Rynek

W NBP propaganda najważniejszą ze sztuk

Prezes Adam Glapiński podczas konferencji w NBP Prezes Adam Glapiński podczas konferencji w NBP Narodowy Bank Polski / Flickr CC by 2.0
Prezes NBP Adam Glapiński rękami i nogami bronił się przed ujawnieniem zarobków w banku centralnym. Teraz już wiemy, dlaczego.

„Główna rzecz to, oczywiście, propaganda i agitacja” – pisał przywódca rosyjskich komunistów Włodzimierz Ilicz Lenin. Prezes Glapiński najwyraźniej dobrze przyswoił tę maksymę, a w każdym razie tak wynika z ujawnionego przez NBP zestawienia zarobków brutto pracowników banku w 2018 r.

Czytaj też: Misiewiczowe prezesa Glapińskiego

Najważniejsza komunikacja

Okazuje się, że w NBP spośród dyrektorów departamentów najwięcej nie zarabiają wcale szefowie działów związanych z działalnością podstawową banku centralnego. Ani dyrektor departamentu stabilności finansowej (41,1 tys. zł), ani operacji krajowych (35,7 tys. zł), ani operacji zagranicznych (37,7 tys. zł), ani analiz (43,2 tys. zł). Najwięcej zarabia szefowa departamentu komunikacji Martyna Wojciechowska – 49 563 zł brutto (z premiami i nagrodami).

To z jej powodu zresztą wybuchła cała awantura – kwestią jej wynagrodzeń zajęła się w grudniu „Gazeta Wyborcza”. Dziennikarze na podstawie oświadczenia majątkowego Wojciechowskiej wyliczyli, że zarabiała ona nawet 65 tys. zł miesięcznie (oświadczenie składała jako radna sejmiku mazowieckiego). Media zadawały pytania o relacje między jej pensją a kompetencjami, ale bank nie chciał udzielać odpowiedzi. Wiadomo tylko, że Wojciechowska jest magistrem filologii ukraińsko-rosyjskiej, pracowała w promocji NBP od ponad dekady, ale jej kariera przyspieszyła w 2016 r., już za Glapińskiego.

Drugą bohaterką skandalu była Kamila Sukiennik, dyrektorka gabinetu Glapińskiego, zasiadająca we władzach Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych, choć nic nie wiadomo o tym, żeby miała wymagane kompetencje. Wcześniej była m.in. asystentką Glapińskiego w Polkomtelu. Z opublikowanych dziś informacji wynika, że Sukiennik także należy do finansowej czołówki w banku, zarabiając przeciętnie 42,7 tys. zł miesięcznie. Także dyrektor departamentu edukacji i wydawnictw Anna Kasprzyszak, była żona koordynatora ds. służb specjalnych Mariusza Kamińskiego, zarabia ponad dyrektorską średnią w NBP – 38,8 tys. zł.

Czytaj też: Jawne płace za pracę?

Wojciechowska straci

Gdy Glapiński odmówił podania wysokości pensji dyrektorek w NBP, zmusili go do tego posłowie. W ekspresowym tempie przegłosowali projekt ustawy nakazującej ujawnienie pensji w banku centralnym i wprowadzającej limit wynagrodzeń – na poziomie 60 proc. pensji prezesa NBP. Jak wyliczyli dziennikarze Money.pl, wynosi on dokładnie 38 136,60 zł. Zarobki 12 dyrektorów przekraczały tę kwotę, ale w tym roku zostaną już objęte limitem. Najwięcej straci Wojciechowska, 137 tys. zł w ciągu roku, prawie jedną czwartą pensji.

Tabela zawiera wiele innych smaczków. W oczy rzuca się np. doradca prezesa, który pracował... tydzień – pod koniec maja 2018 r. i zarobił 6,7 tys. zł. Inny doradca, zatrudniony na stałe, zarabiał 39 tys. zł, pozostali 20–33 tys. zł.

Dziś widać, jaką manipulacją była styczniowa konferencja NBP, na której pracownice tego banku ujawniły dziennikarzom tylko dyrektorską średnią – 38 tys. zł. Już wiadomo, że Wojciechowska co miesiąc dostawała o 11 tys. zł więcej. A przecież to nie wszystkie jej zarobki, z informacji Oko.press wynika, że dodatkowo inkasowała 11 tys. zł jako członkini rady Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, delegowana tam przez Glapińskiego.

Ucierpiał NBP, ucierpi PiS?

Absurdalnie wysokie pensje w NBP, przynajmniej jeśli chodzi o piony niezwiązane z działalnością podstawową banku centralnego, stały się przyczyną jednej z największych afer ubiegłego roku. Polska polityka pędzi jak szalona, więc w ostatnich tygodniach przykryły ją inne tematy, ale sprawa pewnie jeszcze wróci w trwającym roku wyborczym. Wynagrodzenia w NBP, podobnie jak wcześniej „drugie pensje” dla ministrów rządu Beaty Szydło, pokazują bowiem pazerność ludzi obozu „dobrej zmiany”, którzy przecież obiecywali „skromnie służyć Polakom”. Takiej hipokryzji wielu wyborców może PiS nie wybaczyć, jeśli przypomną sobie o skandalu nad urną wyborczą.

Smutne jest to, że w efekcie ucierpi bank centralny jako instytucja. Sprawa pensji przyniosła negatywne skutki dla pozycji NBP w oczach Polaków, jak wynika ze styczniowych badań. Od wrześniowego sondażu CBOS odsetek dobrych ocen banku centralnego spadł o 20 pkt. proc. – z 55 do 35 proc. Odsetek złych ocen zwiększył się w tym czasie jeszcze gwałtowniej – z 7 do 30 proc. To kolejna instytucja, po Trybunale Konstytucyjnym, mediach publicznych czy służbie cywilnej, której reputacja poważnie ucierpiała podczas rządów PiS.

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Świat

Demonstrancie, pokaż twarz!

Zakazy zakrywania twarzy podczas demonstracji mnożą się nie tylko w państwach autokratycznych, ale też na Zachodzie. Czy możliwa jest demokracja bez anonimowości?

Jędrzej Winiecki
15.10.2019
Reklama