Pali się lampka rezerwy
Nadciąga gigantyczny kryzys energetyczny, lampka rezerwy już się pali. Trumpa to nie obchodzi
W maju w południowokoreańskiej stoczni HD Hyundai Heavy Industries uroczyście zwodowano pierwszą polską pływającą jednostkę regazyfikacji i magazynowania (FSRU). Ten wielki pływający gazoport LNG, po przycumowaniu do budowanego nabrzeża w Zatoce Gdańskiej, będzie odbierał z przypływających statków skroplony gaz, magazynował go w swoich zbiornikach, regazyfikował, a następnie tłoczył do sieci Gaz-Systemu. W ciągu roku ponad 6 mld m sześc.
A to nie jest nasze ostatnie słowo. Trwają przymiarki do budowy kolejnego takiego giganta (blisko 300 m długości), a więc podwojenia zdolności Gdańska do importu gazu LNG. Jeśli do tego dodamy 8,3 mld m sześc. LNG przepływające przez świnoujski gazoport i plany dojścia tam do 10 mld m sześc., to Polska wyrasta na wielkiego importera gazu skroplonego.
Na krawędzi
Pytanie tylko: skąd go brać? Dziś światowy rynek LNG przeżywa sądne dni. Wszystko za sprawą amerykańsko-irańskiego konfliktu i blokady cieśniny Ormuz. W Zatoce Perskiej, w ogniu wojny, odcięci od rynków eksportowych znaleźli się dwaj kluczowi producenci – Katar i Zjednoczone Emiraty Arabskie (ZEA) – zapewniający światu ok. 20 proc. LNG. Wprawdzie ostatnio udaje się wymykać przez cieśninę pojedynczym gazowcom, ale to kropla w morzu potrzeb i hazardowa praktyka świadcząca o desperacji eksporterów i importerów gotowych na ryzyko utraty statków.
Gazu LNG nie da się transportować na dalsze odległości inaczej niż specjalnymi statkami, bo stan skroplenia wymaga temperatury ok. -160 st. C i kriogenicznych zbiorników. Nie można go tłoczyć rurociągami poza cieśninę Ormuz, tak jak się to dzieje z częścią ropy naftowej z Zatoki. Wymagałoby to budowy nowych instalacji skraplających i specjalistycznych portów w Zatoce Omańskiej albo na Morzu Czerwonym.