Społeczeństwo

Szkuner Noego

REPORTAŻ: Bezdomni budują statek dalekomorski

Piotr Małecki / Napo Images
Zostali bez Ojca, ale nie zrezygnowali z marzenia, którym ich oczarował: wypłyną jednak tym statkiem na ocean.

Janek Komandos wpadł służbowo do pokojów i znowu kazał bezdomniakom umyć okna w pensjonacie w Ursusie powołując się na ojca Bogusława, który uważał, że depresja jest rezultatem zbyt długiego leżenia w łóżkach i niemycia okien, butów i podłóg. Święta, tłumaczy przy myciu okien Król Zulusów; za rogiem akurat ktoś wali młotkiem w blachę jak w dzwon i syczy spawarka, Bóg się rodzi.

 

Ojciec Bogusław chciał kupić ziemię na Kubie, otworzyć tam pensjonat dla bezdomnych, taki jak w Ursusie, polecił paniom z sekretariatu połączyć się w tej sprawie z ambasadą kubańską, jednak przygotowani na wszystkie pytania urzędnicy Fidela Castro odpowiedzieli, że ziemia w ich kraju jest już zajęta. To nic, powiedział Ojciec zadowolony z fermentu, jaki wywołał w ambasadzie, bo lubił być bohaterem dnia, biegał po pensjonacie mówiąc, że żadnej Kuby nie będzie, otwierał okna w dusznych pokojach, schylając się pod łóżka ujawniał brudne skarpetki jako symptomy depresji bezdomniaków. Krzyczał, że wywali z pensjonatu na zbity, ale wiedzieli, że oddziałuje wychowawczo; kiedy były górnik Stefan przed Wielkanocą miał paniczny tydzień i zamiast rezurekcyjnych śpiewał hymny rezerwistów, Ojciec wywalił go, a dwa dni później, gdy Stefan się skruszył, przyjął z powrotem.

Zanim zachorował, ojciec Bogusław też bywał choleryczny, łykał tabletki nadciśnieniowe, jednak gruźlica podziałała na niego jak turbina parowa na okręt i żeby się ukoić, Ojciec musiał palić czerwone marlbora. Jako zakonnik miał uprawnienia do celebrowania mszy i mówił: byłoby przepięknie, gdybym mógł wyłaniać się na ołtarz spod ziemi, na specjalnej platformie, odziany w purpurę i złoto. Dobre, mówiła na to pani Ada, wicedyrektorka pensjonatu dla bezdomnych pod wezwaniem św. Łazarza w Ursusie, a ja bym ojcu sopranem śpiewała alleluja. I ojciec Bogusław spadał z krzesła, bo znowu mu się udał żart, ze śmiechu wpadał w kaszel, a mając do wyboru czarną kawę lub zalecaną przez lekarza meliskę, odrzucał meliskę.

 

Król Zulusów po 23 latach powrócił do ojczyzny z RPA via Holandia i brazylijskie więzienie, deportowany do Warszawy osiadł na Dworcu Centralnym i zdumiewał tutejszych bezdomnych pytaniem, dokąd powinien pójść. Zapytaj mnie, czym jest życie, ironizował Dziadek, który spał pod bankomatem i musiał być kimś ważnym, bo co noc podjeżdżał radiowóz, a wychylony przez okno policjant ustalał, czy Dziadek żyje. W odpowiedzi Dziadek poruszał kartonem, pod którym leżał, troskliwy radiowóz odjeżdżał, a Król Zulusów nie mógł spać i dociekał, czy Dziadek jest byłym ubekiem wysokiej szarży.

Król miał przy sobie wydrukowaną z Internetu listę warszawskich przytułków dla bezdomnych, któregoś dnia Dziadek mu ją zweryfikował, wykreślając większość pozycji jako nieistniejące, przez co Król Zulusów pożałował, że opuścił Kapsztad – miasto polujących na niego gangów murzyńskich, ale ciepłe. Warszawę trzymał front arktyczny, szła Wigilia. Bóg się rodzi, cmoknął Dziadek, a że miał wytrych do klatki schodowej na placu Konstytucji, zaprosił Króla Zulusów na nocleg; Król w nocy pluł krwią. Wszystko mi staje przed oczyma, żalił się Król przekonany o zbliżającej się śmierci i wyliczał: jadę do Austrii po stanie wojennym na papiery uchodźcze, werbują mnie do roboty w hucie w RPA, potem w cukrowni pracuję z polskimi marynarzami, którzy uciekli wpław ze statku, mam żonę Mulatkę, za Mandeli żądzą czarni rasiści, ja głoduję, podchodzi dwóch Nigeryjczyków, żebym przewiózł paczkę do Brazylii, wpadam z tą paczką na lotnisku w Săo Paulo. No, kiwał głową Dziadek, a ja mam mieszkanie w centrum, tylko że pełne książek i dla mnie nie ma miejsca.

 

Pani Ada ukończyła licencjat z opieki społecznej, a potem studiowała politykę społeczną, bo bezdomność jako konglomerat chorób społecznych – depresji, wódki, zaniku więzi międzyludzkich i upadku solidaryzmu społecznego – prosi się o podejście menedżerskie. To jak spełniać dobre uczynki i brać wypłatę, powiedział ojciec Bogusław do pani Ady; znał się na tym, przez 20 lat skołatał serce dowodząc bezdomnymi w wojnach o szacunek, słowo kurwa mu się często cisnęło na usta. Pani będzie gorzej klęła ode mnie, przepowiedział Ojciec pani Adzie, a po kilku latach pracy Ada przyznała, że żadna beletrystyka nic nie wnosi w jej życie, bo wrażliwość ma przepełnioną opowieściami bezdomnych mężczyzn z Ursusa i chciałaby się z ich powodu rzucić na społeczeństwo z pięściami.

Ojciec Bogusław oznajmił w sekretariacie pensjonatu, że zbuduje dla swoich bezdomnych basen pływacki, i patrzył badawczo w oczy pani Ady, a ona go samym milczeniem mitygowała. Czemu nie basen – pani wie, jaki ferment byśmy wywołali wśród urzędników od bezdomności, pytał i widać było, że jest podszyty żartem, chociaż z nim nigdy się nie wiedziało; raz nawet pojechał kupić wannę dla swoich bezdomniaków, a wrócił z jacuzzi, bo w Castoramie mieli promocję japońską.

Pani Ada robiła kawę, ojciec Bogusław przypominał sobie na głos: taki kleryczek ze Szczecina 20 lat temu idzie do seminarium kamilianów przez warszawski Centralny i odkrywa bezdomniaków. Potem każe im powstać z podziemi, z kartonów po lodówkach i zaprasza na zupę – dostał od wojska starą kuchnię polową. Już konsekrowany, z czerwonym krzyżem na piersiach, robi bezdomniakom Wigilię na dworcu, a także dowodzi bezdomną armią najechaną przez hufce straży miejskiej w hali biletowej. Zachęcony powodzeniem szturmuje dyskusyjny klub filmowy na Bielanach, aby, wołając o nawróceniu, zniszczyć „Ostatnie kuszenie Chrystusa”, a potem atakuje USA; to dzięki warszawskim bezdomniakom Clinton dowiaduje się z transparentu, że morduje nienarodzone dzieci. Przyjeżdża policja.

Po ataku na Billa Clintona oberwana kompania bezdomniaków z honorami odprowadzała Ojca do radiowozu na złożenie wyjaśnień, a on był wzniosły, ale jednocześnie bardzo zadowolony z fermentu, jaki wywołał.

 

Solidaruch należał do kompanii z dworca; ojciec Bogusław mu się najpierw przyśnił, a następnie ziścił w hali głównej – taki gniewny, bezkompromisowy, chrześcijańsko-narodowy patriota, jak sam Solidaruch przed laty. Solidaruch, dawniej oficer ludowego wojska, był właściwie kapeenowcem; po pierwszej wizycie papieża w Polsce przed Grobem Nieznanego żołnierza w Warszawie odczytywał tekst deklaracji założycielskiej Konfederacji Polski Niepodległej. Kilka dni później w mieszkaniu czekali na niego ubowcy gotowi zorganizować mu śmierć w wypadku, o ile nie usunie się ze stolicy i z polityki; wyjechał do Huty Katowice i został betoniarzem.

O Solidarucha całe życie upominała się historia. Dla niepodległości Polski, konspiracji, nocnych zebrań, delegacji uświadamiających w terenie, wieców, deklaracji z odwagą odczytywanych publicznie, Solidaruch poświęcił rodzinę. W Hucie Katowice popłynął nurtem związkowym, świeżo powstała Solidarność była dla niego za miękka, na pasku prowadzona, ale się zapisał, żeby pod obcym szyldem głosić kapeenowe idee. Jeździł po kopalniach z prelekcjami o „Katyniu i innych miejscach nieludzkiej ziemi”, był 70 razy aresztowany, znał osobiście Wałęsę, ale mając do niego żal, pytał: Lechu, po co ty słuchasz tych Michników, Geremków, Mazowieckich? Rok 1989 był dla Solidarucha klęską ducha, niepodległość przehandlowano za srebrniki, Sejm zapełnił się nowymi targowiczanami; Solidaruch pogniewał się z kolegami ze związków, odszedł i zapodział się na długie lata. Żył podobno z pisania podań ludziom starającym się o wojenne odszkodowania, był też w zarządzie jakiejś firmy, ale wspólnicy umarli, a on nie miał siły ciągnąć interesu sam, żona i córka go nie szukały, to on też ich nie szukał.

Któregoś dnia 13 lat temu, przed Bożym Narodzeniem, Solidaruch spakował swoje rzeczy w walizkę i poszedł do noclegowni brata Alberta; pewnie by tam został, gdyby miejsca nie przejęli bolszewicy. Przeniósł się do noclegowni na Burakowską, a potem na Dworzec Centralny, gdzie ojciec Bogusław obiecywał bezdomnym, że Warszawa rozstąpi się przed nimi jak Morze Czerwone, a oni wyjdą z domu niewoli, jakim jest dworzec, do własnego domu.

Ojciec Bogusław powrócił ze szpitala, gdzie się leczył na gruźlicę, wpadł do sekretariatu pensjonatu św. Łazarza i oznajmił, że zbuduje wielki statek, arkę dla bezdomniaków, na której opłyną oni świat dookoła, że leżał w szpitalu z żeglarzem i konstruktorem statków; słowem, nic prostszego niż statek. Dobre, powiedziała pani Ada patrząc na Ojca z troską, bo schudł; pani Ada słuchała fanfaronad Ojca od kilku lat, przyzwyczaiła się, zauważyła, że opowiadał kilka razy te same historie, a mimo że dodawał coraz nowe wątki, rdzeń pozostawał prawdziwy, więc nie było powodów mu nie wierzyć. Opowiadał, jak zapisał się na warsztaty wokalne incognito i pracował nad utworem pt. „Zostały mi tylko seksualne sny”. Ale w końcu zaśpiewał Sinatrę. Zaczął pisać piosenki religijne i śpiewać je z chórkiem zakonnic. Ale w końcu zrobił casting na młode, fajne, życiowe wokalistki i zastąpił nimi smutne siostry. Przemierzał Amerykę starym Chevroletem, grając dla Polonii. Aż Chevrolet się spalił w Nevadzie. Opowiadał też, że właśnie pieniędzmi z płyt religijnych płacił za jadłodajnię święta Marta, karmiący bezdomnych pod dworcem, za punkt medyczny dla bezdomnych na dworcu, a także za pofabryczny budynek w Ursusie. Sprowadził do niego bezdomnych z dworca, wyremontował, zorganizował im wspólnotę, ułożył regulamin oparty na doświadczeniu. Dajmy na to, pytał Ojciec, dlaczego w piątek nie można tu oglądać telewizji? I wyjaśnił pani Adzie: wpadł raz do pokoju bez zapowiedzi w piątkowy wieczór, bezdomniacy oglądali pornosa z satelity, zapadło milczenie, ale aktorzy jęczeli i nie było wiadomo, jak wybrnąć z twarzą. Dlatego nie było telewizji w piątki.

Ojciec już widział ten statek w chmurze dymu z papierosa: kilkunastometrowy, stalowy, na ocean wypływał, zawijał do egzotycznych portów, na ląd schodzili bezdomniacy, marynarze z Ursusa, smutni, zasupłani alkoholicy, niektórzy po więzieniach, inteligenci po sztormach w życiu, ale teraz ich twarze promieniały, albowiem błogosławieni, którzy uwierzyli w statek, zanim go zobaczyli. Dobre, mówiła pani Ada z pobłażaniem, a ojciec Bogusław, zadowolony z fermentu, palił marlbora.

 

Janek Komandos przeszedł w pensjonacie dla bezdomnych ojca Bogusława wszystkie szczeble wtajemniczenia, nocne dyżury, ochrona obiektu barowego św. Marta na dworcu, odźwierny, wreszcie kierownik pensjonatu – podręczny szefa z prawem do wydawania poleceń. Komandos na bramie sprawdzał ludzi alkomatem i mówił po wojskowemu: jak się napiłeś, to nie mów, że alkomat zepsuty, tylko bierz rzeczy i się wynoś; takiego człowieka ja będę szanował, to będzie dla mnie gość. Z pokoju Ojca dobiegało pobrzękiwanie gitary pudłowej, Ojciec tworzył nowe religijne piosenki, a Komandos go reprezentował. Janek Komandos nosił desantowo-szturmowy tatuaż na ramieniu, wyniósł go z 15 lat służby w elitarnej jednostce, gdzie stwardniał od poligonów, spania na betonce i zaprawy, budził respekt. Tylko z rodziną mu nie wyszło, wycofał się armii, z rodziny, w butelkę; do ukojenia zmierzał drogą okrężną, z obozu żeglarskiego zorganizowanego przez ojca Bogusława na Mazurach, do Ursusa jechał przez Lublin. Ojciec Bogusław był nerwus i bywało, że krzyczał na Komandosa i na innych bezdomniaków, wywalał na zbity. Ale kiedy zrobili patenty żeglarskie, Ojciec wynajął statek i kapitana do rejsu po Morzu Północnym i oświadczył, że od teraz jest zwykłym Bogusiem, marynarzem.

Wypłynęli jesienią dwa lata temu, mieli odwiedzić porty Danii, Francji i Anglii, ale pogodę mieli apokaliptyczną, więc tylko zakręcili się koło Szwecji. W ciemnościach wypłynęliśmy prosto pod ruski tankowiec, mówił potem Komandos, i gdyby Boguś przytomnie nie przeciął linek żaglowych, to zgon na miejscu. Wyjebisty ruski tankowiec, mówili inni marynarze, przeszedł o metr od nas, a Boguś pomógł Bogu nas uratować.

Na drugi rejs ojciec Bogusław nie mógł popłynąć, bo kopnął w tyłek jakiegoś awanturnika pod barem św. Marta i złamał duży palec u nogi, a że bezdomni marynarze znowu wpadli w sztorm, Ojciec uznał, że był to palec Boży. Wkładał sutannę i kulejący, wzruszający, jeździł z górnikiem Stefanem koncertować w kościołach, Ojciec grał, Stefan sprzedawał jego płyty. Jeździł do sponsorów prosić o pieniądze na żywność dla bezdomniaków, materiały budowlane do remontu, grubą blachę, farbę antyglonową.

 

Ojciec Bogusław umarł w czerwcu tego roku na zawał serca w kamiliańskim klasztorze w Tarnowskich Górach, pojechał tam na kilka dni, popracować w ciszy nad piosenkami na kolejną płytę; wieczorem usiadł w fotelu mówiąc: muszę sobie kupić nowe struny do gitary. Rano wciąż siedział w tym fotelu; tak umarł człowiek, który podkreślał, że sprzedał więcej płyt niż Elvis Presley. Do Ursusa wróciła jego walizka, jedna jedyna, wszystko, co zebrał przez 50 lat; sutanna z czerwonym krzyżem, granatowy sweter, spodnie czarne.

Rano bezdomniacy z Ursusa zobaczyli przez okno płaczącą panią Adę i Janka Komandosa; Solidaruch zapadł się w sobie – żegnał ostatniego patriotę; Król Zulusów wspominał, jak się poznali z Ojcem w szpitalu dla gruźlików i Ojciec powiedział do Króla: Przyjedź do Ursusa; Kulawy klął przekonany, że to już koniec pensjonatu dla bezdomnych, a Dziennikarz, który właśnie wrócił po 20 latach bycia kierowcą w Chicago, wyłączył swój amerykański aparat słuchowy, bo jako filolog czuł się poraniony rynsztokową polszczyzną. Stu bezdomnych mężczyzn zeszło następnie do stołówki, gdzie pani Ada im powiedziała, że załatwi autokary i wszyscy pojadą na pogrzeb Ojca.

Powiedziała im także, żeby się nie bali; po latach pracy przy ojcu Bogusławie czuła się wystarczająco silna poprowadzić jego dzieła. I słowo dzieła jest tu bardzo na miejscu, powiedziała, bo to właśnie były dzieła.

 

Król Zulusów z kolegami z pokoju doprowadzili okno do błysku; Król jeszcze przez chwilę stoi w oknie, patrząc na ulicę za murem pensjonatu, na stację kolejową Ursus, szyld wypożyczalni wideo i bożonarodzeniowe girlandki na domach za torami.

Za rogiem pensjonatu św. Łazarza, pod namiotem z folii, syczą spawarki i młotki dudnią gdzieś we wnętrzu gotowego już kadłubu statku „Ojciec Bogusław”. Bezdomniacy umorusani wracają ze zmiany, sami budują ten szkuner. Król Zulusów zamyka okno, bo mu narzekają koledzy z pokoju, że zimno leci.


fotografie Piotr Małecki/napo images

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Angela Merkel: Róbmy to, co do nas należy

Tylko w „Polityce”. Rozmowa z kanclerz Angelą Merkel o tym, jak Unia chce wyjść z kryzysu, o zmianie europejskiego kursu Niemiec, praworządności, relacjach z Chinami i Rosją.

Adam Krzemiński
26.06.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną