Rabat na prenumeratę cyfrową Polityki

kup taniej do 50%

Subskrybuj
Rynek

Sześć reaktorów? Atomowe fantazje premiera Morawieckiego

Mateusz Morawiecki w Lubinie 31 sierpnia 2022 r. Mateusz Morawiecki w Lubinie 31 sierpnia 2022 r. Krzysztof Ćwik / Agencja Wyborcza.pl
Zamiast myśleć, jak Polska przetrwa zimę, premier odkleja się od rzeczywistości i odpływa w krainę marzeń. Składanie obietnic budowy elektrowni atomowych jest dziecinnie łatwe.

Brakuje węgla? Sprowadzimy, będzie go przed zimą więcej niż potrzeba – zapewnia premier Morawiecki. Gaz? Z gazem nie będzie problemów, bo uruchamiamy Baltic Pipe i sprowadzimy z Norwegii. Atom? Oczywiście, też nie ma problemu. „Chcemy w najbliższych kilkunastu latach – do 2040 r., bo tak planuje się duże inwestycje w zakresie energetyki jądrowej – osiągnąć poziom co najmniej sześciu reaktorów i 9 GW mocy. Wierzę, że jest to również możliwe do przekroczenia, że ten cel jest możliwy do przekroczenia” – wyjaśnił w poniedziałek premier podczas konferencji prasowej, dodając, że Polska prowadzi rozmowy w tej sprawie z Francją, Koreą Południową i Stanami Zjednoczonymi. Kiedy świat martwi się kryzysem energetycznym, Polska będzie krajem węglem, gazem i atomem płynącym.

Czytaj też: Nasz sen o atomie

Obietnice złożyć łatwo

Zamiast myśleć, jak Polska przetrwa zimę, premier odkleja się od rzeczywistości i odpływa w krainę marzeń. Składanie obietnic budowy elektrowni atomowych jest dziecinnie łatwe. Tej przyjemności oddawało się już wielu polityków. Przypomnijmy, że w 2008 r. obietnicę budowy dwóch elektrowni jądrowych złożył premier Donald Tusk. Pierwszą miała budować powstała 2010 r. spółka EJ1. Megawatogodziny z atomu miały popłynąć już w 2024 r. I choć plany atomowe pozostały aktualne, to sprawa budowy wciąż nie może ruszyć. Nie wiadomo, kto miałby elektrownię budować, kto dostarczy technologię, skąd wziąć pieniądze, bo plan atomowy nigdy się ekonomicznie nie spinał, a jest niezwykle kosztowny.

Kiedy do władzy doszedł PiS dużo mówił o atomie, ale niewiele robił. I tak minęło już kolejnych siedem lat jądrowego imposybilizmu. Doszły bowiem problemy w polityce międzynarodowej: z którym krajem jesteśmy w lepszych relacjach i bardziej nam na nim zależy? O kontrakt na budowę elektrowni jądrowych w Polsce zabiegało kilka koncernów. Początkowo francuski duet EdF-Areva, amerykański Westinghouse i amerykańsko-japońska spółka GE-Hitachi. Ostatnio pojawił się nowy gracz – konsorcjum Team Korea z firmą Doosan na czele.

Czytaj też: Atomowy Sołowow. Czy to się może udać?

Budować czy mówić o budowaniu

Polski plan budowy energetyki jądrowej był największym takim programem na świecie. Dlatego dostawcy technologii na początku potraktowali nas poważnie, ale kiedy zorientowali się, że polskim politykom chodzi, by mówić o atomie, a nie go budować, szybko wrócili do domu. Teraz znów padają fantazje, tak pod względem skali, jak i terminów. Polskie Elektrownie Jądrowe (PEJ) wybrały już lokalizację pierwszej elektrowni atomowej. Ma nią być Lubiatowo-Kopalino w gminie Choczewo na Pomorzu. Zgodnie z rządowymi planami uruchomienie pierwszego bloku elektrowni jądrowej o mocy 1–1,6 GW przewidywane jest w 2033 r. Termin jest równie realny, co 2024 r. z czasów Donalda Tuska.

Z wielu powodów. Po pierwsze, elektrownie jądrową od zera buduje się niezwykle długo. W krajach, które mają w tej dziedzinie doświadczenia, trwa to kilkanaście lat. Od wbicia pierwszej łopaty do uruchomienie bloku, biorąc pod uwagę opóźnienia, jakie zaliczały elektrownie w Finlandii, Francji czy Wielkiej Brytanii, trzeba myśleć o dwóch dekadach, a nie kilku latach. A u nas do wbicia łopaty jeszcze droga daleka, bo nie ma projektu ani dostawcy technologii. Morawiecki deklaruje, że rozmawiamy z Amerykanami, Francuzami i Koreańczykami. Z każdym mamy jakieś interesy, więc jeśli wybierzemy Francuzów, obrażą się Amerykanie i Koreańczycy, jeśli postawimy na USA, to znów Emmanuel Macron będzie miał do nas pretensje. „To jednolita koncepcja i niesprzeczne ze sobą rozmowy” – zapewnia Morawiecki. W końcu w rozmowach na temat atomu mamy wyjątkowe, już kilkunastoletnie kompetencje.

Czytaj też: Czy rząd PiS zbuduje elektrownię atomową?

Atom w kampanii brzmi dobrze

A przecież na wyborze technologii sprawa się nie kończy, bo potrzebne są jeszcze pieniądze i to niemałe. Pomysł jest taki, by dostawca technologii wybudował na kredyt, a potem odbierał sobie pieniądze w cenie prądu. Jakie pieniądze? Polski Instytutu Ekonomiczny oszacował koszt rządowego planu energetyki jądrowej na 184 mld zł. Biorąc pod uwagę, że wszystkie obliczenia dotyczące elektrowni jądrowych są niedoszacowane, trzeba liczyć grubo ponad 200 mld zł. Teraz trzeba jeszcze namówić atomowych partnerów do wyłożenia takiej kasy, a to nie takie proste. Ale pogadać i stworzyć wizje atomowe zawsze można.

Obietnica Polski jako mocarstwa atomowego brzmi nieźle, zwłaszcza w czasie kampanii wyborczej. Stawiam dolary przeciw orzechom, że w 2040 r. nadal będziemy dyskutowali o sprawie budowy elektrowni atomowych. Może nawet takich, które będą wykorzystywały zimną fuzję jądrową.

Czytaj też: Czy atom nam się jeszcze opłaca?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Mleko się rozlało? Tajemnice morderstwa w Białymstoku

Za kratami w Hajnówce od kilkunastu lat siedzi Jan Ptaszyński z Michnówki na Podlasiu. Są powody, by przypuszczać, że w jego sprawie nie wszystko jest jasne.

Arkadiusz Panasiuk
27.11.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną