Społeczeństwo

Nie cierpię damskich bokserów

Rozmowa z Iwoną Guzowską

i na ringu i na ringu Wojciech Robakowski / Forum
Posłanka Platformy Obywatelskiej opowiada o trudnym dzieciństwie, zwycięstwach na ringu i pracy w Sejmie.
Iwona Guzowska 'w cywilu'Rafal Nowak/BEW Iwona Guzowska "w cywilu"

Juliusz Ćwieluch: – Jak to jest zaczynać od samego dna?

Iwona Guzowska: – Gdy tylko się urodziłam, życie mi pokazało, że może niekoniecznie jestem potrzebna, chciana, kochana. Oczywiście, nie miałam tej świadomości, bo dopiero jak miałam sześć lat, dowiedziałam się, że jestem adoptowana. Ale to był tylko początek. Moje życie wielokrotnie rozpadało się na tysiące małych kawałeczków, a później od nowa się tworzyło. Za każdym razem, kiedy się okazywało, że ojciec nie wróci trzeźwy do domu. Za każdym razem, kiedy musieliśmy uciekać z domu przed jego agresją. Za każdym razem, kiedy trzeźwiał i mówił, jak bardzo nas kocha. Za każdym razem, kiedy ktoś mi przypominał, skąd jestem.

A czy pani wie, skąd jest?

Nie. Nigdy nie chciałam poznać ludzi, którzy zgotowali mi taki los. W pewien sposób jestem im wdzięczna. Moje życie być może nie wyglądałoby tak, jak wygląda. Ciężkie lekcje to największa wartość, jaką dostałam w życiu. One pchały mnie do przodu. Ta wola przetrwania, niepoddawanie się, ja po prostu się z tym urodziłam.

Znajomi nazywali panią Pittbull?

(śmiech). Zapracowałam na ten przydomek na ringu. Mój styl polegał na tym, że dopóki nie musiałam, nie byłam agresywna. Ale przyparta do muru, ostro walczyłam. Od dzieciństwa walczyłam o przetrwanie. Później o to, żeby wychować jakoś brata. Byliśmy praktycznie zdani sami na siebie.

To pani go w to wrobiła, rodzice adoptowali go na pani prośbę.

Bardzo chciałam mieć rodzeństwo. Nie zapomnę dnia, w którym w domu pojawił się braciszek. Tato przyszedł po mnie do przedszkola i powiedział, że brat jest już w domu. Tak się cieszyłam. Pamiętam nawet, jaki miałam kombinezon. Czerwony, obszyty futerkiem. Babcia mi uszyła. Biegłam poznać mojego braciszka. Wchodzę, a tu stoi małe przestraszone kurczątko. Nóżki w X, taką miał krzywicę. Jak zobaczył, że wchodzę, schował się za mamę. Bał się telewizora, nie umiał jeść chleba, choć miał już 3,5 roku.

Pamięta pani dzień, kiedy dowiedziała się, że jest adoptowana? Podobno mama powiedziała, że gdyby nie chciała już pani mówić do niej mamo, to może być ciociu.

Rodzice wykazali się tutaj mądrością życiową. Mama przed innymi sprawami uciekała, ale w tej kwestii była szczera i to zaprocentowało.

Jak pani godzi w sobie emocje? Rodzice wychowali panią jak własną córkę, ale alkoholizm ojca musiał być koszmarem.

Kocham moich rodziców. Oni sami sobie zgotowali piekło. Żal mi ich, bo to są dobrzy ludzie, tylko nie znalazł się nikt, kto by im pomógł. Dużą rolę mogła odegrać rodzina taty, który ma czworo rodzeństwa. To byli ludzie bardzo dobrze sytuowani materialnie. Mogli się zainteresować bratem, spróbować wysłać go na leczenie albo chociaż spytać, czy nam czegoś nie brakuje. Gdy ojca nie było o tej godzinie, o której powinien być, to mama schodziła na półpiętro. Kucała, łapała się kratek i tak siedziała całe popołudnie, wieczór. Czekała. Tak było przez lata. Zanim powiem cokolwiek więcej, muszę zrobić zastrzeżenie, że mój ojciec jest cudownym człowiekiem. To ten typ, co drugiemu odda ostatnią koszulę.

Tylko że ma dwie natury.

Jego alkoholizm i kłopoty też związane były z dzieciństwem. Urodził się w zamartwicy, z uszkodzeniem układu nerwowego. Na dodatek miał ADHD, którego w czasach jego dzieciństwa nie znano i nie diagnozowano. Tacy ludzie są bardziej podatni na nałogi. Tata, jak tylko mógł, poświęcał nam dużo czasu. Oni byli biedni, a pomimo to adoptowali dwójkę dzieci. Dali nam mnóstwo miłości i to jest ta trampolina, która pozwoliła mi się odbić. Stworzyli mi ten kruchy świat poczucia własnej wartości. Mama zawsze mi mówiła, że jestem wyjątkowa. Wspominała, że jak tylko mnie zobaczyła, taką chudzinę z wielkimi niebieskimi oczami, wiedziała, że to będę ja.

Ojciec zobaczył co innego. Stwierdził, że jest pani brzydka i na początku nie chciał pani adoptować.

Byłam bardzo chorym dzieckiem. Nic nie zapowiadało, że wyrośnie ze mnie taki harpagan. Mama zabrała mnie ze szpitala sama. Jak tata wrócił z pracy, to wyciągnęłam do niego rączki i powiedziałam „tata”. Jak to zobaczył, to przepadł.

Zwykła polska rodzina.

Mama pracowała w ZUS. Uwielbiałam do niej chodzić. Liczyłam na takich wielkich kalkulatorach. Tata pracował najpierw w Siarkopolu, później w Petrobalticu. A później to już była równia pochyła. Co złapał pracę, to ją tracił, bo pił. Próbował zaczynać od nowa. Wyjeżdżał do Libii, do Niemiec na kontrakty. A później znowu znikał na kilka miesięcy. Mieszkał u bezdomnych. Po takim ciągu alkoholowym zdarzało się, że nie potrafił sklecić zdania, takie miał dziury w mózgu. Zaliczał samo dno za każdym razem. Ale ma niesamowitą zdolność regeneracji. Nie widać po nim ani upływu czasu, ani tego, że tak dużo pił.

Pije?

Od dwóch lat nie pije. Jestem z niego bardzo dumna. Kupiłam rodzicom komputer. Okazało się, że to jest idealne zajęcie dla mojego taty. Internet to jego żywioł. Dzięki temu to jego ADHD jakoś się nie ujawnia. Nie musi szukać mocnych wrażeń w realu. W Internecie ma cały świat.

Takie historie z reguły nie kończą się dobrze.

Nie wiadomo jeszcze, jak ta się zakończy. Za każdym razem powtarzam tacie: zobacz, jak teraz jest dobrze, nie zepsuj tego. Od razu zmienia temat.

A swojemu mężowi też pani to mówiła?

To była pierwsza miłość ze wszystkimi tego konsekwencjami, czyli nieplanowaną ciążą. Mąż był moim trenerem. Ślub braliśmy, kiedy miałam 18 lat i wielki brzuch. Ja nie bardzo chciałam tego ślubu, ale mama nalegała. Rozumiem, że może on też nie był zachwycony tym ślubem, ale nie mogę mu wybaczyć, że po kilku latach przysłał list, w którym napisał, że się zrzeka dziecka. List bez adresu zwrotnego.

Czyli pierwsza miłość zakończyła się pierwszą nienawiścią?

Dlatego włączyłam się teraz w taką akcję „Licealne ciąże”. Apeluję do rodziców, którzy powinni być mądrzejsi od swoich dzieci, żeby nie wywierać presji na takich młodych ludzi. Niech oni ze sobą trochę pobędą, pomieszkają i sami podejmą decyzję, czy chcą ślubu. Ten ślub, a później rozwód nie był mi do niczego potrzebny.

Jako dziecko chciała pani zostać lekarzem. Ostatecznie została bokserem. To jednak duży rozrzut.

Myślałam również o malarstwie. Ale kiedyś moja serdeczna przyjaciółka zaciągnęła mnie na trening taekwon-do. Byłam bardzo sprawna, choć niczego szczególnego nie trenowałam. Znalazłam tam grupę rówieśników, w której czułam się dobrze. A 17-latkom tego bardzo potrzeba. Szybko zaczęłam odnosić sukcesy. Na pierwszy egzamin przyjechał koreański mistrz. Normalnie zdaje się na biały, biało-żółty, żółty, żółto-zielony pas. A ja od razu dostałam żółto-zielony. To było miłe, choć problem polegał na tym, że nie chciano ze mną walczyć, bo za mocno atakowałam. Na treningach żadna dziewczyna nie chciała ze mną ćwiczyć. Byłam tak ambitna, że choć rodziłam przez cesarkę, to na pierwszym treningu byłam tydzień po wyjściu ze szpitala. Nawet faceci zaczęli unikać mnie na ringu. Im byłam lepsza, tym gorzej ćwiczyło mi się z mężem, który na sparringach próbował mnie po prostu bić. Im bardziej chciał mi dowalić, tym mniej mu się udawało, choć był szybki i silny. Lekcja, którą mi dał, bardzo mi się przydała w ringu.

Po teakwon-do był kick boxing. To mało subtelna dyscyplina.

Ale nikt mnie nie dyskwalifikował za to, że uderzałam celnie i mocno. Ten sport bardziej pasował do mojej osobowości. Sukcesy i wyjazdy bardzo mnie dowartościowały. Zaczęłam sama uczyć się angielskiego. Mama kupiła mi książkę „Have a nice trip”, siedziałam i zakuwałam. Szło mi tak dobrze, że szybko zaczęłam chodzić jako tłumacz na odprawy techniczne. Miałam wielu znajomych z całego świata. Byłam w czymś dobra i to mnie napędzało, budowało. To była odskocznia od myśli, jak przeżyć kolejny dzień. Będąc mistrzynią świata, miałam problemy, żeby dożyć do pierwszego. 500 zł stypendium na niewiele starczało. Większość walk o mistrzostwo odbywało się przed świętami. Walczyłam o tytuł, ale i wizja nagrody mocno mnie motywowała. Jak za mistrzostwo świata dostałam 4 tys. zł, to opłaciłam sobie czynsz za cały rok z góry. Reszta poszła na prezenty.

Los się odmienił.

Sam się nie zmienił. Zaryzykowałam i zdecydowałam się przejść na zawodowstwo w boksie. Stypendium było niskie, ale co miesiąc. Idąc na zawodowstwo, traciłam wszystko. A sukces nie był pewny. Żeby zdobyć mistrzostwo świata, trzeba walczyć nie trzy, ale dziesięć rund. Bez kasku. Z zawodniczkami bardzo silnymi. Bałam się.

Pierwsza walka?

Weszłam do ringu, zobaczyłam tę Bułgarkę i nagle coś się stało. Obraz zwolnił. Moja percepcja totalnie się wyostrzyła. Ona walczyła, ale tak jakoś powoli. Zalałam ją gradem ciosów. Walka skończyła się po 22 sek. Na ringu byłam taką lepszą wersją siebie. Instynkt przetrwania pchał mnie do przodu.

Na ringu walczyła pani całkiem bez emocji.

Dlatego odniosłam sukces, bo kobiety w ringu zazwyczaj są bardzo emocjonalne. Po pierwszym ciosie tracą technikę i styl, zaczynają okładać na oślep. To jest katastrofa. Z reguły są to brzydkie walki. Uważam, że kobiety nie są stworzone do boksu. Ja jestem wojownikiem. Ale to tylko wyjątek, który potwierdza regułę. Dlatego starałam się walczyć jak facet.

Czy ta pani siła nie brała się z bezsilności? Ze złości na ojca alkoholika, który był tak słaby, że ciągle niszczył wasze życie? A pani postanowiła być silna do granic możliwości?

Może podświadomie tak było. Ale nigdy tak na to nie patrzyłam. Ja po prostu chciałam być najlepsza i ciężko pracowałam, żeby to osiągnąć. Byłam tak ambitna, że gdy podczas sparringu dostałam ze dwa ciosy, to płakałam, nie mogłam się uspokoić.

A jak zareagowała pani, gdy mąż próbował panią pobić?

Tak, że więcej nie spróbował. Obiecałam sobie, że w moim związku nie będzie awantur, nie będzie przemocy. Wiele kobiet pozwala sobie na złe traktowanie. Tak je wychowano, nie mają poczucia własnej wartości. W małych miejscowościach rozwód nadal jest wstydem, hańbą. W takim środowisku przyznanie się, że mąż mnie bije, jest równoznaczne z przyznaniem się do porażki. Angażuję się w kampanie przeciw przemocy, bo chcę zajmować się tym, co sama poznałam. Nie zabieram głosu na tematy, na których się nie znam. W tych sprawach jestem ekspertem życiowym. Teraz próbujemy wprowadzać taką politykę równościową.

Nie zauważyłem. Ile jest kobiet w Sejmie?

Mówię, że próbujemy. Ale rzeczywiście nie jest z tym najlepiej. Ja sama dostałam się do Sejmu trochę z przypadku. Polityką wcześniej w ogóle się nie interesowałam. Chodziłam na wybory i w zasadzie nic więcej. Dostałam propozycję kandydowania, bo było za mało kobiet wśród kandydujących, a wiadomo, że część kobiet głosuje na kobiety. Startowałam z 23 miejsca, nic sobie nie obiecując.

Pierwsza myśl po ogłoszeniu wyników?

Gdy się dowiedziałam, że ja, mały Guzol, dostałam się do parlamentu, to nie wiedziałam, co mam myśleć. Co ja będę tam robiła, tam są tacy mądrzy ludzie.

A są?

Niektórzy tak. Choć w Sejmie można się pozbyć wszystkich kompleksów.

Część kolegów próbowała je w pani wyrabiać. Żartowano, że na zaprzysiężenie przyjdzie pani w dresie.

Rozczarowałam ich. Podeszłam poważnie do tej pracy i robię wszystko, żeby nie było tak, że Guzowska świetnie się bawiła przez cztery lata na koszt podatnika. Gdy widzę, że gdzieś tracę czas, to się w to nie angażuję. Tak było z parlamentarną grupą kobiet. Spotkania raz na kwartał to nie jest droga do rozwiązywania problemów kobiet. Za bardzo przypominało mi to imieniny u cioci.

Poseł z pani partii próbuje ograniczać prawo bezdzietnych par do posiadania własnego dziecka.

To nie jest mój punkt widzenia. Ja byłam w zespole, który pisał kontrustawę do tego pomysłu. Pierwsze, co zrobiłam, gdy się dowiedziałam, że jestem w tym zespole, to wybrałam się do kliniki in vitro i na własne oczy zobaczyłam, jak wygląda cała procedura, żebym wiedziała, o czym mówię. Chciałabym, żeby ludzie tak dbali o dzieci, które są na świecie, jak tam dbają o zarodki.

Myślałem, że z perspektywy pani doświadczeń będzie pani walczyła bardziej o adopcje.

Ale ja walczę o adopcje! Jestem przewodniczącą zespołu PO do spraw adopcji.

Dobrze, że PO ma taki zespół. Niedobrze, że partia rządzi już dwa lata i w tych kwestiach jest równie źle, jak było.

Piszemy właśnie końcowe wnioski. Dotychczasowy system jest zły i niewydolny, ale trochę na zasadzie przyzwyczajenia nie potrafimy go zmienić. Co prawda deklarujemy, że domy dziecka są złe, ale jakby się przyjrzeć mechanizmom, cały czas są one preferowane. Skoro nie działają argumenty ludzkie, społeczne, zamierzam walczyć argumentem finansowym. Liczby nie kłamią. Koszt utrzymania dziecka w placówce waha się od 2,5 do 3,5 tys. zł miesięcznie. Rodzina zastępcza dostaje średnio 600 zł na dziecko.

Zamykać domy dziecka?

Domy dziecka to bagno. Są wyjątki, ale zdania nie zmienię. Mamy ponad 20 tys. dzieci w domach dziecka. 14,5 tys. z nich ma nieuregulowaną sytuację prawną. Przeprowadzamy zaledwie 3,5 tys. adopcji rocznie, to fatalny wynik. Wiem, że wszystkich domów dziecka nie da się zamknąć, bo zawsze będzie grupa dzieci, które mają np. wielowadzie, tyle chorób, że nawet specjalistyczna rodzina zastępcza nie podoła ich wychowaniu. Choć w Irlandii nie ma ani jednego domu dziecka. Adopcje robią z zagranicy.

A u nas liczba sierot rośnie.

To efekt m.in. eurosieroctwa. Rodzice za chlebem wyjechali za granicę. Dzieci zostały z babciami, ciociami. Osobami starszymi, czasem uzależnionymi. Domy dziecka pełne są teraz takich historii. Bardzo dużo dzieci odbieramy z powodów ekonomicznych. To jest idiotyzm. To jest nieekonomiczne i druzgocące społecznie. Dlaczego odbiera się małą Różę, zamiast pomóc tej rodzinie wcześniej?

Dobre pytanie, a myślałem, że to będzie pytanie do kogoś z PO, bo sami ucięliście pieniądze na system wsparcia takich rodzin.

Na asystentów rodzinnych potrzeba ok. 325 mln zł. Przeznaczono 27 mln. Mamy kryzys i dlatego były cięcia. Ale zamierzam udowodnić, że koszty tych cięć będą większe niż te 325 mln, bo profilaktyka zawsze jest tańsza.

Rodziny zastępcze się rozpadają, bo nie otrzymują wsparcia. Tam często trafiają dzieci niezdiagnozowane, np. z ADHD. Albo choroba była zdiagnozowana, ale ukryto ją przed rodzicami. To są pokaleczone dzieciaki, często z różnymi zaburzeniami psychicznymi. Nie ma się co dziwić, że ktoś nie daje rady. Domy dziecka się nie rozpadają z tych powodów, bo tam są inne metody na takie dzieci. I tak produkujemy kolejne pokolenie pokiereszowanych dzieciaków.

To, co pani mówi, nie zachęca do adopcji. Rozmawiałem kiedyś z kobietą, która próbowała wyciągnąć z więzienia swojego adoptowanego syna. Nie kryła goryczy. Mówiła, że zniszczył swoje życie, jej, a nawet jej biologicznego syna.

To się zdarza. Tak samo, jak zdarza się, że adoptowane przez ciebie dziecko zostanie mistrzem świata i posłem. Nigdy nie przewidzisz, jak skończy twoje dziecko, adoptowane czy nie. Ale daj mu jak najwięcej miłości i czekaj, co z tego będzie.

 

Iwona Guzowska, najbardziej utytułowana polska bokserka, zaczynała od kick boxingu. Trzykrotna mistrzyni świata w tej dyscyplinie (po raz pierwszy w 1993 r. w Atlantic City), czterokrotna mistrzyni Europy, w 1999 r. przeszła na boks zawodowy. W tym samym roku zdobyła mistrzostwo świata w wadze piórkowej. Z wykształcenia księgowa, jest samotną matką 17-letniego syna Wojtka i posłanką Platformy Obywatelskiej.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Miliard ludzi na świecie głoduje. Dlaczego? Bo jest okradanych przez nas – silniejszych i bogatszych

Rozmowa z Martínem Caparrósem, argentyńskim pisarzem, autorem zbioru reportaży „Głód”, o tym, dlaczego prawie miliard ludzi nie ma co jeść – mimo że żywności mamy aż za dużo.

Paulina Wilk
29.03.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną