Edukator Ekonomiczny

Walutowy rollercoaster

Zawirowania wokół wartości złotego

Wraz z kryzysem zaczęła się nerwowa jazda kursową kolejką górską. Wraz z kryzysem zaczęła się nerwowa jazda kursową kolejką górską. Marek Sobczak / Polityka
Kurs złotego wobec najważniejszych walut zawirował i czasem trudno z tym żyć. Zwłaszcza wówczas, gdy ktoś wcześniej nie docenił siły i znaczenia ważnego słowa: ryzyko.

Artykuł w wersji audio

Deficyt budżetowy, deflacja, problemy górnictwa, konflikt na Ukrainie, rosnący kurs franka szwajcarskiego, taniejąca ropa – każda taka wiadomość może mieć wpływ na nasze życie, nawet jeśli dotyczy spraw dziejących się na drugim końcu świata. Jesteśmy obywatelami globalnej wioski, którą rządzą prawa ekonomii. Bez ich zrozumienia trudno dziś podejmować ważne życiowe decyzje czy gospodarować domowym budżetem. W kolejnym już Edukatorze Ekonomicznym POLITYKI, przygotowanym we współpracy z NBP, proponujemy wspólny spacer po meandrach polskiej i światowej gospodarki.

***

Kiedy Polska wstępowała do Unii, złoty był bardzo słaby. 1 maja 2004 r. za euro trzeba było płacić 4,80 zł (dziś 4,30), a za dolara 4,00 (dziś 3,70). Potem nastąpiło wzmocnienie naszej waluty – tak że w połowie 2008 r. frank i dolar były warte już tylko 2 zł, a euro 3,20 zł.

Wraz z kryzysem zaczęła się nerwowa jazda kursową kolejką górską. Najpierw złoty osłabł, zbliżając się do granicy 5 zł za euro i 4 za dol. Potem wzmocnił się o 25 proc., aby z kolei, na fali obaw o bankructwo krajów południa Europy, ponownie stracić jedną piątą swojej wartości. Od 2012 r. jest jednak względna stabilizacja – przez 3 lata kurs zmieniał się umiarkowanie. Tak było aż do 15 stycznia 2015 r., gdy szwajcarski bank centralny zaprzestał obrony franka przed wzmocnieniem, w związku z czym jego kurs doszedł do prawie 5 zł, aby w kilkanaście dni ustabilizować się na poziomie około 4 zł. Na część z 550 tys. gospodarstw domowych, które zaciągnęły kredyt hipoteczny we frankach, padł blady strach.

Jak bardzo osłabił się złoty?

Gdyby wsłuchiwać się tylko w histeryczny ton mediów, można by odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z bezprecedensowym załamaniem kursu naszej waluty. Tak jednak nie jest. Złoty nie osłabił się w stosunku do wszystkich walut, a jedynie wobec franka i w mniejszym stopniu wobec dolara. Od lipca 2014 r. – to ostatni moment spokoju na rynkach walutowych – deprecjacja złotego wobec franka wyniosła 26 proc., wobec dolara – 22 proc., a wobec euro tylko 3 proc. (co oznacza, że kurs euro pozostał niezmienny, bo tego rzędu wahania to norma na rynkach walutowych).

Dla przypomnienia: w ciągu najgorszych, dramatycznych miesięcy kryzysu finansowego (połowa lipca 2008 – połowa lutego 2009 r.), deprecjacja złotego wobec dolara wyniosła 47 proc., wobec franka – 38 proc., a wobec euro – 32 proc. W styczniu br. najważniejszy dla polskiej gospodarki kurs złotego wobec euro pozostał stabilny, a to przecież waluta używana przez naszych głównych partnerów handlowych, największych inwestorów i w rozliczeniach z Unią. I to ona przede wszystkim liczy się dla gospodarki.

Skoro tak, to skąd aż taka panika? Po pierwsze, podrożenie franka odbiło się potężnym echem w mediach ze względu na dużą grupę osób bezpośrednio finansowo dotkniętych tym faktem. Po drugie – miało charakter szokowy: początkowe osłabienie złotego o niemal 30 proc. nastąpiło w ciągu kilku minut, a w ciągu kilkunastu kolejnych złoty odrobił część strat. Po trzecie – owo szokowe osłabienie wpisało się w cały ciąg zdarzeń zwiększających nerwowość na rynku walutowym. A to oznacza, że obecny epizod z życia walut prawdopodobnie jeszcze nie znalazł finału.

Blisko ruletki?

Patrząc na to, co dzieje się z walutami, przeciętny człowiek ma prawo uznać, że zmiany kursów następują w sposób całkowicie nieprzewidywalny, a także sprzeczny ze zdrowym rozsądkiem. Nie zgodzą się z tym pewnie analitycy i doradcy finansowi, twierdząc, że są w stanie te zmiany wytłumaczyć. Zazwyczaj nie są w stanie ich przewidzieć, ale ex post rzeczywiście potrafią wszystko dobrze wyjaśniać.

Na dłuższą metę zmiany kursów walut rzeczywiście są ekonomicznie uzasadnialne. Mówiąc najkrócej, za silną walutą musi stać silna – a więc wysoko produktywna – gospodarka. Jeśli wydajność pracy w jakimś kraju rośnie szybciej niż u jego partnerów handlowych, a wzrost krajowych cen jest porównywalny, kraj ten jest w stanie sprzedawać swoje towary taniej od konkurentów. Efektem staje się wzmocnienie waluty krajowej. Jeśli z kolei inflacja w jednym kraju jest znacznie wyższa niż w drugim, przy porównywalnym tempie wzrostu wydajności pracy, w kraju tym szybciej rosną nominalne płace, a jego wyroby stają się coraz droższe, co na dłuższą metę musi skończyć się osłabieniem waluty.

Nie wdając się w szczegółowe wyliczenia, można stwierdzić, że długookresowe zmiany kursu walutowego w Polsce w ciągu minionych 20 lat daje się dość dokładnie opisać właśnie tymi czynnikami: deprecjacja złotego wobec euro o 50 proc. wynikała ze skumulowanych różnic inflacyjnych (340 proc.), pomniejszonych o wyższy w Polsce niż w zachodniej Europie wzrost wydajności pracy (o 130 proc.).

Na krótką metę wygląda to jednak inaczej. Kurs walutowy jest po prostu bieżącą ceną walut obcych – więc jego poziom zależy, jak w przypadku każdej ceny rynkowej, od relacji pomiędzy popytem na dewizy zgłaszanym przez kraj i podażą, czyli napływem dewiz do kraju. Popyt na dewizy wynika z wielu czynników: w przypadku Polski głównie z wydatków na import, kosztów obsługi i spłaty długu zagranicznego, inwestycji dokonywanych przez krajowy kapitał za granicą. Z kolei podaż dewiz determinują w Polsce głównie wpływy z eksportu, transfery z Unii, wpływy z pracy Polaków za granicą, napływ kapitału związany z inwestycjami zagranicznymi oraz z inwestycjami portfelowymi, czyli zakupem lub sprzedażą przez cudzoziemców polskich papierów wartościowych (obligacji rządowych i akcji). Wszystkie te kategorie stale fluktuują, więc zmienia się też codziennie poziom kursu. Jeśli podaż dewiz przekracza popyt, złoty się wzmacnia. Jeśli jest odwrotnie – osłabia się.

Większość źródeł napływu dewiz charakteryzuje się stosunkowo dużą stabilnością – wpływy z eksportu nie zmieniają się gwałtownie z roku na rok, podobnie przewidywalne są transfery z Unii. Gorzej jest natomiast z napływami kapitału. Pół biedy z inwestycjami zagranicznymi (np. budową nowych fabryk), choć i one potrafią gwałtownie zmieniać się w zależności od nastrojów na świecie i oceny perspektyw rozwojowych kraju.

 

Najbardziej nieprzewidywalnym źródłem napływu dewiz są inwestycje portfelowe. Cudzoziemcy lokują swoje kapitały w polskich papierach wartościowych, jeśli uważają, że da to wyższy dochód niż w przypadku akcji i obligacji z innych krajów o podobnym ryzyku inwestycyjnym. To jednak zależy zarówno od oprocentowania, jak i od zmian kursu (jeśli złoty osłabia się, sprzedający polskie obligacje inwestor uzyska za nie mniej dolarów czy euro). Prowadzi to do niezwykle niebezpiecznych zachowań – inwestorów interesują nie tylko czynniki wpływające na oprocentowanie, a więc siła gospodarki, stan jej finansów, zmiany inflacji – ale wszystkie czynniki, które mogą wpłynąć na ocenę sytuacji kraju. Na liście są również czynniki polityczne, bezpieczeństwo, sytuacja w gospodarce globalnej, nastroje na rynku. A jeśli wzrastają gwałtownie obawy, wszyscy starają się wyprzedzić innych i sprzedać obligacje, zanim kurs spadnie. To prowadzi do histerycznych reakcji (jak po upadku banku Lehman Brothers w 2008 r.).

Aby sprawę dodatkowo zagmatwać, przypomnijmy, że w grze rynkowej może też brać udział państwo. Kurs walutowy zmienia się w zależności od gry popytu i podaży. Ale bank centralny, dążąc do zmiany poziomu kursu, może interweniować, sprzedając lub skupując część dewiz z rynku. Szwajcaria jest najlepszym przykładem takiej polityki. Jeżeli nagle i drastycznie ją zmienia, to dziś aż za dobrze widać, jakie w ten sposób może spowodować zamieszanie.

Mówiąc wprost: krótkookresowe zmiany kursów walut są nieprzewidywalne nie dlatego, że nie wiemy, co na nie wpływa. Są nieprzewidywalne, bo czynników, które mogą wpłynąć na kursy, jest bardzo wiele, zarówno w sferze ekonomii, finansów, jak i polityki – w danym kraju, jak i w jego otoczeniu.

W poszukiwaniu bezpiecznej przystani

Wytłumaczenie ex post przyczyn obecnego osłabienia złotego wobec franka i dolara nie jest trudne. W polskiej gospodarce nie stało się właściwie nic niepokojącego (inwestorzy na razie nie przejmują się naszym wyborczym dwupakiem, a perspektywy wzrostu gospodarczego są niezłe, mimo słabszego eksportu). Nastąpiła jednak kumulacja różnych czynników zewnętrznych, skłaniających do zainwestowania kapitału w obligacje dolarowe.

Pierwszym czynnikiem była sytuacja na Wschodzie, a zwłaszcza gospodarcza wojna Rosji ze światem zachodnim. Naturalnym zachowaniem inwestorów na całym świecie jest w takiej sytuacji „ucieczka do bezpieczeństwa” – czyli zastąpienie obligacji z krajów rozwijających się obligacjami z krajów, którym finansowo nic nie zagraża. Na szczycie piramidy bezpieczeństwa są oczywiście obligacje amerykańskie, stąd naturalne wzmacnianie się dolara wówczas, gdy grożą kryzysy, wojny i zawirowania.

Drugim czynnikiem była niepewność co do krótkookresowych perspektyw strefy euro – trwa tam gospodarcza stagnacja, rysuje się konflikt między Niemcami i Francją co do strategii walki z kryzysem, zaniepokojenie budziły wybory w Grecji, niejasne są efekty masowego skupu obligacji przez EBC. Wszystko to prowadziło do osłabienia euro wobec dolara, co spowodowało też osłabienie walut krajów silnie związanych ze strefą euro. No i oczywiście swoje trzy grosze dodali Szwajcarzy niespodziewaną decyzją o odejściu od dotychczasowej polityki sztucznego osłabiania franka. Wszystko to razem musiało uderzyć w złotego. Co będzie dalej?

Tylko spokojnie

Inwestorzy z pewnością przyglądają się nam dziś uważnie. Patrzą, czy takie osłabienie nie zaszkodzi polskim finansom (to byłby sygnał do ucieczki od złotego). Osłabienie naszej waluty jest bowiem wprawdzie całkiem korzystne dla eksporterów, a więc dla wzrostu gospodarczego, ale jednocześnie stanowi problem dla wszystkich zadłużonych w walutach obcych (zwłaszcza we frankach). A masowe kłopoty kredytobiorców mogą również oznaczać kłopoty dla polskich banków, a w skrajnej sytuacji wręcz konieczność awaryjnego zasilenia banków kapitałem (co byłoby kłopotem dla państwa).

Nie dziwmy się więc, że polski rząd i bank centralny zachowują się bardzo ostrożnie. Wbrew nawoływaniom polityków opozycji nie podgrzewają atmosfery, starając się raczej ją stabilizować poprzez spokojny dialog z bankami na temat łagodniejszego traktowania „frankowiczów”. NBP dodatkowo uspokaja, że kłopoty kredytobiorców nie są aż tak wielkie, by zachwiać stabilnością banków.

Działanie takie wydaje się najbardziej rozsądne, zwłaszcza że powodów do paniki naprawdę nie ma. Póki kurs złotego do euro pozostaje dość stabilny, nawet wzmocniony frank nie stanowi poważnego zagrożenia dla naszych finansów. Ale przy okazji warto może powrócić do problemu wprowadzenia w Polsce euro – bo gdybyśmy je u siebie mieli, nikt nie brałby kredytów we frankach, a zmiany polityki banku centralnego Szwajcarii niewiele by nas obchodziły.

Autor jest profesorem ekonomii, wykładowcą w Szkole Biznesu Politechniki Warszawskiej.

 

Polityka 7.2015 (2996) z dnia 10.02.2015; Edukator ekonomiczny; s. 44
Oryginalny tytuł tekstu: "Walutowy rollercoaster"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Adoptujemy zwierzęta, bo pełnią w naszych domach rolę wiecznych i wiernych dzieci

Gdy ruszamy na ratunek, aby ulżyć cierpiącemu stworzeniu, przede wszystkim chcemy pomóc samym sobie.

Elżbieta Turlej
26.11.2013
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną