2014: co nas czeka
W przyszłym roku nie spodziewajmy się w gospodarce radykalnego przełomu. Pod względnie optymistycznymi prognozami kryją się różne niebezpieczeństwa.
Ożywienie w strefie euro, a zwłaszcza w Niemczech, jest ciągle jeszcze wątłe i niepewne, ale wygląda na to, że najgorsze za nami.
Marek Sobczak/Polityka

Ożywienie w strefie euro, a zwłaszcza w Niemczech, jest ciągle jeszcze wątłe i niepewne, ale wygląda na to, że najgorsze za nami.

Uniknięcie recesji nie oznacza, że w polskiej gospodarce wszystko jest w porządku. Trudne warunki w 2013 r. odbiły się na stanie finansów publicznych.
Rys. Marek Sobczak/Polityka

Uniknięcie recesji nie oznacza, że w polskiej gospodarce wszystko jest w porządku. Trudne warunki w 2013 r. odbiły się na stanie finansów publicznych.

Wiedza jest dzisiaj równie cenna jak pieniądze. Wzięcie kredytu, założenie lokaty, inwestycja w akcje mogą okazać się sukcesem albo porażką zależnie od tego, czy będziemy rozumieli mechanizmy rządzące światem ekonomii. Na naszą sytuację duży wpływ mają i decyzje podejmowane przez polskich polityków, i wydarzenia na drugim końcu świata. Kolejny Edukator Ekonomiczny przygotowany we współpracy z Narodowym Bankiem Polskim pomoże zrozumieć mechanizmy światowej gospodarki i ułatwi poruszanie się w skomplikowanym świecie nowoczesnej bankowości.

***

Wszyscy obawialiśmy się roku, który mija. Ułożył się on jednak dość pomyślnie – polska gospodarka nie wpadła w recesję, bezrobocie gwałtownie nie wzrosło, kurs złotego nie oszalał. Rok 2013 na pewno nie był łatwy, ale też nie okazał się rokiem katastrofy.

Jak miało być, jak jest

A przecież etatowi czarnowidze światowej ekonomii, na czele z Nourielem Roubinim, twierdzili, że w 2013 r. może czekać nas gigantyczny szok w globalnej gospodarce. Do recesji w strefie euro miał dojść fiskalny klif, z którego mogła spaść w recesję gospodarka amerykańska. To, wraz z gwałtownym spowolnieniem rozwoju w Chinach, miało doprowadzić do katastrofalnych zawirowań: połączenia recesji w świecie zachodnim z kryzysem finansowym w krajach rozwijających się. Polska, jako kraj znajdujący się ciągle jeszcze gdzieś pomiędzy obu tymi grupami, powinna odczuć to w sposób szczególnie bolesny. Mogliśmy mieć naraz i recesję, i ucieczkę kapitału wiodącą do kryzysu finansowego.

Nie koniec na tym. Na bardzo złe uwarunkowania zewnętrzne nakładały się kiepskie perspektywy na rynku krajowym. Mimo ostrych słów potępienia, jakie część ekonomistów miotała na głowę Jacka Rostowskiego za rozrzutność i nadmierny deficyt, w rzeczywistości przeprowadził on w latach 2011–12 program redukcji deficytu finansów państwa, ograniczając go z 8 do 4 proc. PKB (inna sprawa, czy w latach 2009–10 nie pozwolił na zbyt duży wzrost deficytu, a działań oszczędnościowych nie podjął zbyt późno). Konsekwencją tego stało się obniżenie spożycia zbiorowego oraz inwestycji publicznych. To drugie zjawisko połączyło się z obserwowanym od połowy 2012 r. (po zakończeniu Euro 2012) ograniczeniem projektów infrastrukturalnych, w tym tych współ­finansowanych z budżetu Unii. Jeśli dodać do tego pogarszające się nastroje wśród polskich przedsiębiorców, a także spadającą wraz z rosnącym bezrobociem skłonność do zakupów konsumenckich, sytuacja rzeczywiście nie wyglądała wesoło.

Przed rokiem, z niemałą dozą brawury, pisałem, że mimo wszystkich tych niekorzystnych zjawisk Polska zapewne uniknie recesji, a od połowy roku sytuacja gospodarcza powinna zacząć się poprawiać. Na szczęście rozwój wydarzeń potoczył się według tego optymistycznego scenariusza. Recesja w strefie euro, a w szczególności osłabienie gospodarcze w Niemczech, rzeczywiście zakończyła się już w pierwszej połowie roku, ustępując miejsca słabiutkiemu, ale jednak ożywieniu. To szybko przełożyło się na widoczny przyrost polskiego eksportu, pociągając za sobą wzrost produkcji przemysłowej i wyhamowanie bezrobocia. Utrzymujący się przez kilka kwartałów spadek krajowego popytu inwestycyjnego oraz spowolnienie popytu konsumpcyjnego przyniosły spadek importu. W efekcie produkcja w Polsce cały czas rosła, choć odnotowane w pierwszej połowie roku tempo wzrostu PKB rzędu 0,5–0,8 proc. można uznać za symboliczne. Ale przecież dodatnie. To oznacza że recesji nie było. W trzecim kwartale wzrost przyspieszył już do niemal 2 proc., a w czwartym można oczekiwać 3 proc.

Jednocześnie nie zrealizowały się czarne przewidywania dotyczące polskich finansów, którymi straszyli nas krajowi czarnowidze. Nie nastąpiła żadna paniczna ucieczka kapitału, kurs złotego w ciągu całego roku pozostawał bardzo stabilny. Sektor bankowy bez problemów osiągał swoje zyski, powoli zwiększając akcję kredytową. A rząd, choć w ciągu roku musiał znowelizować budżet i zebrał za to straszliwe cięgi od polityków oraz mediów, nadal może się pochwalić pełnym zaufaniem globalnych rynków. Miarą tego zaufania jest zarówno utrzymanie ratingu „A” dla polskich obligacji (poza Polską taki rating mają w regionie tylko Czechy, Słowacja, Estonia), jak i umiarkowane oprocentowanie, które akceptują kupujący je inwestorzy. Słowem, sterczącą groźnie rafę udało się szczęśliwie ominąć.

Żarty z zielonej wyspy

Uniknięcie recesji nie oznacza, że w polskiej gospodarce wszystko jest w porządku. Trudne warunki w 2013 r. odbiły się na stanie finansów publicznych. Ich ofiarą nie padła nawet równowaga budżetowa – wzrost deficytu z początkowo zakładanego przez rząd poziomu 3,5 proc. do prognozowanego 4,8 proc. PKB nie wygląda przerażająco, a na pewno nie grozi żadnym załamaniem. Nowelizacja budżetu nie wywołała też reakcji ze strony rynków finansowych – ani złoty, ani stopy procentowe praktycznie na nią nie zareagowały, a opinie na temat „katastrofy finansowej” można było usłyszeć raczej z ust opozycyjnych polityków niż profesjonalnych analityków oceniających stan polskiej gospodarki.

Nie da się jednak ukryć, że ofiarą spowolnienia gospodarczego padł wizerunek polityki finansowej, stabilnej i utrzymującej pełną kontrolę nad sytuacją, który od kilku lat mozolnie tworzył minister Rostowski. Wizja „zielonej wyspy”, z której dziś raczej się w Polsce szydzi, niż ją akceptuje (zresztą nie do końca słusznie), musiała ustąpić miejsca upokarzającemu dla rządu spektaklowi nowelizacji budżetu i zawieszenia procedur związanych z przekroczeniem progów ostrożnościowych relacji długu publicznego do PKB. Okazało się bowiem, że już przy obecnym poziomie tej relacji – niecałe 55 proc. według metodyki polskiej, 57 proc. według metodyki unijnej – nie można było zgodnie z prawem przyjąć postulowanego przez rząd zwiększenia deficytu budżetowego o 16 mld zł.

Na zawieszenie procedur ostrożnościowych nałożyła się wyjątkowo nieprzyjemna dyskusja, dotycząca proponowanych przez rząd zmian w systemie emerytalnym. Ich konsekwencją ma być spadek relacji długu publicznego (według metodologii krajowej) do 47 proc. PKB, pewne zmniejszenie deficytu budżetowego, a nawet pojawienie się jednorazowej nadwyżki budżetowej w 2014 r. Jak jednak twierdzą krytycy zmian, owa poprawa sytuacji finansów publicznych będzie mieć jedynie czasowy charakter, bowiem okupiona zostanie jednoczesnym wzrostem ukrytych zobowiązań wobec emerytów. Rząd postawił na swoim – i jeśli nie zakwestionuje tego Trybunał Konstytucyjny – zmiany wprowadzi. Ale ceną ostrego sporu stało się raczej pogorszenie niż poprawa postrzegania polskiej polityki gospodarczej. Oraz głowa Jacka Rostowskiego, który stracił gdzieś swój wizerunek sprawnego ministra finansów, w pełni kontrolującego sytuację i cieszącego się zaufaniem tak premiera, jak uczestników rynku.

 

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną