Prenumerata na trudne czasy.

6 miesięcy za 99 zł.

Subskrybuj
Rynek

Kryptowaluty: nerwowo na rynku. To kryzys, korekta czy restart?

Wartość bitcoina, najbardziej znanego z cyfrowych tokenów, skurczyła się o prawie połowę i w styczniu wróciła do poziomów z lipca zeszłego roku. Wartość bitcoina, najbardziej znanego z cyfrowych tokenów, skurczyła się o prawie połowę i w styczniu wróciła do poziomów z lipca zeszłego roku. Art Rachen / Unsplash
Coraz więcej wskazuje, że ostatnie załamanie na rynku to nie koniec kłopotów, a w świecie kryptowalut epoka „dzikiego zachodu” dobiega na naszych oczach końca. Co to właściwie oznacza?

Ostatnie tygodnie w świecie kryptowalut upłynęły w nerwowej atmosferze. Wartość bitcoina, najbardziej znanego z cyfrowych tokenów, skurczyła się o prawie 50 proc. i w połowie stycznia wróciła do poziomów z lipca zeszłego roku. Stworzony przez Satoshiego Nakamoto (którego tożsamość do dziś pozostaje zagadką) BTC pociągnął za sobą inne cyfrowe „monety”, co przełożyło się na tak spektakularne spadki w całej branży.

Efekt? Wielu „kryptoinwestorów” obserwowało, jak w ciągu kilkudziesięciu dni z ich portfeli wyparowują dziesiątki miliardów dolarów. W skali makro wycena światowego rynku kryptowalut spadła między 18 a 22 stycznia o ok. 1 bln dol. – o ponad jedną trzecią więcej, niż w 2021 r. wyniosło polskie PKB. Ta gigantyczna kwota ma w rzeczywistości charakter orientacyjny, odnosi się do teoretycznej wyceny wartości tokenów w danym momencie. Mimo że bitcoin odbił się i do drugiej połowy lutego znów kosztował ponad 44 tys. dol., a w dłuższej perspektywie wciąż można mówić o solidnym wzroście (do grudnia 2017 r. za jednego BTC trzeba było płacić poniżej 10 tys. dol.!), to coraz więcej wskazuje, że ostatnie załamanie to nie koniec kłopotów, a w świecie kryptowalut epoka „dzikiego zachodu” dobiega na naszych oczach końca.

Czytaj też: Łatwy zarobek na bitcoinach? Naiwnych nie sieją

Bitcoiny. Szalone zwroty (wartości) akcji

W dotychczasowej, przeszło dziesięcioletniej historii kryptowaluty zdążyły nas przyzwyczaić do szalonych zwrotów (wartości) akcji. Za każdym razem kurs załamywał się równie gwałtownie, co potem dynamicznie odbijał. Te huśtawki nie odstraszyły kupujących (lub „inwestorów”) w cyfrowe kryptomonety. Wręcz przeciwnie, z każdym cyklem „boom and boost” użytkowników cyfrowych tokenów tylko przybywa i nie inaczej było tym razem. Analitycy portalu crypto.com szacują, że w 2021 r. tokeny na świecie posiadało już ponad 100 mln osób. Są takie kraje, w których więcej osób kupuje kryptowaluty niż inwestycje w standardowe akcje i obligacje (tak wynika m.in. z sondaży z Wielkiej Brytanii; podobny zamiar ma już także co piąty Australijczyk).

Szczególne zainteresowanie jako opcja inwestycyjna kryptowaluty budzą wśród przedstawicieli pokolenia milenialsów i zetek, czyli osób urodzonych od połowy lat 80. XX w. To te grupy z roku na rok stają się coraz bardziej atrakcyjne dla reklamodawców, a co za tym idzie, producentów i usługodawców. Tak długo, jak dzisiejsi 18–40-latkowie nie przestaną wierzyć w kryptowaluty, wartość tych ostatnich nie spadnie w okolice zera, a tym samym „bańka” nie zostanie przekłuta.

Zaufanie do cyfrowego kruszcu nie topnieje, mimo że silnie sinusoidalny charakter kursu premiuje dużych graczy, co prowadzi do koncentracji aktywów w rękach tzw. Wielorybów, dużych funduszy inwestycyjnych. Co więcej, tokeny oparte na blockchainie są podstawą modelu biznesowego firm tworzących produkty takie jak coraz popularniejsze NFT (unikalne tokeny związane np. z cyfrowymi dziełami sztuki) czy rozwiązania dedykowane dla metawersów (czyli wirtualnych światów, które budują m.in. Facebook, Apple, Microsoft czy Google). W tym kontekście pojawiające się regularnie w mediach pytania o to, czy „bitcoin się skończył”, mogą wydawać się absurdalne. Bez odpowiedzi pozostają jednak inne ważne kwestie. Przede wszystkim: jak będzie wyglądać przyszłość i jaką rolę będą w niej odgrywać cyfrowe waluty.

Czytaj też: Opowieści z krypto. Czym właściwie są tokeny NFT?

Tokeny. Przykład ze Wschodu

W ostatnich miesiącach coraz więcej państw na świecie podejmuje działania dążące do uregulowania rynku kryptowalut. Te zmiany można by z perspektywy Zachodu przeoczyć – w USA i na Starym Kontynencie rządy na ogół interesują się tokenami tylko w kontekście ich opodatkowania. Inaczej sytuacja wygląda w pozostałych rejonach świata.

Wiadomość z października 2021 r. o tym, że bitcoinem można oficjalnie płacić na terytorium Salwadoru, szybko obiegła media. Mało kto zwrócił jednak uwagę na znacznie istotniejszy proces: ucieczkę biznesu „kopania” cyfrowego kruszcu z Chin. W opartym na autorytarnej biurokracji kraju tokeny przez lata uchodziły za najbezpieczniejszą formę ukrycia majątku przed skarbówką. W 2019 r. wyparowało w ten sposób nawet 50 mld dol. Co równie ważne, Państwo Środka było nieformalną stolicą kryptogórnictwa: przedsiębiorców wyposażonych w komputery z mocnymi kartami graficznymi i serwery, których celem było uzyskanie jak największej szansy na zarobek na dynamicznie rosnącym rynku krypto.

Władze Komunistycznej Partii Chin od lat oficjalnymi kanałami rządowymi mówiły o kryptowalutach negatywnie. Jednocześnie w praktyce niewiele się działo, a Chiny stały się stolicą kryptobiznesu. Całkiem niedawno KPCh przeszła jednak od słów do czynów. Wszystko zmieniło się w wyniku ostrej i błyskawicznie wdrożonej polityki, za pomocą której władza zwalcza od zeszłego roku policyjnymi metodami zarówno prywatne korzystanie, jak i wydobywanie kryptowalut. W ciągu kilkudziesięciu godzin w maju trzy kontrolowane przez państwo instytucje: Narodowe Stowarzyszenie Finansów Internetowych, Związek Banków i Stowarzyszenie Płatnicze i Rozliczeniowe, opublikowały w mediach społecznościowych ostrzeżenie, a władze przystąpiły do zamykania przedsiębiorstw „kopiących” bądź nawet oferujących usługi związane z kryptowalutami. Wprawiło to rynek w czasowe załamanie oraz doprowadziło do masowych wyprzedaży sprzętu komputerowego, przede wszystkim kart graficznych. Jednym z największych beneficjentów zmiany kursu Pekinu jest Kazachstan, gdzie boom w kopaniu cyfrowych tokenów przyczynił się do… załamania systemu dostarczania energii. Zbiegło się to z wyłączeniem internetu w całym kraju i spowodowało wstrzymanie 15 proc. globalnej mocy wydobycia BTC (pisze o tym m.in. Paweł Pieniążek w najnowszym „Tygodniku Powszechnym”).

Niedawno nową strategię w sprawie kryptoaktywów przyjęła także Federacja Rosyjska. Bank centralny oficjalnie poparł inicjatywę uznania tokenów za dopuszczalne w obiegu aktywa. Jednocześnie domaga się całkowitego zakazu „kopania” i obracania kryptowalutami. Problem jest ważki. Szacuje się, że nawet 17 proc. Rosjan ma kryptowaluty, których wartość wynosi mniej więcej 214 mld dol., czyli ok. 12 proc. wartości wszystkich globalnych aktywów posiadanych przez obywateli Federacji. Podobnie jak w przypadku Chin mieszkańcy Rosji ochoczo lokowali oszczędności w tokenach, postrzegając je jako bezpieczniejszą formę budowania majątku, niezależną od decyzji politycznych władz czy międzynarodowych sankcji gospodarczych i finansowych nakładanych przez kraje Zachodu.

Czytaj też: Górnicza kryptowaluta

Cyfrowe złoto. Na Zachodzie zmiany

Działania Pekinu i Moskwy nie zaskoczyły nikogo, kto w ostatnich latach śledził dyskusję wokół tokenów. Wśród ekonomistów i ekspertów nie brakuje osób nastawionych do wzrostu kryptowalut sceptycznie. Najczęstsze argumenty przeciwko „cyfrowemu złotu” skupiają się na trzech elementach: zagrożeniu dla systemu finansowego i gospodarki, ogromnym zużyciu energii oraz cyberbezpieczeństwie.

Jednym z najgłośniejszych krytyków zjawiska jest Nassim Taleb, autor „Czarnego Łabędzia” i badacz ryzyka w systemach finansowych. Według niego wartość kryptowalut jest tak chwiejna, że są bezużyteczne zarówno jako środek płatności, jak i długoterminowa lokata majątku. Nouriel Roubini, profesor NYU i jeden z ekonomistów, nazywany dr. Doomem od czasu, kiedy w 2008 r. trafnie przewidział kryzys finansowy, idzie jeszcze dalej i nazywa je wprost „samospełniającą się bańką”. Analitycy wskazują, że wahania cen i związana z tym huśtawka nastrojów posiadaczy tokenów przy tym poziomie kapitalizacji rynku mogą doprowadzić nawet do kolejnego głębokiego krachu na światowych rynkach. Trudno powiedzieć, czy tak faktycznie będzie – prognozy są trudne, szczególnie jeśli dotyczą przyszłości, ale na razie „piwotalność” cen bitmonet sprawia, że nie nadają się do dokonywania codziennych transakcji (nie chcemy przecież sprawdzać notowań, aby wiedzieć, czy za wizytę u fryzjera zapłacimy 50, czy 100 zł) ani do bezpiecznego odkładania zgromadzonego przez lata kapitału (mało kto postawiłby oszczędności życia w kasynie).

Uwagę na ten wymiar kłopotów z tokenami zwraca w dowcipny sposób wspomniany Roubini: „Nawet Flinstonowie mieli bardziej zaawansowany system rozrachunkowy, bo licząc muszelki cyframi, mogli prosto porównywać ceny różnych dóbr”. Fanką kryptowalut nie jest także Janet Yellen, najpotężniejsza osoba światowych finansów, obecna sekretarz skarbu w administracji Bidena i była szefowa Banku Centralnego. Zapytana o bitcoina przy okazji prezentowania negatywnej opinii o jego bezpieczeństwie, zwróciła uwagę nie tylko na to, że zbyt często służy on celom przestępczym, ale także na „rażącą nieefektywność” związaną ze zużyciem energii.

Wątek energetyczny jest istotny i budzi duże wątpliwości z punktu widzenia ekologii. Model działania algorytmów bitcoina (tzw. proof-of-work) sprawia, że ilość energii, jaka potrzebna jest do utrzymania sieci BTC, w skali świata jest gigantyczna. Badacze prowadzonego na uniwersytecie w Cambridge Bitcoin Electricity Index wyliczyli, że w maju 2021 r. (kiedy cena, a więc zyski z kopania czy handlu, była największa) obsługa sieci bitmonet wymagała zużycia większej ilości energii niż cała Polska (a w całym 2020 r. – niż Szwecja). Poziom marnotrawstwa prądu do utrzymania sieci jest absurdalnie duży. Jedna transakcja bitmonetą zużywa 330 tys. razy więcej energii niż analogiczne użycie karty kredytowej. Z tego punktu widzenia kryptowaluty nie tylko nie są żadną innowacją, ale wręcz regresem w stosunku do czasów, kiedy transport waluty wymagał fizycznego wydobycia kruszcu, przetopienia metalu, wybicia monety i dostarczenia jej do skarbca.

W katalogu problemów, które towarzyszą wzrostowi popularności kryptowalut, coraz częściej wymienia się także kwestie cyberbezpieczeństwa. Według analityków Palo Alto Networks Unit 42 między październikiem 2020 r. a wrześniem 2021 dokonano prawie 180 tys. ataków hakerskich (malware, spam, phishing) z adresów URL powiązanych z wydobywaniem kryptowalut. To najprawdopodobniej wynik taktyki, która polega na infekowaniu komputerów innych użytkowników w celu wykorzystania mocy obliczeniowej do wydobywania tokenów. Jednocześnie szpiegujące aplikacje mogą być wykorzystane do innych działań przestępczych, co szczególnie w przypadku komputerów firm i instytucji może prowadzić do gigantycznych strat finansowych.

Czytaj też: Dlaczego wartość bitcoina tak mocno się waha?

Jeśli nie kryptowaluty, to co?

Jednak największe zagrożenie dla przyszłości kryptowalut przyjść może nie ze strony polityków, ale bankierów centralnych. Jeszcze w lipcu Amerykański Bank Rezerwy Federalnej przerwał wieloletnie milczenie w tym temacie i sektor kryptowalut określił jako źródło potencjalnie katastrofalnego w skutkach krachu finansowego. A prawdziwe kłopoty dla zwolenników kryptowalut mają dopiero nadejść.

Ostatnie spadki wartości tokenów najprościej wytłumaczyć dwoma elementami. Pierwszy to zapowiedzi podwyższenia przez FED stóp procentowych, co wpłynie m.in. na koszt pożyczek i kredytów i, mówiąc nieco górnolotnie, zakończy „epokę taniego pieniądza”, którą z przerwami od kilkunastu lat stosują banki centralne na całym świecie i z których ochoczo korzystały prywatne banki, fundusze inwestycyjne czy grupy kapitałowe.

Drugi czynnik związany jest z publikacją przez FED w drugiej połowie stycznia długo wyczekiwanego raportu pt. „Pieniądz i płatności”. Autorzy analizują szanse i zagrożenia związane z wprowadzeniem przez FED CBDC (skrót od central bank digital currency), centralnie nadzorowanej wirtualnej waluty odpowiadającej dolarowi, która gwarantowałaby transparentność i bezpieczeństwo transakcji elektronicznych przy jednoczesnym nieporównywalnie mniejszym niż w przypadku np. bitcoina zużyciu energii. Główna różnica między cyfrowym dolarem a kryptotokenami związana jest z tym, że ten pierwszy byłby w pełni kontrolowany przez FED, co teoretycznie pozwoliłoby nie tylko kontrolować podaż (a więc pośrednio np. także inflację), ale i zdalnie „wyłączać” pieniądze długo po tym, jak trafiłyby na indywidualne konta osób i firm. Prawdopodobnie już w najbliższej dekadzie cyfrowy dolar, euro czy juan staną się standardem w międzynarodowych rozliczeniach. Cyfrowe waluty, nad którymi zaawansowane prace poza Stanami trwają m.in. w Unii Europejskiej (euro) i Chinach (renminbi), są antytezą tego, co postulował Satoshi Nakamoto, słynny anonimowy twórca bitcoina. Jeśli te plany regulatorów się ziszczą, to „rewolucja kryptowalutowa” może zakończyć się totalnym zwycięstwem starego, tj. scentralizowanego systemu finansowego.

Utopia pieniądza

Nie oznacza to, że dzisiejsze kryptowaluty znikną. Prawdopodobnie prędzej niż później będą się jednak musiały upodobnić do finansów głównego nurtu i tak jak one podlegać skomplikowanym przepisom podatkowym, instytucjom nadzorczym czy odpowiedzialności karnej za nadużycia. Jeśli dodatkowo programistom uda się zoptymalizować algorytmy, na podstawie których działają przynajmniej bitcoin czy ethereum, i obniżyć zużycie potrzebnej do utrzymania sieci energii elektrycznej, to krytycy kryptowalut straciliby swoje najlepsze argumenty.

Przystosowanie i włączenie kryptowalut do oficjalnego systemu finansowego oznaczałoby jednocześnie ogromny sukces i porażkę ruchu zdecentralizowanych finansów, których przykładem są cyfrowe tokeny. Byłoby to przewrotne postscriptum dla historii kryptowalut i wartości, które przyświecały jej twórcom i popularyzatorom. Utopijne manifesty entuzjastów mówiących o decentralizacji, demokratyzacji i oderwaniu pieniądza od państw w dłuższej perspektywie mogą okazać się nie tylko niespełnioną obietnicą, ale w iście faustowski sposób przyspieszą proces cyfrowej konsolidacji i centralizacji globalnego obiegu pieniądza.

Czytaj też: Po co Kim kradnie bitcoiny?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Co z tymi czołgami? Niemiecka prasa o kolejnym sporze Warszawy i Berlina

Spór o Leopardy, obiecane ponoć Polsce w ramach „zamiany okrężnej”, zmienił się w kolejny punkt zapalny. Sprawa rozgrywana jest przez rząd PiS jak zwykle w pełnym świetle jupiterów.

Adam Krzemiński
07.08.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną