Edukator Ekonomiczny

Ropiejące budżety

Kto straci na taniejącej ropie

Władze naftowych potęg wiedzą, że skoro muszą oszczędzać, same podwyżki cen paliw to zdecydowanie za mało. Władze naftowych potęg wiedzą, że skoro muszą oszczędzać, same podwyżki cen paliw to zdecydowanie za mało. Marek Sobczak / Polityka
Drastyczny spadek cen ropy naftowej rujnuje finanse krajów, które na jej eksporcie przez lata zarabiały krocie. Teraz muszą ograniczać wydatki i wprowadzać głębokie zmiany w gospodarkach. Pieniądze odłożone z lepszych czasów nie wszystkim wystarczą, żeby przetrwać.
MS/Polityka

Artykuł w wersji audio

Płacić złotówkę za litr benzyny? Dla polskiego kierowcy byłby to prawdziwy raj. Mieszkańcy Arabii Saudyjskiej nie byli zadowoleni, widząc, jak na ich stacjach benzynowych ceny zbliżają się do tego poziomu. Bo to oznaczało podwyżkę. Do grudnia ubiegłego roku litr droższego 97-oktanowego paliwa kosztował w państwie Saudów równowartość 65 gr, a tańszej benzyny 90-oktanowej – 50 gr. Teraz oba gatunki są o 50 proc. droższe. Łagodniej z mieszkańcami obeszły się władze Kataru – tam ceny paliw wzrosły o 30 proc. Teraz litr tańszej benzyny w państwie mającym organizować w 2022 r. piłkarski mundial kosztuje równowartość 1,30 zł, a droższej – prawie 1,50 zł.

Spadek cen ropy ze 140 do 30 dol. za baryłkę w ciągu zaledwie półtora roku spowodował gospodarcze trzęsienie ziemi w bogatych krajach regionu Zatoki Perskiej. Jeszcze trzy lata temu Arabia Saudyjska miała ponad 50 mld dol. nadwyżki budżetowej. Tymczasem w roku 2015 zapisała prawie 100 mld deficytu, co odpowiada 15 proc. jej produktu krajowego brutto (polski deficyt to ostatnio ok. 3 proc. PKB rocznie).

Ten rok będzie tylko nieco lepszy, bo Saudyjczycy planują 87 mld dol. deficytu. Co prawda ten kraj w dobrych latach uzbierał spore finansowe zapasy, ale teraz w bardzo szybkim tempie je przejada. Rezerwy walutowe Arabii Saudyjskiej w ciągu zaledwie roku stopniały z 732 do 623 mld dol. Gdyby utrzymać takie tempo, to około 2020 r. monarchia, przy obecnych cenach ropy i braku reakcji, znalazłaby się na skraju bankructwa.

Zatoka oszczędności

Władze naftowych potęg wiedzą, że skoro muszą oszczędzać, same podwyżki cen paliw to zdecydowanie za mało. Mieszkańcy Arabii Saudyjskiej, Kataru czy Bahrajnu zaczną więcej płacić także za wodę i elektryczność, do tej pory hojnie subsydiowane przez rządy. Ponadto sześć krajów Rady Współpracy Zatoki Perskiej planuje wspólnie wprowadzić podatek VAT w wysokości 5 proc. Do tej pory np. Saudyjczycy nie płacą ani VAT, ani normalnego podatku od dochodów jak nasz PIT, a firmy są zwolnione z podatku CIT. Obowiązkowa jest tylko danina o nazwie Zakat, zgodna z prawem islamu, wynosząca po przekroczeniu kwoty wolnej 2,5 proc. od dochodów i posiadanego majątku.

Wydawałoby się, że sprzedając przez lata ogromne ilości drogiej ropy, region Zatoki Perskiej mógłby spokojnie przeczekać okres, gdy surowiec gwałtownie staniał. Jednak bogate emiraty stworzyły wyjątkowo kosztowny model państw zapewniających swoim obywatelom wysoki standard życia, żądając w zamian tylko jednego: politycznego posłuszeństwa. Zakładając, że ceny ropy trwale pozostałyby na poziomie 30 dol. za baryłkę, to najdłużej, bo 20 lat, bez zmian mógłby funkcjonować Kuwejt. W Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Katarze pieniądze skończyłyby się po 15 latach. Arabia Saudyjska wytrzymałaby tylko pięć lat, a Bahrajn i Oman zaledwie 2–3 lata. Tymczasem średni deficyt sześciu państw Rady Współpracy Zatoki Perskiej wyniesie w tym roku aż 13 proc. PKB. Trzeba zatem stopniowo żegnać się z niektórymi prezentami dla poddanych.

Jeżeli ceny ropy rzeczywiście nie odbiją (a np. Bank Światowy uważa, że w 2016 r. pozostaną na obecnym poziomie), to być może dojdzie do kolejnych zmian. Członkowie saudyjskiej rodziny królewskiej już nieoficjalnie rozważają częściową prywatyzację perły w koronie, największego na świecie koncernu naftowego Saudi Aramco, kontrolowanego do tej pory przez państwo. Jego wartość wyceniana jest na kilka bilionów dolarów. Nie ma oczywiście mowy o sprzedaży całości, ale wejście Saudi Aramco na giełdę już wydaje się możliwe.

Za uzyskane w ten sposób pieniądze warto byłoby wzmocnić inne sektory gospodarki. Tym bardziej że Arabia Saudyjska wciąż aż trzy czwarte dochodów budżetu czerpie ze sprzedaży ropy. Na razie dług publiczny tego kraju wynosi zaledwie 6 proc. PKB (polski sięga 51 proc. naszego PKB). Arabia Saudyjska przez lata pieniędzy nie pożyczała, tylko rozdawała je innym sojusznikom w świecie arabskim, na przykład Egiptowi. Jednak teraz i ona dołącza do krajów emitujących obligacje. Pod koniec dekady jej dług może wynosić już ponad 40 proc. PKB. Wciąż niewiele w porównaniu choćby ze Stanami Zjednoczonymi, Francją czy Wielką Brytanią, ale zawsze łatwiej rządzi się krajem, który żadnych długów nie ma.

Arabia Saudyjska i jej sąsiedzi zastanawiają się również nad przyszłością swoich walut. Dotąd są one ściśle powiązane z amerykańskim dolarem, ale utrzymywanie sztywnego kursu staje się coraz bardziej kosztowne. Gdyby z niego zrezygnować, rial saudyjski czy katarski na pewno mocno by się osłabiły wobec dolara czy euro. Byłaby to dobra wiadomość dla narodowych budżetów, bo wpływy ze sprzedaży ropy wzrosłyby w przeliczeniu na lokalne waluty. Z drugiej strony zdrożałyby importowane produkty, a przecież mieszkańcy tych państw są od nich w dużej mierze uzależnieni. Wówczas przyzwyczajeni do wysokiej stopy życia Arabowie nie zareagowaliby tak spokojnie jak na podwyżki i tak wciąż bardzo tanich paliw.

Obecnymi cenami ropy mniej martwi się główny polityczny rywal i wróg Arabii Saudyjskiej, czyli Iran. Do niedawna był on objęty międzynarodowymi sankcjami, które co prawda przyniosły krajowi ogromne straty, ale jednocześnie wymusiły bardziej zrównoważony rozwój gospodarki, a co za tym idzie, mniejsze uzależnienie od importu. Teraz Iran chce szybko podwoić eksport ropy, choć na pewno nie zarobi na nim tyle, ile zakładał. Żyjąc jednak dużo skromniej niż Arabia Saudyjska, nie musi teraz wprowadzać drastycznych cięć. Przeciwnie, raczej będzie mógł zwiększyć wydatki. Inaczej niż Rosja, której gospodarka również padła ofiarą taniej ropy.

Rosyjskie cięcia

Kurs rubla ucierpiał najbardziej, chociaż, paradoksalnie, jego osłabienie pomogło rosyjskim politykom: przychody rosyjskiego budżetu wyrażone w rublach spadły mniej niż kurs ropy. Dolar w połowie 2014 r. kosztował 35 rubli, a na początku ubiegłego roku aż 70. Później rosyjska waluta nieco się umocniła, ale teraz za jednego dolara Rosjanie muszą zapłacić już ponad 80 rubli. Jednak nawet takie osłabienie waluty w pełni nie zrekompensowało strat budżetu, który połowę swoich przychodów czerpie z przemysłu naftowego i gazowego. W 2015 r. rosyjski deficyt wyniósł 3 proc. PKB, a w tym może się podwoić. Do tego słaby rubel spowodował wysoką inflację, sięgającą 13 proc. rocznie. A jeśli doda się jeszcze recesję (w 2015 r. PKB skurczył się o 3,7 proc.), trudno się dziwić, że realne płace w Rosji spadły w ubiegłym roku średnio aż o 9 proc.

Rosja ma jeszcze co prawda zapasy na specjalnym funduszu z dobrych lat, jednak bez porównania mniejsze niż Arabia Saudyjska. W ciągu ostatniego roku stopniały one z 90 do zaledwie 50 mld dol. Nic dziwnego, że na początku tego roku rosyjscy politycy ogłosili 10-proc. cięcia w budżecie. Nie dotkną one oczywiście armii, ale prawdopodobnie odbiją się na wydatkach socjalnych. Te bolesne zmiany notowaniom Władimira Putina zapewne nie zaszkodzą. Choćby dlatego, że dla Rosjan stosunkowo krótki okres prosperity dzięki drogim surowcom był raczej miłą odmianą od szarej rzeczywistości. Inaczej niż dla mieszkańców Zatoki Perskiej, wychowanych w dobrobycie i nieznających problemów większości państw tego świata.

Choćby takich jak Libia, Nigeria czy Wenezuela, kraje generalnie biedne, które miały szczęście odkryć duże złoża ropy i z tego źródła finansowały większość wydatków socjalnych. Ale to już przeszłość. Dzisiaj to właśnie one najbardziej cierpią z powodu spadku cen surowca, bo nie mają alternatywy dla finansowania bieżących wydatków i rozwoju. Wenezuela ma dziś najwyższą w świecie inflację – w 2015 r. sięgnęła ona 141 proc. Nigeria do tej pory zasilała swój budżet w 75 proc. ze sprzedaży ropy, a Libia nawet w 95 proc. Ten ostatni kraj jest i tak w stanie wojny domowej, a niskie ceny ropy, będącej jedynym źródłem dewiz, na pewno nie ułatwią przywrócenia tam spokoju.

Na drugim biegunie są importerzy ropy. Kupują ją niemal za grosze, ale zyski z tego tytułu w poszczególnych krajach rozkładają się nierównomiernie w zależności od prowadzonej polityki podatkowej i znaczenia tego surowca. Można jednak założyć, że tankujący teraz taniej kierowcy mają więcej pieniędzy na inne wydatki i z tej okazji skwapliwie skorzystają. Jest więc szansa, że wzrośnie popyt krajowy.

Według wielu ekspertów tania ropa bardzo pomogła Indiom, Pakistanowi, ale także Europie. Dała tak potrzebną ulgę krajom strefy euro, a ostatnie ożywienie na naszym kontynencie zawdzięczamy w dużej mierze właśnie niższym cenom paliw. Czołowe kraje Unii, takie jak Niemcy, Francja czy Włochy, to przecież wszystko importerzy surowca. Teoretycznie na taniej ropie zyskują też Chiny, duży importer netto, ciągle żyjący jednak w niepewności, jak potoczą się losy jego ostro hamującej gospodarki.

Amerykańskie wahania nastrojów

Najtrudniej ocenić wpływ taniej ropy na najpotężniejszą gospodarkę świata. Stany Zjednoczone, dzięki eksploatacji złóż łupkowych, same stały się jej największym producentem, wyprzedzając nawet Arabię Saudyjską. Jednak z powodu obowiązującego do niedawna zakazu eksportu całe wydobycie przeznaczały dla siebie. Amerykańscy kierowcy oczywiście cieszą się, płacąc za galon (ok. 4 litrów) paliwa raptem dwa dolary, czyli tyle, co siedem lat temu. Dzięki temu każdy tankujący w USA może średnio zaoszczędzić ok. 700 dol. rocznie, które wyda na inne cele, pomagając przy okazji gospodarce.

Z drugiej strony niskie ceny mocno zaszkodziły amerykańskiej branży naftowej. Wstrzymano wiele inwestycji w przemyśle wydobywczym, a prawie 100 tys. osób straciło pracę. Zagrożona jest zwłaszcza przyszłość firm uzyskujących ropę z łupków, bo obecna cena surowca na światowych rynkach nie wystarcza nawet na pokrycie kosztów produkcji, nie mówiąc o zyskach. To dlatego analitycy oceniają, że chociaż Stany Zjednoczone ogólnie wychodzą dzięki taniej ropie na plus, to sytuacja w poszczególnych regionach kraju może być różna. To, co cieszy nowojorczyka czy Kalifornijczyka, raczej martwi dziś mieszkańca Dakoty lub Wyoming.

Nie sposób przewidzieć, jaka przyszłość czeka ceny ropy. W najbliższym czasie trudno jednak sobie wyobrazić, żeby znacząco wzrosły, skoro na rynek płynie jeszcze więcej ropy za sprawą Iranu. Dla krajów uzależnionych od dochodów z jej sprzedaży to problem, ale i szansa na niezbędne reformy. Inni nie mają roponośnych złóż i musieli nauczyć się z tym żyć. Często skromniej, ale za to stabilniej.

Polityka 8.2016 (3047) z dnia 16.02.2016; Edukator ekonomiczny; s. 52
Oryginalny tytuł tekstu: "Ropiejące budżety"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Żyjmy Lepiej

Dziesięć tysięcy kroków

Chodźmy chodzić, maszerować z kijami i biegać. Plan minimum to dziesięć tysięcy kroków dziennie. Można też zwiększyć obroty, ale trzeba to robić z głową.

Marcin Piątek
28.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną