Edukator Ekonomiczny

EDUKATOR EKONOMICZNY. Frank va bank

Skąd ta siła franka

Szwajcarska waluta jest najpewniejsza na świecie, ale franków i helweckich obligacji jest po prostu za mało, by zaspokoić potrzeby depozytowe państw. Szwajcarska waluta jest najpewniejsza na świecie, ale franków i helweckich obligacji jest po prostu za mało, by zaspokoić potrzeby depozytowe państw. Marek Sobczak / Polityka
Dla jednych bezpieczna przystań, dla innych rosnący kredyt. Frank zdrożał tak bardzo, że Szwajcaria rozważa wprowadzenie sztywnego kursu wymiany na euro. Skąd szwajcarska waluta czerpie swoją siłę i dlaczego nie tanieje?
Polityka

***

Sprawdź swą wiedzę z ekonomii - zapraszamy do rozwiązania naszego quizu. W tej edycji pytamy m.in. o to czym są tajemnicze rynki finansowe oraz sprawdzamy wiedzę o franku szwajcarskim >> 

***

W tym roku Szwajcarzy masowo spędzają wakacje za granicą. Powód? Jeszcze nigdy nie było tak tanio. W ciągu minionego roku frank szwajcarski umocnił się o 15 proc. względem euro i 30 proc. do dolara, więc wycieczki opłacane w obu walutach zrobiły się o tyle samo tańsze. Biura turystyczne zasypały Szwajcarów ofertami, a ci tłumnie wyjeżdżają nad Morze Śródziemne, zwłaszcza do Grecji. W Alpach wypoczywają głównie szwajcarscy politycy, demonstrując w ten sposób poparcie dla rodzimych hotelarzy. Minister gospodarki Johann Schneider-Ammann w ogóle zrezygnował z urlopu – chce być na posterunku, gdyby twardy frank wpędził Szwajcarię w kryzys. A to jest coraz bardziej ­prawdopodobne.

Sama Szwajcaria jest zdrowa jak żaden kraj Europy: jej PKB urośnie w tym roku o 1,9 proc., bezrobocie wynosi 2,8 proc., inflacja zaledwie 0,6 proc. Waluta kwitnącej gospodarki ma prawo przybierać na wartości, ale nie o kilkanaście procent w ciągu roku. Powody skokowej aprecjacji leżą poza Szwajcarią: frank szybuje do góry, w miarę jak zaostrza się kryzys wypłacalności w Europie i Ameryce. Gdy w połowie lipca unijni politycy kłócili się o drugi pakiet pomocowy dla Grecji, za euro płacono już poniżej 1,2 franka. Z kolei gdy na początku sierpnia agencja ratingowa Standard &Poor’s obniżyła wiarygodność kredytową Stanów Zjednoczonych, kurs dolara zjechał do 0,7 franka.

Jeszcze rok temu jeden dolar był wart ponad jednego franka, dziś nawet euro zmierza do parytetu ze szwajcarską walutą. Frank jest już przewartościowany o ponad 40 proc., ale (mimo ostatnich spadków) może znów zacząć drożeć, bo kupujących jest więcej niż sprzedających. Jak mówią ekonomiści, kryzys w eurolandzie wywiera presję aprecjacyjną na franka: końca kłopotów Grecji nie widać, a strach przed bankructwem Włoch i Hiszpanii sprawia, że inwestorzy wycofują kapitał z aktywów denominowanych w euro i szukają bezpiecznych przystani. – A frank jest najbezpieczniejszą z walut – mówi Sébastien Galy, starszy strateg handlu dewizowego w banku Société Générale w Londynie.

Frank wiecznie żywy

Jeden frank dzieli się na sto rappów albo centymów, w zależności od tego, w którym kantonie zapytamy. Napisy na monetach są tylko po łacinie, za to na pieniądzu papierowym znajdziemy już inskrypcje w czterech językach urzędowych: francuskim, niemieckim, włoskim i retoromańskim. Banknotami z Le Corbusierem i Giacomettim zapłacimy również w Księstwie Liechtensteinu oraz we włoskiej eksklawie Campione d’Italia i niemieckiej Büsingen am Hochrhein. Ponad połowę całej szwajcarskiej gotówki stanowią banknoty z Burckhardtem o najwyższym, tysiącfrankowym nominale. Mało przydatne na zakupach są używane do lokowania kapitału – to najwięcej warte banknoty na świecie.

By zrozumieć fenomen franka, wystarczy wziąć do ręki monetę 10-rappową, wartą w przeliczeniu ok. 35 gr. Od 1879 r. jest bita według tego samego wzoru, więc numizmatem z XIX w. można dziś zapłacić w dowolnym szwajcarskim sklepie. To ewenement w skali świata: większość współczesnych walut jest młodsza od franka, a żadna inna moneta sprzed 130 lat nie pozostaje do dziś legalnym środkiem płatniczym. Szwajcarzy nie zmienili wzoru, bo nie było takiej potrzeby: w przeciwieństwie do lira, marki czy złotego frank nigdy nie wymagał reformy walutowej. Dewaluację przeszedł tylko raz, po Wielkim Kryzysie w 1936 r. Kolejny ewenement: 95 proc. szwajcarskiej gotówki ma pokrycie w złocie ze skarbców banku centralnego.

Silny frank to owoc długotrwałej stabilności kraju – mówi prof. Jan-Egbert Sturm, dyrektor Szwajcarskiego Instytutu Ekonomicznego w Zurychu. Szwajcaria miała szczęście: przez 160 lat istnienia nie doświadczyła niepokojów wewnętrznych, nigdy nie została też najechana. Ceną neutralności podczas II wojny światowej była obsługa trzech czwartych transakcji sprzedaży złota przez Trzecią Rzeszę, w tym kruszcu zrabowanego ofiarom Holocaustu i krajom podbitym. Gdy w czasie wojny niemal wszystkie państwa wstrzymały obrót walutowy, by uchronić swe gospodarki przed odpływem dewiz, Szwajcaria utrzymała wymienialność franka, co ugruntowało jego renomę jako bezpiecznej przystani dla kapitału.

Po wojnie frank nie drożał, bowiem handlem dewizowym rządził system z Bretton Woods, w którym każda waluta była wymienialna po stałym kursie na dolara. Dopiero po uwolnieniu kursów w 1973 r. niedowartościowany frank poszybował w górę. Narodowy Bank Szwajcarski (SNB) odzyskał suwerenność w polityce pieniężnej, ale pilnowanie waluty, targanej falami globalnego kapitału, okazało się sporym wyzwaniem. Mimo to SNB przez 30 lat nie drukował nadmiernych ilości pieniędzy i konsekwentnie zwalczał inflację, utrzymując jednocześnie możliwie najniższe stopy procentowe. – To wzorcowa polityka pieniężna sprawiła, że frank nie tracił siły nabywczej – wyjaśnia Boris Zürcher, ekonomista z think tanku Avvenir Suisse w Genewie.

W sensie ilościowym frank nie odgrywa znaczącej roli na rynkach finansowych. Formalnie jest piątą walutą rezerwową świata, ale franki stanowią zaledwie 0,1 proc. dewiz w bilansach banków centralnych.

Hedge albo haven

Szwajcarska waluta jest najpewniejsza na świecie, ale franków i helweckich obligacji jest po prostu za mało, by zaspokoić potrzeby depozytowe państw. – Szwajcaria musiałaby emitować więcej długu – mówi Galy. Kupcy z pewnością by się znaleźli, ale rząd w Bernie jest oszczędny i rozsądny jak żaden w Europie: dług publiczny wynosi zaledwie 38 proc. PKB i spada, bo zamiast deficytu budżetowego Szwajcaria będzie mieć w tym roku nadwyżkę.

Na tzw. foreksie, czyli międzynarodowym rynku walutowym, handel frankiem generuje zaledwie 6,4 proc. dziennych obrotów. I tu powodem jest podaż: w obiegu gotówkowym i bezgotówkowym jest łącznie 684 mld franków, wartych w przeliczeniu 853 mld dol. Łączna wartość pieniędzy jest prawie trzykrotnie większa niż PKB Szwajcarii, ale frankowi i tak daleko do czołowych walut: wyemitowane dotąd euro warte jest 12 bln 267 mld dol., dalej są wszystkie jeny świata (10 bln 276 mld dol.), a samych dolarów jest 9 bln 111 mld. Z drugiej strony franków jest bardzo dużo jak na rozmiar kraju. Na przykład Polska ma dwukrotnie większą gospodarkę od szwajcarskiej, ale wyemitowała trzy razy mniej pieniędzy niż Helwecja: wartość złotych w obiegu wynosi tylko 284 mld dol.

Znaczenie franka wynika nie z ilości, tylko z jakości. W czasach prosperity gracze finansowi używają franka do hedgingu, czyli równoważenia bardziej ryzykownych inwestycji. Z kolei w czasach kryzysowych, jak dzisiaj, traktują go jako safe haven, bezpieczną przystań, gdzie można zaparkować kapitał. Ta druga funkcja czyni franka barometrem nastrojów rynkowych: drożeje, gdy inwestorzy boją się kłopotów, tanieje, gdy są gotowi ryzykować. Jest wreszcie trzecie, najnowsze zastosowanie: jako towar eksportowy. Odkąd rząd w Bernie zniósł wszelkie ograniczenia w obrocie kapitałem, europejskie banki zaczęły pożyczać duże ilości franków na niski, szwajcarski procent, a następnie udzielać z nich kredytów hipotecznych na nowych rynkach w Europie Środkowej.

Silniejszy niż bank

Dla Szwajcarów mocny frank jest nie mniejszym utrapieniem niż dla Polaków czy Węgrów. W latach 70. filarem gospodarki był eksport usług finansowych z osławioną szwajcarską tajemnicą bankową, ale dziś równie ważny jest eksport towarów, głównie lekarstw, żywności i zegarków, a mocna waluta obniża ich konkurencyjność. Od uwolnienia kursu franka Szwajcaria przeżyła już dwie fale aprecjacyjne – w latach 1978 i 1995 – ale żadna nie była tak długa i silna jak obecna. Przez dwa lata firmy dyskontowały mocnego franka, podnosząc wydajność, ale bilanse przestają się już domykać: zyski przeliczane z euro i dolarów są coraz niższe, zaś koszty liczone we frankach coraz wyższe. Gospodarka hamuje, a banki i eksporterzy zapowiedzieli pierwsze zwolnienia.

Szwajcarski bank centralny interweniuje na rynku walutowym, ale nawet on nie jest w stanie okiełznać drożejącej waluty. SNB próbował zbić kurs franka już w 2009 r., skupując z rynku duże ilości euro. Interwencja nie tylko nic nie dała, ale okazała się przedwczesna: kryzys w eurolandzie, który wybuchł dopiero w ubiegłym roku, wywołał znacznie większą presję aprecjacyjną na franka niż ten wcześniejszy w Ameryce w następstwie upadku banku Lehman Brothers. Szwajcarska waluta nie przestała drożeć, na domiar złego bank centralny został z górą taniejącego euro (patrz wykres) – tylko w ubiegłym roku SNB stracił na tej lokacie 21 mld franków. Sierpniowe zakupy euro też pewnie tylko na chwilę zatrzymały aprecjację.

Bank nie ma wielkiego pola manewru – przyznaje Sturm. Może pozwolić frankowi dalej drożeć albo czasowo ustalić sztywny kurs do euro, co w Bernie jest już brane pod uwagę. Pierwsze niesie ryzyko recesji, drugie grozi inflacją, gdyż SNB będzie zmuszony pompować na rynek miliardy franków, by obronić kurs, a to powiększy ilość pieniędzy w obiegu. Szwajcaria nie zamierza jednak bynajmniej wstępować do strefy euro. To jej zawdzięcza swoje dzisiejsze kłopoty, poza tym już raz była w związku walutowym – pod koniec XIX w. wraz z Francją, Włochami i Belgią utworzyła Łacińską Unię Monetarną. Co ciekawe, tamta strefa rozpadła się kilkanaście lat po tym, jak przystąpiła do niej Grecja.

„Gospodarka – głupcze!” – ten slogan prezydenta Clintona zrobił zawrotną karierę. Kryzys gospodarczy ujawnił, że głupcami bywali nawet wybitni eksperci. Tym większe kłopoty możemy mieć my, zwykli obywatele, którzyśmy gospodarki rynkowej uczyli się nie w szkołach, ale w życiu. Dlatego POLITYKA postanowiła bardziej systematycznie pomagać ­czytelnikom w zrozumieniu zachodzących w świecie gospodarczych zmian i zjawisk. To się naprawdę może przydać. ­Oddajemy państwu do rąk kolejny numer cyklicznego „Edukatora Ekonomicznego”, powstałego przy współpracy z NBP.

Polityka 35.2011 (2822) z dnia 24.08.2011; Rynek; s. 34
Oryginalny tytuł tekstu: "EDUKATOR EKONOMICZNY. Frank va bank"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Fotoreportaże

Urok małych liczb. Najlepsze polskie apartamentowce

Zamiast balkonów na długość stopy i niedoświetlonych parapetów są szerokie tarasy i wielkie okna, zamiast anonimowości – przestrzenie, które sprzyjają spotkaniom z sąsiadami. Najlepsze polskie apartamentowce mają mało mieszkań, wyjątkową architekturę i położenie. Niestety, kameralne wciąż znaczy rzadkie i ekskluzywne.

Marta Polny
28.09.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną