Edukator Ekonomiczny

Świńska grypa II

Państwa-ofiary kryzysu strefy Euro

Chorobą PIIGS może zarazić się każdy, jeśli przestanie dbać o zdrowie swojej gospodarki Chorobą PIIGS może zarazić się każdy, jeśli przestanie dbać o zdrowie swojej gospodarki Marek Sobczak / Polityka
W ostatnich miesiącach kilka krajów strefy euro znalazło się w naprawdę dużych kłopotach. Jest jeszcze czas, żeby uczyć się na cudzych błędach.
Bezrobocie (dane kwartalne, w proc.)Polityka Bezrobocie (dane kwartalne, w proc.)
Dług publiczny (proc. PKB)Polityka Dług publiczny (proc. PKB)
Deficyt lub nadwyżka budżetowa (proc. PKB)Polityka Deficyt lub nadwyżka budżetowa (proc. PKB)

Rok temu o tej porze cała Europa ekscytowała się wirusem A/H1N1, wywołującym chorobę popularnie zwaną świńską grypą. Ekonomiści mogliby stwierdzić, że świńska grypa nadal panoszy się w Europie, choć w zupełnie innej postaci. Tym razem chorują na nią systemy finansowe kilku państw, nazywanych PIGS (z ang. – powiedzmy świnki).

Skąd wzięło się to określenie? Pojawiło się ono w prasie anglosaskiej już w 2008 r. Skrótem tym zaczęto określać Portugalię, Włochy, Grecję i Hiszpanię (Portugal, Italy, Greece, Spain), biorąc pierwszą literę nazwy każdego z tych krajów w języku angielskim. Kiedy na jaw wyszły olbrzymie problemy Irlandii, to ona zastąpiła Włochy, najmniej zagrożone spośród krajów południa kontynentu. Niektórzy zresztą używają rozszerzonego skrótu PIIGS, obejmującego zarówno Irlandię, jak i Włochy.

Analogie do świńskiej grypy nie kończą się zresztą na samym zbiorczym określeniu najsłabszych ogniw strefy euro. Tak samo jak tą chorobą kryzysem można się niestety zarazić. Problemy jednego kraju natychmiast powodują nerwową reakcję na światowych rynkach i rosnące oprocentowanie obligacji innych państw. Na razie dwa spośród pięciu krajów zaliczanych do PIIGS musiały wystąpić o międzynarodową pomoc, czyli używając terminologii medycznej, zostać hospitalizowane. Następne walczą z chorobą i starają się wyleczyć we własnym zakresie. I zupełnie tak samo jak w życiu podobne problemy dotknęły bardzo różnych pacjentów. Każdy z nich najpierw chorował z zupełnie innego powodu, ale wszyscy – osłabieni dotychczasowymi dolegliwościami – padli ofiarą wirusa finansowej grypy.

Wielki mały problem

Zaraza, fachowo nazywana kryzysem zadłużeniowym strefy euro, zaczęła się, jak to zwykle bywa, od najsłabszego organizmu, czyli Grecji. Iskrą, która wywołała pożar, były deklaracje nowego socjalistycznego rządu Jeoriosa Papandreu, wybranego na jesieni 2009 r., który ze zgrozą odkrył prawdziwą wysokość deficytu budżetowego. Wynosił on ponad 13 proc. PKB (niedawno zresztą skorygowano tę wartość do 15,4 proc.), czyli ponad dwa razy więcej, niż twierdził poprzedni, konserwatywny premier.

To sprawiło, że rynki finansowe zaczęły szybko tracić zaufanie do Grecji. Ale tak naprawdę problemy tego kraju kumulowały się zdecydowanie wcześniej. Jak pokazują skorygowane statystyki, już po odkryciu wszystkich oszustw tamtejszych polityków, Grecja ani razu od wejścia do strefy euro (a stało się to na początku 2001 r.) nie miała deficytu zgodnego z Paktem Stabilności i Wzrostu, czyli poniżej 3 proc. PKB! Wszyscy zajmowali się wielkimi krajami, jak Francja czy Niemcy, które skutecznie walczyły o unikanie kar za łamanie reguł Paktu, a prawie nikt nie zwracał uwagi na małą Grecję. Niefrasobliwe zadłużanie się przez wiele lat nie wydawało się wielkim problemem. Grecka gospodarka miała przyzwoity wzrost, a niezbyt dotąd wiarygodny kraj był podziwiany za samo zakwalifikowanie się do strefy euro. Przełom nastąpił, gdy wykryto wszystkie fałszerstwa, a dodatkowo Grecja zaczęła pogrążać się w recesji.

Drugą ofiarą kryzysu strefy euro, która również musiała wystąpić o pomoc przygotowaną wspólnie przez Unię Europejską i Międzynarodowy Fundusz Walutowy, jest Irlandia. Jednak podobieństwa między krajem zwanym do niedawno celtyckim tygrysem a Grecją szybko się kończą. Problemy Irlandii nie wynikają bowiem z życia przez lata ponad stan. Wręcz przeciwnie. Ten kraj prowadził przed wybuchem kryzysu wzorową politykę budżetową. Nie tylko nie miał deficytu, ale co roku mógł pochwalić się solidną nadwyżką. Dzięki niej Irlandii udało się zredukować dług publiczny do zaledwie 25 proc. PKB (dla porównania w Polsce zbliża się on do 55 proc. PKB). Ale dziś Irlandczycy są w podobnym nastroju jak Grecy. Gdy niedawno otwierano na lotnisku w Dublinie nowy, olbrzymi terminal, którego budowę zaczęto jeszcze w tłustych latach, media złośliwie twierdziły, że będzie gdzie godnie przywitać kontrolerów MFW.

Banki mają się dobrze

Irlandzkim przekleństwem są banki, które w dobrych czasach całkowicie zatraciły instynkt samozachowawczy, a tamtejszy nadzór w porę nie interweniował. Co gorsza, bardzo łatwym udzielaniem kredytów spowodowały bańkę na rynku nieruchomości – najpierw czterokrotną eksplozję cen i szał budowlany, a potem nagły upadek branży.

Rząd irlandzki oczywiście postanowił ratować banki, a wśród nich byłego już właściciela naszego BZ WBK, czyli Allied Irish Bank. Ale irlandzka gospodarka jest po prostu za mała, aby udźwignąć tak ogromny wysiłek. Gdy okazało się, że tegoroczny deficyt wynosi wprost nieprawdopodobne 32 proc. irlandzkiego PKB, cierpliwość rynków finansowych się skończyła. Z drugiej strony Irlandia za wszelką cenę nie chce doprowadzić do upadłości największych banków, bo to zrujnowałoby na lata wiarygodność tamtejszej gospodarki. Na razie zatem Irlandia jako druga po Grecji dostaje międzynarodową pomoc. Bo na sprzedawanie bardzo niekorzystnie oprocentowanych obligacji nie może sobie pozwolić.

Co ciekawe, o ile banki pogrążyły Irlandię, to w innych krajach zaliczanych do PIIGS nie one stanowią największy problem. Co prawda w Grecji kondycja banków coraz bardziej się pogarsza (grecki Eurobank szuka kupców na działający u nas Polbank), ale to efekt recesji, a nie wcześniejszych ryzykownych operacji. W Hiszpanii największe banki mają się dobrze. Gigant Santander nawet rośnie. Niedawno kupił od Irlandczyków nasz BZ WBK.

Problemem Hiszpanii są jednak mniejsze kasy oszczędnościowe. Na razie trwa wielki program łączenia i przebudowy tej branży. Jednak ich kondycja na pewno jest znacznie lepsza od banków irlandzkich, choć też sporo straciły na finansowaniu nieruchomości. Banki portugalskie są uważane za jedno z najpewniejszych ogniw tamtejszej gospodarki, podobnie jak włoskie. Chlubią się tym, że przed kryzysem unikały niebezpiecznych operacji i straciły znacznie mniej pieniędzy w Stanach Zjednoczonych niż ich niemieccy czy brytyjscy rywale.

Ale nie znaczy to, że po Grecji i Irlandii inni zdołają sami sobie poradzić. Z pozostałych trzech PIIGS najgorzej oceniana jest Portugalia, choć tamtejszy rząd z oburzeniem odrzuca porównania, zwłaszcza do Grecji. Co działa na korzyść Portugalii? Nigdy nie kłamała, zawsze publikowała wiarygodne statystyki, jej dług publiczny, choć spory, jest znacznie niższy od greckiego. Co więcej, uniknęła bańki na rynku nieruchomości. Skąd więc w ogóle biorą się wątpliwości dotyczące tego kraju?

W gronie PIIGS

Portugalia od lat nie może się pochwalić solidnym wzrostem gospodarczym, natomiast deficyt budżetowy często przekraczał 3 proc. PKB. Kraj ten uważany jest, nie od dziś zresztą, za najsłabszą i najmniej konkurencyjną gospodarkę strefy euro. Ma bardzo rozdęty sektor publiczny. To m.in. efekt tworzenia miejsc pracy dla Portugalczyków masowo powracających do ojczyzny z Afryki po upadku imperium kolonialnego w latach 70. Co gorsza, rząd z opóźnieniem zareagował na kryzys i dopiero w obliczu groźby bankructwa przyjął większy pakiet oszczędnościowy. Największy problem Portugalii to nie upadek konkretnej branży, tylko ogólna gospodarcza słabość, teraz jeszcze spotęgowana kryzysem.

Kawałek dalej premier José Zapatero robi wszystko, aby nie kojarzyć się z iberyjskim sąsiadem. Pod pewnymi względami Hiszpania jest znacznie bardziej podobna do Irlandii niż Grecji czy Portugalii. Rządy w Madrycie prowadziły bardzo rozsądną politykę budżetową. Hiszpania, jak Irlandia, miała jeszcze niedawno nadwyżkę. W związku z tym jej dług publiczny nie jest zbyt wielki. Z drugiej strony oba kraje łączy też bańka na rynku nieruchomości. W Hiszpanii jeszcze bardziej widoczna z powodu rozmiarów kraju i olbrzymiej infrastruktury turystycznej.

 

Hiszpania, spośród wszystkich krajów dotkniętych kryzysem zadłużeniowym, przeżywa największą tragedię na rynku pracy. Bezrobocie doszło tam do 20 proc. i wcale nie chce spadać. Problemem Hiszpanii stały się bardzo rygorystyczne przepisy chroniące zatrudnionych. Dopiero teraz rząd, mimo oporu silnych związków zawodowych, szybko stara się je zliberalizować. Poza tym Hiszpania, tak samo jak Irlandia, stała się w ostatnich latach miejscem masowej imigracji. O ile jednak większość przybyłych do Irlandii to obywatele innych krajów europejskich (m.in. Polacy wracający teraz do siebie), to do Hiszpanii napłynęło kilka milionów osób z Ameryki Łacińskiej, wcale niekwapiących się, mimo trwającego kryzysu, do kolejnej przeprowadzki.

Na tym tle obecność Włoch w gronie państw ochrzczonych mianem PIIGS może wydawać się nieporozumieniem. Na pewno trzeba traktować je odrębnie. Mają przecież zdrowy system bankowy, stosunkowo niewielki deficyt, nie zanotowały eksplozji bezrobocia, a poza tym północ kraju wciąż należy do najlepiej rozwiniętych regionów świata.

Włochy wymienia się jednym tchem z Hiszpanią czy Portugalią przede wszystkim z powodu ich ogromnego długu publicznego, dochodzącego do 120 proc. PKB. Do niedawna był zdecydowanie najwyższy w Europie, choć teraz w tej niechlubnej klasyfikacji Włochy zostały zdetronizowane przez Grecję. Kłopoty tego kraju bardziej można porównać do problemów Portugalii, pamiętając oczywiście o różnicach w poziomie rozwoju.

Szansa na nowy początek

Włochy od dawna nie miały przyzwoitego wzrostu gospodarczego, praktycznie cała ostatnia dekada to stagnacja. Gdyby nie kryzys zadłużeniowy, nikt na Włochy nie zwróciłby uwagi, bo wszyscy są przyzwyczajeni do ich ogromnego długu skorumpowanego i biednego Południa (ostatni kryzys śmieciowy w Neapolu znowu zrobił w Europie wrażenie) czy nieefektywnej administracji. Ale gdy na rynkach finansowych wybuchła panika, także Włochy znalazły się pod szczególną obserwacją. Tym bardziej że pod jednym względem nie różnią się, niestety, od swoich południowych sąsiadów.

Chodzi o długofalowe perspektywy rozwoju. Obecny kryzys zostanie kiedyś zażegnany, niektórzy może poradzą sobie o własnych siłach, inni przetrwają trudny okres dzięki międzynarodowej pomocy, a Grecja w końcu zapewne będzie musiała zdecydować się na restrukturyzację długu, czyli układ z wierzycielami. Ale co dalej? W najlepszej sytuacji jest z całą pewnością Irlandia. Może już nigdy nie będzie celtyckim tygrysem, ale ma wciąż wiele atutów pozwalających na szybki rozwój. To znakomicie wykształcone społeczeństwo, uniwersalna znajomość języka angielskiego, elastyczny rynek pracy czy niskie podatki dla przedsiębiorstw, tak zaciekle bronione przez rząd w Dublinie.

Sytuacja Portugalii, Grecji, Hiszpanii czy Włoch jest, niestety, inna. Ich najpoważniejszy problem, zupełnie odrębny od eksplozji deficytu i długu publicznego, to coraz mniejsza konkurencyjność w strefie euro. Po przyjęciu wspólnej waluty płace w tych krajach rosły zdecydowanie szybciej niż wydajność pracy. To oznacza, że eksporterom jest coraz trudniej sprzedawać swoje towary za granicą. Kiedyś taki problem południe Europy łatwo rozwiązywało. Co kilka lat dochodziło do dewaluacji miejscowych walut. Teraz to niemożliwe. Trzeba by opuścić strefę euro. Co gorsza, nie bardzo wiadomo, skąd miałby się w Portugalii, Grecji, Hiszpanii i Włoszech wziąć w najbliższych latach trwały wzrost gospodarczy? Nie zapewnią go przecież ani turystyka, ani rolnictwo.

W najgorszej sytuacji są Portugalia i Grecja. Mają słabo rozwinięty przemysł. Hiszpania musi czymś zastąpić dotychczasowy motor wzrostu, czyli rynek nieruchomości. Rząd myśli o energetyce słonecznej, ale to wymaga najpierw olbrzymich nakładów. Tymczasem właśnie ofiarą cięć budżetowych padły inwestycje w tej branży. Patrząc na atmosferę we włoskich zakładach Fiata, trudno się spodziewać, żeby przemysłowa Północ była w stanie wyciągnąć Italię ze stagnacji.

Kryzys zadłużeniowy można oczywiście traktować jako tragedię, zwłaszcza dla zwykłych mieszkańców: podatki rosną, pensje są obcinane, miejsc pracy ubywa, a do tego strajki paraliżują normalne życie. Ale z czysto ekonomicznego punktu widzenia wydarzenia ostatnich miesięcy są tyleż dramatem, co wielką szansą. Kończy się wreszcie ciąg kłamstw greckich polityków; jest ostra, choć oczywiście bolesna, korekta na rynku nieruchomości w Hiszpanii czy Irlandii; zamarł, skutecznie niszczący eksport, wzrost płac w południowej Europie. Kryzys jest szansą na nowy początek – na budowanie zdrowszej gospodarki, na podjęcie strategicznych decyzji (jak wyjście czy pozostanie w strefie euro ze wszelkimi tego konsekwencjami), na zmniejszenie marnotrawstwa publicznych pieniędzy. Nic nie wskazuje na to, że w którymkolwiek z państw z grupy PIIGS ten nowy początek będzie łatwy. Ale tylko on może pozwolić na uniknięcie kolejnego, jeszcze cięższego kryzysu za kilka czy kilkanaście lat.

Okres wzrostu

Dla Polski te dramatyczne wydarzenia są bardzo pouczające. To przestroga dla naszego rządu, że trzeba wreszcie zacząć ograniczać deficyt, nawet jeśli nikt jeszcze nie spekuluje na naszych obligacjach. Udało nam się szczęśliwie uniknąć bańki na rynku nieruchomości, ale ostrożność nadzoru finansowego, zwłaszcza w kwestii kredytów walutowych, jest jak najbardziej uzasadniona.

Najważniejsza sprawa to jednak wzrost gospodarczy. Dziś Grecja, Portugalia czy Hiszpania, nawet mimo swych wielkich długów, byłyby lepiej oceniane, gdyby inwestorzy wierzyli w ich rozwój.

Polska ma na razie przed sobą okres wzrostu napędzanego choćby unijnymi funduszami. Ale co dalej? Już teraz trzeba myśleć, jakie sektory pociągną gospodarkę naszego kraju za 10–20 lat, gdy podstawowa infrastruktura budowlana będzie w zasadzie gotowa. I wreszcie jest fundamentalna kwestia wejścia do strefy euro. Obecny kryzys powinien nas uczulić na problem zbyt szybkiego wzrostu płac i zbyt łatwego dostępu do kredytów, gdy w przyszłości będą u nas obowiązywały niższe stopy procentowe eurolandu. Chorobą PIIGS może zarazić się każdy, jeśli przestanie dbać o zdrowie swojej gospodarki.

 

 

„Gospodarka – głupcze!” – ten slogan prezydenta Clintona zrobił zawrotną karierę. Kryzys gospodarczy ujawnił, że głupcami byli nawet wybitni eksperci. A co dopiero mówić o nas, zwykłych obywatelach, którzy gospodarki rynkowej uczyli się nie w szkołach, ale w życiu. Dlatego POLITYKA postanowiła bardziej systematycznie pomagać czytelnikom w zrozumieniu zachodzących w świecie gospodarczych zmian i zjawisk. To się naprawdę może przydać. Oddajemy państwu do rąk pierwszy numer cyklicznego „Edukatora Ekonomicznego”, powstałego przy współpracy z NBP.

Polityka 51.2010 (2787) z dnia 18.12.2010; _PUSTY_; s. 68
Oryginalny tytuł tekstu: "Świńska grypa II"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Prof. Ewa Łętowska o sztuce godzenia się z nieuniknionym i przemijaniu

Prof. Ewa Łętowska o przemijaniu i przygotowaniach do śmierci. I o tym, co nas jeszcze w Polsce może czekać.

Violetta Krasnowska
01.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną