Społeczeństwo

Ballada o szczęściu w nieszczęściu

Ośrodek dla dzieci w Lesznie: inny świat

Uczeń VI klasy podczas opieki nad zwierzętami domowymi w „mini zoo” Uczeń VI klasy podczas opieki nad zwierzętami domowymi w „mini zoo” Anna Musiałówna / Polityka
Uczniowie ze Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego w Lesznie pod Warszawą nie lubią weekendów, bo wtedy muszą wracać do domów. Żeby uwierzyć, trzeba to zobaczyć na własne oczy i usłyszeć na własne uszy.

Są tu dzieci i młodzież w wieku od 7 do 24 lat z niepełnosprawnością intelektualną lekką, umiarkowaną i znaczną. Są też dzieci autystyczne, niedosłyszące, niedowidzące i z niepełnosprawnościami ruchowymi. Nie jest to jednak tzw. trudna młodzież w potocznym rozumieniu, czyli nastolatki, które sprawiają kłopoty wychowawcze; tacy, gdy przekroczą pewną granicę, mogą trafić do ośrodków poprawczych, gdzie się resocjalizuje i karze. W ośrodkach szkolno-wychowawczych stawia się na edukację i profilaktykę.

W Lesznie prawie trzystoma wychowankami opiekuje się 60 nauczycieli i pedagogów specjalnych. Jest tu podstawówka, gimnazjum, szkoła zawodowa i klasy przysposabiające do pracy w dziesięciu zawodach. Od budowlańca, stolarza i hydraulika po fryzjera, cukiernika, kucharza i ogrodnika. Klasy 8–12-osobowe. W najtrudniejszych przypadkach mają tylko 3–4 uczniów.

Świat

Trójkę podopiecznych mają Dominika Solecka i Hanna Maciejak, dyplomowana pielęgniarka. Sala nr 3, w której pracują, jest zamknięta, sprzęty przytwierdzone do podłogi i ścian, żeby nie fruwały. 13-letni Bartek cierpi na chorobę genetyczną, szybko się starzeje, nie słyszy. 20-letnia Martynka wygląda na 13-latkę. Rozmawiać potrafi tylko 13-letnia Marta. Trudno więc mówić o nauce. To raczej terapia pielęgnacyjna: przewijanie, karmienie, zapewnienie bezpieczeństwa i rozbudzanie motywacji do wykonywania prostych czynności.

Dominika Solecka trafiła tu na praktykę dwa lata temu, gdy była studentką V roku pedagogiki specjalnej. Miała już za sobą 8 lat wolontariatu, opieki nad dziewczynką autystyczną. Zaraz po studiach rozpoczęła pracę w Lesznie. – Moi podopieczni mają silnie rozproszoną uwagę – mówi. – Gdy uda nam się skupić ją na tym, co dziecko w sobie lubi, rozbudzić motywację, to ono cieszy się, gdy może coś zrobić samo.

Na przykład Martynka uczy się od wielu miesięcy, żeby zamykać usta na łyżce. Może nauczy się za tydzień, za miesiąc albo za rok lub dwa. To będzie jej wielki sukces. I wielka radość pani Dominiki.

Już za kilka dni – technicy instalują urządzenia – gotowa będzie pracownia doświadczania świata, w której poznawać go będą zmysłami wzroku (rozgwieżdżone niebo), słuchu (nastrojowa muzyka), węchu (aromaterapia) i dotyku. Będzie tu m.in. przezroczysty słup wypełniony ciepłą wodą, jakby akwarium w pionie. Z kolorami i życiem jak na rafie koralowej, do którego będzie można się przytulić.

Praca

Większość wychowanków ośrodka to dzieci z niepełnosprawnością intelektualną lekką i umiarkowaną. Z alkoholem w tle. Coraz częściej bowiem dzieci dotknięte są syndromem FAS (płodowy zespół alkoholowy), bo matka w ciąży piła. Dzieci takie są nadpobudliwe, impulsywne, lękliwe, mają trudności z nauką, skłonności depresyjne i niskie poczucie własnej wartości.

Po zajęciach i odrobieniu lekcji (ponad połowa mieszka w internacie od poniedziałku do piątku) trzeba im wolny czas zagospodarować. – A że sensem życia jest praca, staramy się wolny czas wypełnić właśnie pracą – twierdzi Adam Klecha, dyrektor ośrodka. – To uczy życia, podnosi ich wiarę w siebie i poczucie wartości.

Kiedy powstał pomysł wyremontowania świetlicy, młodzież zgłosiła, że przydałby się tam stół bilardowy z prawdziwego zdarzenia. Na to dyrektor, że stół będzie, jeśli oni pomogą przy adaptacji sali. Pomagali. Pod okiem wychowawców i nauczycieli, głównie uczniowie kierunków budowlanych (posadzkarz, hydraulik, stolarz), zaplanowali i wykonali wystrój. Przycinali i heblowali deski, zwozili kamienie do budowy kominka. Na koniec do nowej świetlicy wnieśli nowy stół bilardowy.

Kilometr od głównej siedziby szkoły, w Gościńcu Julinek, filii ośrodka, położonej na skraju Puszczy Kampinoskiej, gdzie początkowo mieścił się tylko internat dla chłopców, szkoła ma teraz własne gospodarstwo. Ze stadniną. Zaczęło się od dwóch koników do hipoterapii, teraz jest 12 koni. Opiekują się nimi, pod okiem dwóch instruktorek jeździectwa, chłopcy z internatu. Karol i Patryk budzą się pół godziny wcześniej, żeby przed śniadaniem i lekcjami oporządzić zwierzęta.

Opiekując się końmi i pomagając w zajęciach hipoterapii uczą się odpowiedzialności – powiada Marianna Gurowska, instruktor jeździectwa. – Widzą, że są inne możliwości spędzania wolnego czasu niż tylko oglądanie telewizji czy wystawanie przed sklepem. Nadto praca z końmi wycisza, bo zwierzęta doskonale wyczuwają napięcie.

Przy Gościńcu wybudowano stajnie. Przy stajniach gruntownie wyremontowano dwie obszerne chaty. Jedną, z zapleczem kuchennym, wynajmują różne firmy. Ostatnio np. Ciech zorganizował tu imprezę integracyjną, potem Wigilię dla swoich pracowników. Są z tego pieniądze na część rozlicznych potrzeb ośrodka. Kiedy wiosną 2009 r. kończono remont, chłopcy zgłosili, że przydałby się w internacie duży telewizor. Zaczną zwozić żwir – dyrektor spotkał się z chłopcami – 150 ton do rozrzucenia przed stajniami, chatami i na dziedzińcu internatu. Może to zrobić wynajęta firma za kilka tysięcy złotych albo wy i wtedy będą pieniądze na telewizor – dał chłopcom wybór dyr. Klecha. – Wybrali pracę i za nią mają 57-calowy telewizor LCD – mówi.

W 2007 r. autystyczny Adrian, gdy tylko znalazł się w zasięgu słuchu dyrektora, mówił, jak to ma w zwyczaju, do siebie: a może tak, Adrianku, dyrektor kupiłby ci kurki? Albo: nie, chyba nie kupi ci kurek, za bardzo jest zajęty, ma dużo pracy. Wreszcie dyrektor zapakował Adriana do auta, pojechali na targ do Sochaczewa i kupili koguta i kury. Dzisiaj w minigospodarstwie oprócz kur, kaczek, królików, gęsi, indyka, bażanta, są też kozy. Dzieciaki opiekują się nimi, potrafią np. na czas przypomnieć wychowawcom, że kończy się pasza. Ostatnio Adrian, który nigdy nie nauczy się pisać, gdy tylko znajdzie się w zasięgu słuchu dyrektora, mówi do siebie: krowy to ci już, Adrianku, dyrektor na pewno nie kupi.

Teraz, zimą, pod śniegiem tego nie widać, ale dziedziniec ośrodka to dobrze zaplanowany park, z setkami roślin, które posadziły i dbają o nie dzieciaki. W ciągu 10 lat pracy w Lesznie dyr. Klecha niemal potroił stan posiadania szkoły. Stary budynek wyremontował, dobudował nowe większe skrzydło z rozlicznymi pracowniami – komputerową, fryzjerską i dwiema kuchniami dydaktycznymi. Zainstalowano windę. W 2009 r. oddano do użytku pełnowymiarową salę gimnastyczną. Eko, bo z urządzeniami do odzyskiwania ciepła. Z szatniami, natryskami i sanitariatami dla niepełnosprawnych. Zorganizowano bogato wyposażoną siłownię, gabinet rehabilitacyjny i fizykoterapeutyczny. Kiedy jest potrzeba, dyrektor wskakuje w drelichy i chwyta za widły (obornik w stajni), za łopatę (rozrzucenie żwiru) albo grabie (sprzątanie świata, które w Lesznie robi się wiele razy w roku). Remonty wykonują konserwatorzy i uczniowie. – Dlatego nie ma u nas mazania ścian, żadnego graffiti, bo nikt nie będzie niszczył własnej pracy – mówi.

Elita

W ośrodku w Lesznie pracuje elita polskich pedagogów specjalnych. Dyr. Klecha kompletuje kadrę od 10 lat, kiedy to po raz pierwszy wygrał konkurs na kierowanie szkołą. Nauczyciele dyplomowani zarabiają tu 4–4,5 tys. zł netto. Na ten zarobek składa się pensja, dodatkowe pół etatu, 30-procentowy dodatek za trudne warunki pracy, 10-procentowy za pracę w szkole wiejskiej oraz 5–15 proc. dodatku motywacyjnego. – Dzięki temu nie ma frustratów – powiada dyr. Klecha. – Nauczyciele nie rozmieniają się na drobne szukając na zewnątrz ćwiartek etatu.

Janusz Wieliczko, pedagog specjalny, 30 lat pracy z dziećmi, zna swojego obecnego szefa z czasów jego pracy w Warszawie. Siedem lat temu wahał się, czy przejść do Leszna. Na samą benzynę wydam co najmniej tysiąc złotych miesięcznie – bronił się. A Klecha na to: załóż sobie gaz.

Praca z wychowankami nie kończy się wraz z ukończeniem nauki w ośrodku. Trzeba np. pomóc chłopcu, który dwa lata temu opuścił Leszno i przez ten czas zdążył zadłużyć mieszkanie socjalne na kilka tysięcy złotych. Dostaje rentę, ale nie widzi konieczności płacenia komornego.

Codzienna praca w ośrodku wymaga inwencji. Począwszy od spraw najprostszych, takich jak jedzenie surówek. Nie jadało się ich w domu, więc są niedobre. Pan Janusz użył więc fortelu; zaczął robić składaki, czyli dwie kromki chleba, a w środku surówka. Zasmakowało. Trudniejsze sprawy to m.in. przygotowanie warsztatów teatralnych. Młodzież z ośrodka występowała w okolicznych szkołach z przedstawieniem „Ptasie radio w Sejmie” według Juliana Tuwima.

Nasi wychowankowie często pochodzą z rodzin patologicznych, bywają trudni – powiada Renata Kozłowska, od 5 lat w ośrodku, nauczycielka kształcenia zintegrowanego. – Jeśli jednak odnajdziemy w nich to, co najlepsze – zmieniają się. Bunt zamienia się w ciekawość. To wymaga czasu. Jeśli więc ktoś nie ma cierpliwości, nie kocha tej pracy, to nie ma tu czego szukać.

– Uczymy mniej, ale dokładniej – twierdzi dyr. Klecha. – Na egzaminach zewnętrznych wypadają niejednokrotnie lepiej niż absolwenci szkół zawodowych. Zdają egzaminy potwierdzające ich kwalifikacje zawodowe, często dalej się uczą w tzw. liceach uzupełniających. Stąd pomysł powołania takiego liceum od września 2010 r. jako kolejnej szkoły w ośrodku.

Rodzice dzieci z lekką niepełnosprawnością intelektualną niechętnie oddają je do szkół specjalnych. Chcą, żeby jak najwięcej się uczyły. W szkołach masowych (powszechnych), nawet w klasach integracyjnych, ich dzieci często popadają w depresję, żyją w ciągłym stresie, zamykają się w sobie. Kiedy w końcu dziecko trafia do Leszna, zwykle bywa tak, że po dwóch, trzech miesiącach rodzice przychodzą i mówią: Boże, dlaczego nie zdecydowaliśmy się na to wcześniej? Przecież teraz to zupełnie inne dziecko. – Bo tutaj dziecko czuje, że jest wśród swoich – powiada dyr. Klecha.

Buty

Z początkiem każdej zimy przestaje przyjeżdżać do szkoły część uczniów. Wtedy do domów uczniów jadą wychowawcy i często okazuje się, że przyczyną nieobecności jest brak butów. Przepisy nie pozwalają szkole kupić ich za budżetowe pieniądze. Buty kupuje więc, powołane m.in. w tym właśnie celu, stowarzyszenie Radość Dzieciom Niepełnosprawnym. Albo: dzwoni się do sponsorów lub przyjaciół. Kilka lat temu przyjaciel (burmistrz Ożarowa, który co środę funduje dzieciakom z Leszna zajęcia na basenie) podał telefon do hurtowni obuwia Ambra w Ożarowie. Dyrektor Klecha tam zadzwonił. – Odzew był natychmiastowy. Następnego dnia zajechał do nas cały bus butów. Było tego ze dwieście par, starczyło na długo – mówi.

Utrzymanie szkół specjalnych kosztuje więcej niż masowych. Wszystkie mają kłopoty finansowe. Domy dziecka podlegające resortowi pracy często kierują na czas kształcenia swoich wychowanków do ośrodków specjalnych podlegających resortowi oświaty. Przebywają tu od poniedziałku do piątku. DD dostaje za wychowanka ok. 4 tys. zł miesięcznie, natomiast za jego pobyt w ośrodku DD płaci 200 zł, czyli równowartość wsadu do kotła za 20 dni (10 zł dziennie). W Lesznie woleliby, żeby tę proporcję odwrócić, ale specjalnie się nie skarżą. Piszą programy, zdobywają pieniądze. Ostatnio partycypują w programie Unii Europejskiej Rozwój Kapitału Ludzkiego, w którym do podziału na 3 lata jest ok. 3 mln zł na kilka szkół powiatowych, z czego duża część tej kwoty przypadnie ośrodkowi w Lesznie.

Fotel

W październiku zadzwonił do dyrektora przyjaciel z PCK: mamy fotel dentystyczny. Weźmiecie? Weźmiemy, dyrektor na to. Odłożył słuchawkę i myśli: za darmo, ale po co nam fotel dentystyczny? To tak, jakbym dostał taboret do fortepianu. No, ale przecież jest tak, że większość dzieciaków nigdy nie była u dentysty. Gdyby tak uruchomić gabinet, to może nauczą się dbać o zęby? A więc będzie gabinet. Tylko gdzie? Zaadaptuje się garaż. Samochody mogą stać pod wiatą. Projekt, za niewielką opłatą, wykonał emerytowany architekt. Sanepid zatwierdził. Koszt adaptacji i wyposażenia (drugi fotel, sprzęty, poczekalnia, toaleta dla niepełnosprawnych, pomieszczenie na medykamenty i sprężarkę) – 120 tys. zł. Wspomógł, jak przy wszystkich przedsięwzięciach remontowo-inwestycyjnych, Jan Żychliński, starosta powiatu warszawskiego zachodniego. Roboty wykonano systemem gospodarczym. Znaleziono też dwóch absolwentów stomatologii. W dzień będą leczyć zęby dzieciom, wieczorami mieszkańcom Leszna i okolic. I płacić za wynajem. Gabinet mógłby ruszyć lada tydzień, ale Narodowy Fundusz Zdrowia ociąga się z podpisaniem kontraktu na świadczenie usług dla niepełnosprawnych. Bo w takim przypadku obowiązują wyższe stawki.

Podobnie jak z fotelem było z ośrodkiem wypoczynkowym w Zdworzu nad Jeziorem Zdworskim na Pojezierzu Gostynińskim. Upadający zakład Mera-Błonie przekazał go domowi pomocy społecznej w Bramkach. W 1999 r. zadzwonił Seweryn Chruściński, dyrektor DPS: PFRON zaprzestał finansowania takich przedsięwzięć. Muszę oddać ośrodek. – To wziąłem – powiada nowo mianowany wówczas dyrektor Klecha. – Dziś nie kończymy pracy jak większość szkół 26 czerwca, ale jedziemy na wakacje w siodle.

Do Zdworza przewożono konie, ale teraz młodzież doprowadza je tam podczas dwudniowego (120 km) rajdu. Połowa dzieci wypoczywa i jeździ konno odpłatnie. Żeby druga połowa, ci, których rodziców na to nie stać, mogła też pojechać. W 2009 r. zorganizowano trzy turnusy w Western Camp.

Późnym popołudniem do gabinetu dyrektora zgłasza się dwóch chłopców: – Czy moglibyśmy zostać na weekend?

Dlaczego? – pyta dyrektor.

Bo ja się tam nudzę – powiada pierwszy wychowanek domu dziecka.

A u mnie rodzice ciągle pijani – wyjaśnia drugi.

Wojciech Markiewicz, fotografie Hanna Musiałówna

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Żyjmy Lepiej

Dziesięć tysięcy kroków

Chodźmy chodzić, maszerować z kijami i biegać. Plan minimum to dziesięć tysięcy kroków dziennie. Można też zwiększyć obroty, ale trzeba to robić z głową.

Marcin Piątek
28.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną