Edukator Ekonomiczny

Dużo, czyli mało

Lekcje przedsiębiorczości w szkołach

Z badań wynika, że 80 proc. młodych Polaków wiedzę ekonomiczną czerpie od rodziców. Z badań wynika, że 80 proc. młodych Polaków wiedzę ekonomiczną czerpie od rodziców. Marek Sobczak / Polityka
Czego i jak uczą się dzieci na lekcjach ekonomii?
materiały prasowe

Artykuł w wersji audio

Polska jako jedyny kraj w Unii Europejskiej ma w szkołach średnich obowiązkowe lekcje przedsiębiorczości. Jednak uczestnicy zajęć, choć poznają definicję np. banku centralnego, to nie mają pojęcia, co zrobić, kiedy pies pogryzie kartę bankomatową. Albo na co zwracać uwagę przy zakładaniu konta.

Z badań wynika, że 80 proc. młodych Polaków wiedzę ekonomiczną czerpie od rodziców. A to rzadko jest krynica gospodarczej kompetencji.

Niestety, nic nie zastąpi szkoły w przygotowaniu młodzieży do życia finansowego. Są zresztą ciekawe eksperymenty.

Upór i ideały

Kiedy jedenaście lat temu burmistrz chciał zamknąć szkołę podstawową w Płotach (Lubuskie), rodzice stanęli okoniem i zawiązali stowarzyszenie, które zostało organem prowadzącym placówkę. – Startowaliśmy z czterdzieściorgiem dzieci i bywało, że prowadziliśmy lekcje w klasach łączonych – wspomina dyrektor szkoły Danuta Hołownia. – Ale plusem takich małych, autonomicznych szkół jest to, że mamy większy wpływ na to, czego i jak uczymy. My postanowiliśmy dać dzieciom, głównie pochodzącym z  wiosek, narzędzie na przyszłość: znajomość pieniądza.

Mała przedsiębiorczość, bo tak nazywa się przedmiot dla uczniów klas 2–6, to projekt autorski nauczycielki polskiego Katarzyny Zaremby. – Dzieciaki chciały pojechać na wycieczkę, więc w porozumieniu z lokalną redakcją zaczęliśmy sprzedawać gazetę. Z każdego egzemplarza mieliśmy 50 gr. Uzbieraliśmy na wyjazd, a przy okazji dzieci poznały handel i kierujące nim zasady – opowiada. – Ale zarabianie to nie wszystko, trzeba jeszcze umieć oszczędzać, więc w ramach SKO założyłam chętnym konta w banku. Dostają drobne pieniądze w domu, ale nie wydają. Jedziemy wpłacić je do banku. Potem wchodzimy na internetową stronę banku i razem zaglądamy na ich konta. Wtedy tłumaczę, dlaczego po kilku miesiącach na ich rachunku przybywa kilka groszy i w ten praktyczny sposób poznają słowa lokata i odsetki. Od 2 lat żadne dziecko – rękoma rodziców, bo to oni są dysponentami kont – nie wypłaciło ani grosza.

Uzupełnieniem dla małej przedsiębiorczości jest mała manufaktura, czyli za­jęcia, na których uczniowie np. wspólnie zakładają warzywnik. Przy okazji dowiadują się, ile kosztują nasiona, jak i za ile potem można sprzedać to, co z nich wyrośnie, a może bardziej opłacałoby się zrobić przetwory i wstawić je do handlu.

Niepubliczna Szkoła Podstawowa w Płotach to jednak wyjątek. W większości podstawówek pieniądz to temat tabu. Bo nie tylko rodzice, lecz także nauczyciele nie potrafią rozmawiać z dziećmi o finansach. – A szkoda, bo to utwierdza stereotyp, który towarzyszy nam jeszcze od czasów komuny, że pieniądze są brudne i złe, a pierwszy milion trzeba ukraść – denerwuje się psycholog Dorota Zawadzka. I dodaje, że efekt jest taki, iż rośnie kolejne upośledzone ekonomicznie pokolenie, łatwy łup dla nieuczciwych pracodawców czy parabanków.

Bo choć ekonomia obecna jest w programach – to te programy są bardzo lapidarne. Paweł Jurek z Ministerstwa Edukacji Narodowej pytany o praktyczne umiejętności z ekonomii, które powinni nabyć uczniowie szkoły podstawowej, rzuca garść ogólników typu: „rozróżniać dobro od zła”, „nie dokuczać kolegom z powodu ich statusu majątkowego”. A przed rozpoczęciem nauki w gimnazjum – „rozumieć, co to jest sytuacja ekonomiczna rodziny i umieć dostosować do niej swoje oczekiwania”. To, rzeczywiście, ważne.

Podstawówki, czyli Krasnal Złotóweczka

Organizacje, które coraz liczniej wchodzą do podstawówek z projektami praktycznej nauki ekonomii, mają kłopot, jak przełożyć teorię na praktykę, i stosują rozwiązania czasem zaskakujące. Wrocławski Teatr Edukacji Artenes stawia na metaforę. Tematykę nieprzemyślanych kredytów pokazuje dzieciom w formie baśni. I tak w przedstawieniu o przedsiębiorczym Janku i jego niemądrych braciszkach bohaterowie śpiewają: „Bądź uważny, czytaj wszystko, zwłaszcza tam, gdzie mały druk. Na nim możesz się poślizgnąć i zniweczyć cały trud”. Do tej pory bajkę obejrzało ponad 6 tys. dzieci.

Inne, wystawiane we wrocławskich szkołach przedstawienie firmowane przez Wrocławskie Centrum Twórczości Dziecka Krasnal Złotóweczka, pokazuje dwie postawy wobec pieniądza: niefrasobliwą, opartą na wydawaniu, i przemyślaną, rozsądną, zmierzającą do oszczędności. Pierwszą obrazuje roztrzepany królik, który myśli, że pieniądze rosną w kapuście, drugą rozsądny krasnal rozwiewający jego złudzenia.

Ryszard Petru, szef Towarzystwa Ekonomistów Polskich, nie jest pewien, czy przekazywanie pod postacią baśni prostych prawd ekonomicznych ma sens. W tej kwestii dzieci powinny być traktowane jak dorośli, a język ekonomiczny ma być dla każdego jednakowy. – Przed wojną stopa procentowa, hipoteka, akcje, obligacje to były elementy życia całych rodzin – mówi Petru. – Niestety, PRL wyrzucił te hasła z naszego słownika, a wraz z nimi proste zasady, że w ekonomii nie ma nic za darmo. Dziś brak tej wiedzy obnaża afera Amber Gold albo nasza łatwość brania kredytów.

 

Czymś pośrednim między baśnią a klarownym przedstawianiem zasad ekonomii ma być też popularny w polskich podstawówkach program „Od grosika do złotówki”. Autor, działająca od 1992 r. pozarządowa organizacja pożytku publicznego Fundacja Młodzieżowej Przedsiębiorczości, prowadzi zajęcia w ramach nauczania zintegrowanego, czyli podczas lekcji polskiego, matematyki, a nawet muzyki (do tej pory skorzystało z nich prawie 6 mln uczniów). Uczestnicy zajęć, czyli dzieci ze szkoły podstawowej, podróżują na różne planety, np. Grosik, Portfelik czy Skarbonkę, i tam dowiadują się, jak wyglądają karty do bankomatów, jak ich używać, ale też uczą się, jak rozpoznawać nominały, liczyć pieniądze i oszczędzać na domowych wydatkach, np. wyjmując z gniazdek nieużywane ładowarki, zakręcając krany z kapiącą wodą czy wrzucając do odpowiednich pojemników na śmieci papier i szkło.

Niby proste czynności, ale dla dzieci odkrywcze, bo wyjaśniające wartość pieniądza. – I łączące pokolenia, bo po każdej lekcji dziecko ma odrobić zadanie domowe z rodzicami, np. porozmawiać o budżecie rodzinnym, oszczędzaniu i dlaczego powinniśmy się ubezpieczać – mówi Anna Radziejowska, mama 11-latka, który też podróżował po planetach Grosik i Portfelik. – Po tych zajęciach mój syn zaczął nie tylko gasić światła i dokręcać krany, ale też odkładać kieszonkowe i prowadzić w Excelu książkę przychodów i rozchodów. No i po trzech latach kupił sobie tablet, na który bez jego oszczędności zwyczajnie nie byłoby nas stać.

Prezes Fundacji Młodzieżowej Przedsiębiorczości Zbigniew Modrzewski przyznaje, że po projekt „Od grosika do złotówki” szkoły podstawowe ustawiają się w kolejce. Ale wiadomo, fundacja jest zależna od sponsorów.

W gimnazjach – w ramach przedmiotu wiedza o społeczeństwie – uczniowie powinni poznać zasady gospodarki rynkowej. – Chodzi o zagadnienia z zakresu ochrony interesów konsumentów, konkurencji, działania prawa podaży i popytu oraz działań marketingowych i ich znaczenia dla przedsiębiorstwa i konsumentów – wylicza Paweł Jurek z MEN. Brzmi intrygująco, ale bez praktyki każde z tych haseł zostanie tylko zapisem na papierze.

Tym bardziej dla dzieci z małych wiosek, gdzie panuje bezrobocie, ludzie kupują na zeszyt, dostają bony z opieki społecznej albo uprawiają handel wymienny. – W tych miejscowościach sam pieniądz staje się czymś irracjonalnym – przyznaje Urszula Sierżant, nauczycielka i koordynatorka programu „Ekonomia na co dzień” (program Fundacji Młodzieżowej Przedsiębiorczości, realizowany z NBP, prowadzony na lekcjach wiedzy o społeczeństwie albo jako zajęcia dodatkowe). – Tam jedyne, co możemy i co robimy, to pokazać, że na co dzień ta pozornie skomplikowana wiedza ułatwia życie.

Podobnych programów jest więcej. W ubiegłym roku z inicjatywy Warszawskiego Instytutu Bankowości, we współpracy z NBP i Związkiem Banków Polskich, ruszył też „Bakcyl”, czyli pilotażowe warsztaty z zarządzania pieniędzmi. Na razie lekcje prowadzone przez wolontariuszy z banków odbywają się w gimnazjach województwa mazowieckiego, ale w planach jest objęcie akcją całej Polski.

Licea, czyli kukułcze jajo

W program wiedzy o społeczeństwie dla liceów wpisano hasła: umowy, opodatkowanie, zagadnienia związane z rynkiem i jego funkcjami, czynniki wpływające na popyt i podaż, obliczanie procentów od kredytów, ocena możliwości ich spłaty. Ale dumą Ministerstwa Edukacji Narodowej są zajęcia z podstaw przedsiębiorczości, reklamowane przez resort jako ewenement na skalę europejską. W innych krajach Europy, np. Bułgarii, Szwecji czy Norwegii, elementy przedsiębiorczości są przemycane podczas lekcji ekonomii albo nauk społecznych. Według Pawła Jurka z MEN nasze podstawy przedsiębiorczości to nieomal najwyższy stopień wtajemniczenia, bo licealista „powinien nauczyć się rozróżniać formy inwestowania kapitału, analizować oferty banków czy funduszy inwestycyjnych”.

Osiemnastoletnia Weronika z jednego z warszawskich liceów ma już za sobą obowiązkowy semestr tych zajęć. Czytała podręcznik do przedsiębiorczości i zna wszystkie definicje, ale – jak przyznaje – nie nauczono jej nawet czegoś tak podstawowego, jak wypełnianie PIT. – Podstawy przedsiębiorczości to kukułcze jajo – przyznaje nauczycielka przedmiotu z miasteczka pod Lublinem. – Mamy na tę wiedzę dwie godziny tygodniowo w ciągu semestru albo jedną w tygodniu przez cały rok szkolny. Trudno przez ten czas zrobić coś sensownego, np. zabrać uczniów do banku albo na giełdę, aby tam w praktyce mogli popatrzeć, jak zarządza się pieniędzmi. Owszem, zabieram z banków druczki, pokazuję młodzieży, jak wypełnia się wniosek kredytowy, zwracam uwagę na kruczki stosowane przez banki, ostatnio razem wypełnialiśmy PIT. Ale mimo to czuję niedosyt, bo w szkole nie mamy sali komputerowej i nie mogę zrobić z nimi najprostszej symulacji.

Nauczycielka z miasteczka pod Lublinem przyznaje, że ekonomia jest jej pasją i mimo pewnych niedociągnięć zajęcia prowadzi z przyjemnością. Ale takich zapaleńców jest niewielu. Na front przedsiębiorczości są rzucani biolodzy, chemicy, wuefiści i historycy, którzy – wysyłani wcześniej przez dyrekcję na studia podyplomowe z przedsiębiorczości dla nauczycieli – przerabiają kolejne rozdziały z podręcznika. Dobre i to, choć mało użyteczne. W tej dziedzinie programy szkolne wymagają pilnej restrukturyzacji i inwestycji.

 

„Edukatory Ekonomiczne” ukazały się dotychczas w wydaniach POLITYKI: 51/10, 4/11, 9/11, 30/11, 35/11, 39/11, 43/11, 47/11, 51/11, 38/12, 42/12, 46/12, 50/12, 3/13, 7/13, 11/13, 43/13, 47/13, 50/13, 3/14 oraz na www.polityka.pl/tygodnikpolityka/rynek/edukatorekonomiczny

Polityka 8.2014 (2946) z dnia 18.02.2014; Edukator ekonomiczny; s. 44
Oryginalny tytuł tekstu: "Dużo, czyli mało"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Patrycja Bereznowska: do biegania same nogi nie wystarczą

Patrycja Bereznowska przebiegła przez piekło. Zajęła drugie miejsce na świecie.

Juliusz Ćwieluch
15.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną