnione, ani wyjaśnione.

Grzech drugi to nieszczęsna ustawa o ziemi. Na początku chłopi byli „za”. Także Wiktor Szmulewicz, członek PSL oraz szef izb rolniczych, który i dziś upiera się, że była potrzebna. Miała bowiem uniemożliwić wykup polskiej ziemi przez obcych. Rolnicy, którzy liczyli, że teraz kupią ziemię łatwiej i powiększą swoje gospodarstwa, mocno się jednak przeliczyli. Szczególnie ci, którym marzyło się kupno gruntów popegeerowskich, do tej pory uprawianych przez dużych dzierżawców. PiS dzierżawcom ziemię wprawdzie odbiera, ale chłopom jej nie sprzedaje. Ziemia pozostaje państwowa. Karłowate gospodarstwa nie rosną. Obrót gruntami rolnymi praktycznie został zamrożony.

Tyle że nie do końca, co zauważa Marek Sawicki, minister rolnictwa w rządzie PO-PSL. – Z danych MSWiA wynika, że w ostatnich dwóch latach cudzoziemcom sprzedano o wiele więcej polskiej ziemi niż wcześniej – zapewnia. Do danych MSWiA zajrzeli też posłowie PO. I potwierdzają: „w 2017 r. cudzoziemcy nabyli o 86 proc. więcej gruntów rolnych i lasów niż rok wcześniej”. Wychodzi na to, że polskiej ziemi tylko polski rolnik dokupić nie może. Sporo w tym demagogii, bo ziemi w obcych rękach nadal tyle co nic, ale „nie tak miało być”.

Grzech trzeci: pazerność. Kiedy pisowskie miotły wymiatały z agencji rolnych ludowców, wieś zacierała ręce. Następców miało być mniej, a ich apanaże skromniejsze. W tym celu, jak zapewniał PiS, agencje rolne trzeba było zlikwidować, a na ich miejsce powołać nowe. Ze skromności jednak nic nie zostało. Platforma doliczyła się, że w agencjach rolnych oraz instytucjach i przedsiębiorstwach podległych ministrowi rolnictwa liczba stanowisk uległa cudownemu rozmnożeniu już do 28 tys. Zarobki ich szefów i zastępców są zaś przynajmniej o 20 proc. wyższe niż poprzedników. No i te nagrody. W 2017 r. ludzie Jurgiela otrzymali aż 170 mln zł. Wyborcy takich rzeczy nie lubią.

Grzech czwarty: pustosłowie. Teraz, kiedy susza zniszczyła plony wielu wyborcom Prawa i Sprawiedliwości, pazerność rządzących na państwową kasę kłuje w oczy jeszcze bardziej. Susza, obejmująca większą część kraju, mocno przyczyniła się do spadku popularności PiS na wsi. Jurgiela, który z powodu długiego partyjnego stażu, jeszcze w PC, wydawał się nie do ruszenia, trzeba było więc rzucić na pożarcie. Popłoch w PiS wzbudził sondaż IBRiS dla „Super Expressu”. Na pytanie, która partia najlepiej reprezentuje interesy rolników, na PiS wskazało zaledwie 27,6 proc. mieszkańców wsi. Aż 36,7 proc. uznało, że jednak znów PSL. Po sondażu wyrok na Jurgielu, w zawiasach od kilku miesięcy, szybko został wykonany.

Jeśli jednak premier Morawiecki myślał, że uratuje wizerunek rządu zapewnieniem, że nie będzie namawiał rolników do ubezpieczania zbiorów, to osiągnął tylko skutek połowiczny. Rzeczywiście, rolnicy nie ubezpieczają się od klęsk takich jak susza czy huragany. Na 1,3 mln pobierających dopłaty bezpośrednie, polisy wykupiło zaledwie 163 tys. gospodarstw. Reszta liczy, że rząd, jak zawsze, pomoże, i zamierza obietnice wyegzekwować. Szacowaniem strat, za którym nie pójdą państwowe odszkodowania, już się nie zadowolą. Zwłaszcza przed nadchodzącymi wyborami samorządowymi.

Po ubiegłorocznych huraganach i gradobiciach rolnicy się jednak przeliczyli. – Według szacunków wojewodów poszkodowanych było aż 60 tys. gospodarstw – mówi Dorota Niedziela, posłanka PO. Straty, na powierzchni 700 ha, oszacowali na 3 mld zł. Rząd dużo mówił o pomocy, ale okazała się znikoma. Teraz susza, też według wojewodów, zniszczyła plony na 4 mln ha, więc producenci boją się, że pomoc państwa może okazać się podobna jak po huraganach. – PiS zapowiadał, że utworzy fundusz klęskowy, no i gdzie on jest? – pyta Dariusz Suszyński, właściciel 12-hektarowego gospodarstwa we wsi Chodywańce w lubelskim. Jurgiel był taki nieudolny, że nie załatwił, czy Morawiecki taki skąpy, że nie dał pieniędzy?

Z tym funduszem, gdyby nawet znalazły się pieniądze, też byłby kłopot. Bo komu miałby wypłacić odszkodowania za suszę? Marek Sawicki szacuje, że co najmniej 60 proc. rolników pobierających dopłaty bezpośrednie własnej ziemi nie uprawia. Biorą tylko dopłaty, a ziemię dzierżawią sąsiedzi. Najczęściej nieformalnie. Kto więc miałby dostać odszkodowanie za suszę? Właściciel gruntu, którego klęska nie dotknęła, czy faktyczny dzierżawca niemający do ziemi żadnego tytułu? Grzechów pustosłowia rząd PiS popełnił zresztą więcej, choćby łudzenie chłopów przed wyborami, że załatwi, iż dopłaty unijne będą o wiele wyższe, a zanosi się na niższe.

Grzech piąty: nieróbstwo. Zanosi się, że na inwestycje na wsi możemy dostać z UE aż o 26 proc. środków mniej. Czyli 5 mld euro w plecy. Przy lepszej dyplomacji tak się stać nie musiało. Ale Jurgiel interes wsi zawalił, tak jak w poprzednim rządzie PiS nie zadbał o interesy polskich cukrowni.

Teraz poseł Jan Krzysztof Ardanowski, następca Jurgiela, próbuje sprawę dopłat bagatelizować. Wycofuje się rakiem z pisowskich obietnic, mówiąc, że rolnicy powinni uzyskiwać dochody z rynku, z tego, co sprzedadzą, a nie z transferów socjalnych, jakimi są dopłaty. Na wsi takie stwierdzenia poklasku nie znajdą. Z rynku żyje bowiem zaledwie 200300 tys. gospodarstw, reszta, czyli ponad milion, z transferów. Program 500 plus, przyjęty na wsi z wielkim entuzjazmem, tylko tę sytuację utrwalił. Więc deklaracji Ardanowskiego raczej nie można traktować serio, liderzy partii szybko przywołają go do porządku. Na polskiej wsi z rolnictwa żyje tylko 10 proc. rolników, czyli posiadaczy co najmniej jednego hektara ziemi. Żeby wygrać kolejne wybory, trzeba myśleć raczej o pozostałych 90 proc. Te 90 proc., choć z 500 plus ucieszyło się bardzo, już się nimi nie zadowala, wyciąga ręce po więcej.

Grzech szósty: pogarda dla rynku. PiS, który deklaruje taką troskę o rozwój narodowego rolnictwa, w rzeczywistości prowadzi politykę, która uniemożliwia jego rozwój. Wsi socjalnej nie podobają się bogaci właściciele nowoczesnych gospodarstw towarowych, więc oni na pomoc rządu liczyć nie mogą. Tym bardziej że wielu z nich to ludowcy. Brakiem poparcia wśród dużych gospodarstw, od których zależy rynek żywnościowy w kraju, PiS do tej pory się nie przejmował. Przejął się dopiero, gdy wkurzać zaczęli się mniejsi. Choćby plantatorzy malin czy porzeczek.

Owoce gniją na krzakach, bo nie ma ich kto zbierać. Wdrożone przez rząd bariery biurokratyczne utrudniają oficjalne zatrudnianie Ukraińców, którzy w poprzednich latach ratowali sytuację, czy sprowadzanych ostatnio Azjatów (patrz s. 33). W dodatku plantatorzy dostają w skupie grosze, podczas gdy w sklepie cena bywa dziesięciokrotnie wyższa. To kolejny powód złości rolników. Kto winien? Zagraniczne sieci handlowe i duzi przetwórcy, którzy na pewno popełniają grzech zmowy cenowej – podpowiadają liderzy PiS. Sugerując, że gdyby przemysł przetwórczy był państwowy, to problem zostałby rozwiązany.

Komisja Europejska, która problem dostrzega, zaleca, by rozwiązywać go w sposób rynkowy: za pomocą umów kontraktacyjnych. Żeby nie zdarzały się sytuacje, że plantator oddaje maliny do skupu, bo z każdą godziną tracą na wartości, a dopiero po kilku godzinach dowiaduje się, że mu za nie zapłacą tragicznie mało. Plantatorzy złoszczą się, że rząd PiS sprawę kontraktacji zaniedbał. Skazując ich na ceny, które nie gwarantują choćby minimalnego zarobku. Łudzą się i są łudzeni, że gdyby przemysł był państwowy, kłopotu by nie było. Ale problem jest głębszy.

Rozdrobnieni plantatorzy dla sieci handlowych ani przemysłu nie są partnerem, z którym musieliby się liczyć. To dlatego od lat płyną z Brukseli ogromne pieniądze, żeby rolnicy skrzykiwali się w grupy producenckie. Dzięki tym pieniądzom powstały w Polsce wielkie przechowalnie jabłek, a także chłodnie dla owoców miękkich. – Plantatorzy z grupy nie są skazani na niskie ceny w skupie, owoce, nawet maliny, mogą czekać w chłodni na lepsze ceny – twierdzi Mirosław Maliszewski, szef Związku Sadowników Rzeczpospolitej Polskiej, ale także poseł PSL. Jest producentem jabłek i jagód, ale własnymi owocami mógłby zaopatrzyć co najwyżej pięć Biedronek. W grupie razem są mocniejsi – odbiorcy muszą się z nimi liczyć.

PiS po dojściu do władzy postanowił się jednak tym grupom dokładnie przyjrzeć. Chęć przyjrzenia się (w rzeczywistości sabotowanie) wynika z przekonania, że twórcy grup są powiązani z PSL. Najwyraźniej w oczach liderów PiS ludowcy są większym wrogiem niż zagraniczne sieci handlowe.

Rolnicy, którzy plantatorami nie są albo do „kołchozu” nie przystąpili, zacierają ręce. Sporo wiejskich wyborców PiS uznaje, że grupy zarabiają dużo, a drobni rolnicy mało, i to jest niesprawiedliwe. Zamiast więc wspierać grupy, trzeba pieniądze unijne podzielić dla wszystkich. Sławomir Izdebski, szef OPZZ Rolników i Organizacji Rolniczych, jest nawet przekonany, że grupy robiły przekręty. Brały z Unii na przykład 10 mln, a naprawdę inwestowały tylko 5. Rozpędzenie grup, z których tak dumny był minister Sawicki, zdaje się kwestią czasu, chociaż do sądu żadna sprawa nie dotarła. Drobnym plantatorom zostanie już tylko wiara, że ich problemy rozwiąże budowa państwowego przetwórstwa.

Grzech siódmy, najcięższy: porażka z pomorem. W walce z afrykańskim pomorem świń (ASF) Jurgiel wykazał się kompletnym niedołęstwem. Jedyne, co zdołał wymyślić po ponad dwóch latach ministrowania, to budowa płotu na wschodniej granicy, gdy zarażone dziki od dawna roznoszą chorobę po kraju. Pomysł został zablokowany, Ardanowski płotu budował nie będzie.

W sprawie kompletnej nieskuteczności Jurgiela w walce z ASF identyczne zdanie mają zarówno wielcy producenci trzody chlewnej, jak i właściciele kilku świń. Różnią się tym, że każda ze stron co innego byłemu ministrowi ma za złe. Wielcy hodowcy od początku mówili, że aby zwalczyć pomór, minister musi się narazić drobnym hodowcom. Takim, co nie są w stanie w małych chlewikach zapewnić właściwych warunków bioasekuracji. Czyli odciąć dostęp do świń innym domowym zwierzętom, rozłożyć przed chlewikiem maty nasączone środkiem dezynfekcyjnym i przestrzegać wielu innych procedur, które chłopi lekceważyli. Weterynarze postulowali, by ukrócić pokątny handel prosiakami, a najlepiej wprowadzić obowiązkowe znakowanie zwierząt.

Minister narażać się elektoratowi nie zamierzał, a w dodatku skłócił się z myśliwymi, bo komuchy. Zarażone dziki przenoszą więc chorobę na zachód. Zbliża się dzień, w którym Niemcy, w obawie przed przywleczeniem pomoru do własnych ferm, otoczą Polskę kordonem sanitarnym i odbiorcy unijni zamkną rynek przed naszą wieprzowiną. Tak jak zrobiła to Rosja i odbiorcy azjatyccy. Wielcy producenci trzody w kraju splajtują, sami nie zjemy wszystkiego. Ale ci wielcy producenci o wyniku przyszłych wyborów nie zdecydują. To, czy PiS odzyska samorządy, zależy od małych, którym Jurgiel konsekwentnie próbował się nie narażać.

A jednak się naraził. Nowe ogniska ASF najczęściej wybuchają w małych gospodarstwach. Minister przymykał wprawdzie oko na nieprzestrzeganie przez nie procedur sanitarnych, ale nie był władny sprawić, by – mimo tego nieprzestrzegania – dostały odszkodowanie za świnie, które trzeba było zlikwidować. Więc teraz opozycja punktuje: „80 proc. rolników spośród 12 tys. gospodarstw, którym wybito świnie z powodu ASF, nie otrzymało odszkodowań”. Jeśli PiS w trosce o wynik zbliżających się wyborów zmieni przepisy i zacznie wypłacać odszkodowania także tym rolnikom, którzy procedur chroniących przed pomorem nie przestrzegali, wkrótce po pieniądze wyciągną ręce wszyscy.

Krzysztof Jurgiel solidnie zasłużył na swoją dymisję. Jego następca polityki PiS wobec wsi także nie zmieni. Ale będzie przekonywał, że grzechy Jurgiela nie były grzechami Prawa i Sprawiedliwości i partia ich już nie powtórzy. Byle do wyborów.

Polityka 26.2018 (3166) z dnia 26.06.2018; Rynek; s. 41
Oryginalny tytuł tekstu: "Wiejskie żale"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną