Edukator Ekonomiczny

EDUKATOR EKONOMICZNY. Polaku, do konta!

Skąd się bierze gotówka

Bankowcy zastanawiają się, jak przekonać Polaków do częstszego korzystania z płatności bezgotówkowych, zwłaszcza przy użyciu kart płatniczych. Bankowcy zastanawiają się, jak przekonać Polaków do częstszego korzystania z płatności bezgotówkowych, zwłaszcza przy użyciu kart płatniczych. Krzysztof Pacula / Forum
Pieniądze szczęścia nie dają, tylko gotówka – mawiał niegdyś pewien polski przedsiębiorca. Dziś bankowcy przekonują, że jest na odwrót, i namawiają do korzystania z rozliczeń bezgotówkowych. Szelest banknotów ma jednak dla wielu urok nie do odparcia.
Rolą NBP jako banku emisyjnego jest czuwanie, by monet i banknotów nie zabrakło.Marek Sobczak/Polityka Rolą NBP jako banku emisyjnego jest czuwanie, by monet i banknotów nie zabrakło.

Artykuł w wersji audio

***

Sprawdź swą wiedzę z ekonomii - zapraszamy do rozwiązania naszego quizu. W tej edycji pytamy m.in. o to czym są tajemnicze rynki finansowe oraz sprawdzamy wiedzę o franku szwajcarskim >> 

***

Każdego dnia wielkość gotówki w obiegu jest nieco inna. Zawsze musimy znać ją co do grosza. Wczoraj w obiegu było 106 455 518 895 zł i 75 gr. W sumie 12 708 001 033 sztuk znaków pieniężnych: banknotów i monet – wyjaśnia Barbara Łabędź, naczelnik wydziału emisji w departamencie emisyjno-skarbcowym Narodowego Banku Polskiego.

Rozmawiamy w środku lata. Wakacje to okres, kiedy zapotrzebowanie na gotówkę rośnie. Spadnie jesienią, kiedy Polacy wrócą z urlopów i zaczną żyć oszczędniej. Tak będzie do momentu, gdy poczują nadchodzące święta Bożego Narodzenia. Wtedy popyt na gotówkę wejdzie w swe coroczne apogeum.

Rolą NBP jako banku emisyjnego jest czuwanie, by monet i banknotów nie zabrakło. Banki komercyjne składają zamówienia, ile ze swych pieniędzy chcą odebrać w gotówce i w jakich nominałach. Potem pilnie strzeżone bankowozy dowożą cenne ładunki z oddziałowych skarbców NBP. Podobne transporty powracają, kiedy banki dochodzą do wniosku, że mają zbyt wiele gotówki. Obieg złotego zaczyna się za bramą oddziału NBP, a kończy, gdy pieniądze trafiają tam z powrotem.

Kosztowne banknoty

Banknoty na zamówienie NBP produkuje Polska Wytwórnia Papierów Wartościowych, monety Mennica Polska. Jedne i drugie dzielą się na znaki pieniężne powszechnego obiegu i kolekcjonerskie. Te ostatnie, wytwarzane w krótkich seriach, sprzedawane są przez placówki NBP i trafiają do kolekcji miłośników numizmatyki. Choć monet w obiegu jest dużo więcej, to z banknotami problemy są poważniejsze. Zwłaszcza z tymi o niskich nominałach. Wykorzystywane intensywnie i bez szczególnego szacunku, szybko ulegają technicznemu zużyciu, czyli mówiąc fachowo stają się destruktami. Trzeba je zastępować nowymi. Dziesięcio- i dwudziestozłotówki już po niecałym roku, pięćdziesiątki średnio po dwóch latach; życie setki trwa 9 lat. Dwusetek w obiegu jest wyjątkowo mało (banki ich nie zamawiają), więc jeszcze nie zużyły się te z pierwszych serii. Wszystkie banknoty powracające z obiegu trafiają do sortowni NBP, gdzie przechodzą przez specjalną maszynę, która liczy je i ocenia ich stan. Wyławiane są też falsyfikaty – takie zdarzają się średnio 14 razy na milion. Banknoty autentyczne i nadające się do użycia wracają do naszych portfeli. Destrukty są niszczone, fałszerstwami zajmuje się policja.

Banknotów i monet z roku na rok przybywa, choć – paradoksalnie – ich udział w obiegu pieniądza systematycznie maleje. Dziś udział obrotu gotówkowego wynosi ok. 10 proc. Ten przyrost liczby znaków pieniężnych jest wynikiem z jednej strony inflacji, z drugiej zaś szybkiego wzrostu polskiej gospodarki. Dlatego NBP musi systematycznie zamawiać kolejne partie, by zapewnić odpowiednią ilość i jakość pieniędzy w obiegu.

Zapasy przechowuje się w skarbcach: na naturalną wymianę, ale i na sytuacje nadzwyczajne, bo zapotrzebowanie może niespodziewanie wzrosnąć. Tak jak pod koniec 2008 r., kiedy po wybuchu światowego kryzysu finansowego Polacy masowo wycofywali pieniądze z lokat bankowych i funduszy inwestycyjnych.

– W 2010 r. wydatki NBP związane z zakupem nowych banknotów i monet powszechnego obiegu wyniosły 180 mln zł – wyjaśnia Jerzy Hylewski, wicedyrektor departamentu emisyjno-skarbcowego NBP.

Te wydatki stanowią tylko drobną część kosztów, jakich przysparza obrót gotówkowy. Dochodzi transport, magazynowanie, ochrona, sortowanie. Dalej – sejfy, skarbce, kasy, kasjerzy – taką listę można ciągnąć jeszcze długo. Te koszty ponoszą NBP (w 2010 r. łącznie 400 mln zł), banki komercyjne, instytucje publiczne oraz wszystkie firmy, posługujące się gotówką. Koniec końców wszyscy za to płacimy. Sam ZUS ocenia, że koszty przekazów gotówkowych wynoszą ok. 300 mln zł rocznie, bo tylko 54 proc. uprawnionych do świadczeń emerytalnych korzysta z kont bankowych (w tym przypadku koszt obsługi bezgotówkowej wynosi ok. 30 mln zł, widać więc, że jest o niebo tańsza).

W innych krajach oczywiście jest podobnie. Nie tak dawno dokładniejsze badania zrobił centralny bank Węgier, licząc koszty funkcjonowania swojego systemu płatniczego. Doliczył się równowartości 1,49 proc. PKB, z czego na obrót gotówkowy przypada 1,04 proc.

Kochane pieniądze

Dlatego bankowcy starają się promować obrót bezgotówkowy. Jego podstawą jest posiadanie konta bankowego. Ono daje dostęp do wszystkich instrumentów płatniczych, tradycyjnych i elektronicznych: przelewów, poleceń zapłaty, kart płatniczych, bankowości internetowej czy płatności mobilnych (za pomocą telefonu komórkowego).

– Niestety, wciąż jeszcze 22–25 proc. dorosłych Polaków nie ma konta bankowego. Jesteśmy pod tym względem na jednym z ostatnich miejsc wśród krajów Unii Europejskiej – ubolewa Adam Tochmański, dyrektor departamentu systemu płatniczego NBP, a jednocześnie przewodniczący Koalicji na rzecz Obrotu Bezgotówkowego i Mikropłatności. Konsekwencją tego naszego niskiego „ubankowienia” jest wciąż stosunkowo małe wykorzystywanie instrumentów obrotu bezgotówkowego. W niemal wszystkich statystykach Polskę znajdujemy w dolnej części tabeli. Winę za to można zrzucić na dystans dzielący nas od najbardziej zaawansowanych krajów Europy Zachodniej. Ale przecież w czołówce krajów UE odnajdujemy np. Estonię, kraj z naszego regionu. Okazuje się, że duża część przyczyn ma charakter subiektywny i tkwi w naszej psychice.

 

Prof. Dominika Maison prowadziła niedawno badanie, próbując zdiagnozować przyczyny kłopotów z rozwojem nowoczesnych form płatności. Okazało się, że jedną z poważnych barier jest „pozytywne, silne, emocjonalne nastawienie do gotówki”. Autorka nazywa to „kultem gotówki”. Wiele osób po prostu czerpie satysfakcję z fizycznego kontaktu z pieniądzem. Zapisy na koncie i wirtualne pieniądze takiej przyjemności nie dają. W wielu rodzinach praktykowany jest rytuał bieżącego zarządzania budżetem. Polega na gromadzeniu zarobionej gotówki i rozdzielaniu banknotów do kopert: na mieszkanie, jedzenie, ubranie, spłatę pożyczek itd.

Dlatego wiele opinii, że nie mam konta, bo banki są nieuczciwe, nie wiadomo, co zrobią z moimi pieniędzmi, a trzymając je w portfelu albo bieliźniarce mam je pod kontrolą, jest często tylko próbą zracjonalizowania uczucia do gotówki. Dotyczy to zwłaszcza osób starszych, słabo wyedukowanych, o niskim poziomie zamożności. Choć nie tylko. Kilka lat temu premier Jarosław Kaczyński wzbudził zdumienie stwierdzeniem, że nie ma konta, bo to najlepsza ochrona przed... korupcyjną prowokacją. Do tego dochodzą różnego rodzaju przeszkody mniej lub bardziej obiektywne – poziom edukacji ekonomicznej, ograniczenia w dostępie do placówek bankowych, lęki o charakterze technologicznym (kłopoty z obsługą karty płatniczej, bankomatu, Internetu) itd.

Interchange czy surcharge?

Symbolem obrotu bezgotówkowego stał się dziś pieniądz plastikowy, czyli wszelkiego rodzaju karty płatnicze – debetowe, kredytowe, obciążeniowe, elektroniczne portmonetki itd. W sumie mamy 32 mln aktywnych kart. Nie jest to wiele i daje nam przedostatnie miejsce w UE, licząc na osobę. Za pomocą kart w ubiegłym roku dokonaliśmy transakcji o wartości 93,4 mld zł. Wartość średniej transakcji to 105 zł.

Bankowcy zastanawiają się, jak przekonać Polaków do częstszego korzystania z płatności bezgotówkowych, zwłaszcza przy użyciu kart płatniczych. Tymczasem handlowcy i usługodawcy, którzy przyjmują zapłatę pieniądzem plastikowym (czyli mówiąc fachowo akceptanci), podpowiadają: obniżcie swoje prowizje!

Od dawna na linii banki–akceptanci rośnie napięcie. Powodem jest opłata interchange pobierana od każdej transakcji realizowanej za pomocą karty płatniczej. Wynosi ona 1,5 do 1,7 proc. wartości transakcji. Płaci ją akceptant, czyli sklep, restauracja, hotel, stacja benzynowa. Na tym zresztą jego koszty się nie kończą, bo musi jeszcze doliczyć dzierżawę terminalu czy opłatę za łączność systemu.

Mamy najwyższe opłaty interchange w Europie. Co roku handel z tego tytułu płaci 2 mld zł – przekonuje Maria Andrzej Faliński, dyrektor generalny Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji (POHiD). I wylicza: – W Czechach jest 1 proc., w Bułgarii 0,4 proc., w Belgii 0,55 proc.

Opłata interchange służy finansowaniu systemu bezgotówkowego i jest pobierana przez agenta rozliczeniowego (np. Polcard, eService). Część pieniędzy trafia do jego kasy i organizacji płatniczych (np. Visa, MasterCard), jednak większość dostaje bank – wystawca karty. POHiD już od dziesięciu lat walczy z bankami o obniżenie opłat. Złożył w tej sprawie skargę do UOKiK, który stwierdził, że banki, ustalając jednolity poziom opłat, dopuściły się działań ograniczających konkurencję i ukarał je. Banki odwołały się do sądu, a ten do dziś nie był w stanie wydać wiążącego rozstrzygnięcia. Dlatego POHiD domaga się teraz, by klienci – posiadacze kart płatniczych – przejęli na siebie koszty korzystania z nich, płacąc dodatkową opłatę zwaną surcharge. Dziś bowiem koszty funkcjonowania pieniądza plastikowego ponoszą także użytkownicy gotówki.

– Prawo tego nie zakazuje. Zabraniają natomiast w umowach organizacje kartowe – wyjaśnia Nikodem Szadkowski, zastępca dyrektora departamentu analiz rynku UOKiK.

Dlatego bój przeniósł się do parlamentu, gdzie trwają prace nad ustawą o usługach płatniczych. Handlowcy chcą wprowadzenia do niej prawa do surcharge, bankowcy zaś przeciwnie – do ustawowego przypisania obowiązku płacenia ineterchange wszystkim akceptantom. Twierdzą, że opłata jest kosztem funkcjonowania systemu, z którego handlowcy i usługodawcy czerpią korzyści.

– Odzyskiwanie kosztów systemu kartowego za pomocą opłaty interchange bez możliwości odzwierciedlenia tego w cenie jest nieprzejrzyste i nieefektywne. Korzystają na tym nie konsumenci, ale banki – przekonuje dyr. Szadkowski. „W Polsce decyzje w sprawie stawek interchange podejmuje Komitet Decyzyjny organizacji Visa Polska, w którym większość głosów mają przedstawiciele polskich banków. (...) Można zakładać, że im więcej będzie terminali i Polacy będą częściej z nich korzystali płacąc kartami, to tym większa szansa, że opłaty będą spadały” – czytamy w wyjaśnieniu nadesłanym przez Visa Polska.

Wysokość opłaty interchange jest jedną z barier rozwoju płatności bezgotówkowych – przyznaje dyr. Tochmański. – Jednak pomysł przerzucenia tej opłaty na klientów, jak proponują handlowcy, miałby bardzo negatywny wpływ na rozwój obrotu bezgotówkowego. Tymczasem dziś w wielu sklepach klienci słyszą inną propozycję: jeśli zapłata będzie w gotówce, udzielimy rabatu. Okazuje się, że i dla handlowców szelest banknotów ma czasem zniewalający urok. Choć kłopotów z nimi o wiele więcej.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Jak Jarosław Kaczyński zbudował sobie sektę?

Dlaczego tak wiele osób tak bardzo wierzy w talenty, umiejętności, wiedzę, siłę moralną i osobiste przymioty, słowem – w nadzwyczajność Jarosława Kaczyńskiego?

Ewa Wilk
05.04.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną