Społeczeństwo

Brat gracz

Jureccy i Lijewscy: bracia od ręcznej

Michał Jurecki Michał Jurecki Tytus Żmijewski / Forum
Rozpoczęły się mistrzostwa Europy w piłce ręcznej. Bracia Jureccy i Lijewscy ruszyli z reprezentacją w kolejny bój.
Bartosz JureckiWojtek Wilczyński/Forum Bartosz Jurecki
Krzysztof LijewskiTytus Żmijewski/Forum Krzysztof Lijewski
Marcin LijewskiWojtek Wilczyński/Forum Marcin Lijewski

Piłka ręczna nie bez racji uchodzi za sport brutalny, takie rugby pod dachem. Każdy kołowy może coś o tym powiedzieć. Podczas akcji w ataku stoi tyłem do bramki, tuż przed linią pola bramkowego i siłuje się z przeciwnikami. Trwa atak, kołowy obserwuje kolegów rozgrywających piłkę i kombinuje, jak znaleźć wokół siebie trochę przestrzeni, rozciągnąć obrońców, w międzyczasie jest deptany, szturchany, odpychany, obrywa łokciem pod żebra albo w plecy. – W ścisku czasem nie sposób odróżnić zagrań przypadkowych od chamskich, tym bardziej że obrońca na zawołanie przybiera minę niewiniątka – mówi Bartek Jurecki, który z turnieju towarzyskiego w Austrii wrócił z podbitym okiem, ale takie urazy to dla szczypiornistów chleb powszedni. Na zeszłorocznych mistrzostwach świata Bartek trzy mecze grał z pękniętą kością palca stopy, a po turnieju jeszcze przez sześć tygodni służył klubowi SC Magdeburg. W końcu po to wymyślono zastrzyki przeciwbólowe, by takiego drobiazgu jak pęknięta kość zawodnicy nie używali jako wymówki od pracy.

Lewa stopa Bartka

Z bólem Bartek nauczył się żyć. Urodził się z wadą lewej stopy. Nie może nią poruszać w pionie, mięśnie łydki przez to nie pracują odpowiednio, nie wolno ich zbytnio obciążać. I dlatego lewa łydka Bartka jest znacznie chudsza od prawej. – Najgorzej jest rano. Pierwsze kilka kroków po wstaniu z łóżka to męka. Jak rozchodzę, jest lepiej. Ból wraca w okresie przygotowawczym, gdy treningi są ciężkie. Ale da się wytrzymać – twierdzi. – Bartek to fenomen. Mam dla niego wielki szacunek, bo musi znosić więcej niż inni, a mimo to twardy jest, nie skarży się – opowiada trener reprezentacji Bogdan Wenta. W 2006 r., po transferze do Magdeburga, stopę Jureckiego oglądali najlepsi niemieccy lekarze. Nie mogli się nadziwić, że z takim defektem gra już 13 lat. – Potraktowali stopę igłami, sprawdzili przewodzenie nerwowo-mięśniowe i orzekli, że mogę grać – wspomina.

Bartka jako kołowego się ceni, tak w reprezentacji, jak i w Magdeburgu jest niezastąpiony. A zaczynał jako prawy rozgrywający. Pierwszoligowa Olimpia Piekary Śląskie akurat szukała zawodnika na tę pozycję. W Piekarach mieszkał w hotelu robotniczym, sam na piętrze, z okna miał widok na kopalnię, a z parapetu codziennie można było ścierać kożuch sadzy. To był dla niego dobry czas na naukę cierpliwości, która teraz przydaje się na boisku. Bartek kuksańce obrońców znosi na ogół z kamienną twarzą.

Dzidzia gorąca krew

Nie to co Dzidzia. Gorąca krew. Zawsze taki był – mówi Bartek o swoim młodszym bracie. Na Michała wszyscy mówią Dzidzia, bo swego czasu był w reprezentacji najmłodszy. Grać zaczął późno, bo dopiero po ukończeniu szkoły podstawowej. Nadawał się na szczypiornistę – wysoki, potężnie zbudowany, ale jednocześnie zwinny. Szybko stał się najważniejszym zawodnikiem Tęczy Kościan. Bartek, starszy od niego o 5 lat, wtedy był już w Chrobrym Głogów. Klub właśnie poszukiwał lewego rozgrywającego. – To może przejedźcie się do Kościana i obejrzyjcie mojego brata, rzuciłem półżartem – mówi Bartek. Wysłannicy Chrobrego pojechali i zobaczyli dwa metry i dobrze ponad sto kilo szybkostrzelnego automatu do zdobywania bramek. Drogi braci się zeszły.

Wenta nie ukrywa, że ma do obydwu słabość, bo nawet jego wyśrubowane kryteria ambicji, waleczności i charakteru wypełniają z naddatkiem. – Pójdą na każdą wojnę, bitni są bardzo, to w nich siedzi. Dzidzia wszystko robi na 120 procent, na treningach czasami lepiej zejść mu z drogi – przyznaje. Bartkowi zresztą też niczego nie brakuje. – W Chrobrym na jednym z treningów skoczyliśmy do siebie, musiano nas rozdzielać siłą. Ale jak wyszliśmy z hali, gadaliśmy jak gdyby nigdy nic, o incydencie nie wspominając słowem – opowiada. Michał, mimo że jeden z najmłodszych w drużynie Wenty, nie ucieka od odpowiedzialności. – W obronie mamy dwóch szefów – Siódyma (Artura Siódmiaka, przyp. red.) i Dzidzię. On ma charyzmę, kiedy trzeba, potrafi ryknąć na starszych kolegów. A ci go słuchają, bo wiedzą, że dobrze rządzi – mówi Sławomir Szmal, bramkarz reprezentacji.

Trzy lata temu, na mistrzostwach świata w Niemczech, skąd Polacy wrócili ze srebrnym medalem, Michał w półfinale z Duńczykami przeżył swoje wielkie chwile. W ataku grywał rzadko, na lewym rozegraniu rządził wtedy Karol Bielecki. Przeciw Duńczykom Karol też grał świetnie, rzucał ważne bramki, ale w drugiej dogrywce zabrakło mu sił i poprosił o zmianę. Wenta: – Spojrzałem na Dzidzię i rzuciłem: jesteś gotowy? A Dzidzia na to, jąkając się trochę: Ttttrenerze, ja od urodzenia jestem goootowy. Zatrzęśliśmy się ze śmiechu, a Duńczycy i sędziowie spojrzeli na nas jak na wariatów. Półfinał mistrzostw świata, wynik na ostrzu noża, pachnie rzutami karnymi, a my rżymy nieprzytomnie. Michał przełamał impas rzucając dwie bramki z rzędu. Polacy wygrali 36:33.

Po tych mistrzostwach Dzidzia skorzystał z propozycji HSV Hamburg, klubu z ambicjami i stosownym potencjałem. – Na mojej pozycji była ostra konkurencja. Trener obiecywał, że da mi szansę, ale przez pół roku pograłem może ze 20 minut – mówi. Przeniósł się do TuS N-Lubeka i tam odżył. W tym sezonie jest najlepszym strzelcem drużyny. – Ciągnie im grę. Zbudowali wokół Dzidzi zespół. Już osiągnął pozycję podobną do tej, jaką Bartek ma w Magdeburgu – twierdzi Wenta. Cieszy się, że ma ich u siebie w drużynie. Dają solidność, pewność, stabilność.

Marcin daje impuls

Marcin Lijewski to niepokorna dusza. Schematy go nudzą. – Pobudza go rywalizacja, także na treningu. Ale czasem niepotrzebnie komplikuje proste rzeczy – ocenia Wenta. W trakcie meczu zdarza mu się rzucać z trudnych pozycji, lubi ryzyko. Jak trafi – to tylko wstać i klaskać, jak nie – trener rwie włosy z głowy. – Czasem mam wrażenie, że jeśli spudłuje pierwszy rzut, to się blokuje i wtedy myśli przede wszystkim o asystach i grze w obronie – uważa Eugeniusz Lijewski, ojciec Marcina i Krzyśka. – To raczej kwestia koncentracji – protestuje Marcin. – Czasem za łatwo się rozpraszam. Dopada mnie wtedy nonszalancja. Trochę to juniorskie, ale tak właśnie jest – mówi. Fachowcy wiedzą jednak swoje. Na dwóch ostatnich mistrzostwach świata, gdzie razem z kolegami zdobył najpierw srebrny, a potem brązowy medal, Marcin został wybrany do drużyny gwiazd jako najlepszy prawy rozgrywający turnieju.

Podobnie jak Michał Jurecki późno zaczął. Do końca podstawówki grał w koszykówkę, od czasu do czasu jeździł na obozy z ojcem grającym w szczypiorniaka w drugoligowej Ostrovii. – Wtedy w pierwszoligowych koszykarskich klubach była moda na podstarzałych albo przereklamowanych czarnoskórych, którzy dostawali miejsce w składzie kosztem młodych Polaków. Przekabaciłem go więc na ręczną – wspomina Lijewski senior.

W wieku 19 lat Marcin podpisał kontrakt z Wybrzeżem Gdańsk, w tamtych czasach klubem z czołówki ligi. Trener Daniel Waszkiewicz, obecnie asystent Wenty w kadrze, wbijał swoim zawodnikom do głowy, że jeśli nie znajdują w sobie genu walki, to niech lepiej szukają innego sposobu na życie. – Praktyki odbywały się na przykład przy okazji meczów piłki nożnej, które były raczej połączeniem rugby i judo. Każdy kończyłem w porwanej koszulce – opowiada Marcin.

W 2002 r. wyjechał do Flensburga Handewitt, czołowego klubu Bundesligi. W Niemczech nie było jeszcze wtedy wielu Polaków, Marcin przecierał szlak. Asystentem trenera we Flensburgu był wówczas Wenta. – Już wtedy zauważyłem, że Marcin nie ma najmniejszych problemów z asymilacją, dobrze wpływa na grupę. Potrafi rozbawić, rozładować napięcie, ale również wygarnąć prosto z mostu, dać impuls do przesilenia – mówi trener.

Na początku zgrupowania przed rozpoczętymi 19 stycznia mistrzostwami Europy Marcin snuł się po hotelu ze zbolałą miną, bo kilka tygodni wcześniej wycięto mu migdałki, stracił na wadze 6 kilo, a na pytanie, jak się czuje, odpowiadał krótko i dosadnie. Tuż przed turniejem trenerzy musieli skreślić kilka nazwisk, bo drużyna może liczyć tylko 16 zawodników. Ale zostawienie w domu starszego Lijewskiego nie wchodziło w grę. Przyda się, nawet jak będzie w połowie swojej zwykłej dyspozycji. Zresztą nie tylko o względy sportowe chodzi. – Pod koniec jednego z ostatnich treningów, gdy wszyscy już ledwie powłóczyli nogami, Marcin pierwszy ruszył do sprintów. Chłopcy zobaczyli, że on, zbolały i osłabiony po operacji, nie ogląda się na nikogo i zaraz zapomnieli o zmęczeniu – wyznaje Wenta.

Krzysiek na wszystko

Lijewski jest pewien, że kandydatem numer jeden do gry na prawym rozegraniu w reprezentacji jest jego o sześć lat młodszy brat Krzysiek. Ten odpowiada, że Marcin jest nie do zastąpienia. – Zawsze chciałem być taki jak Marcin. Jako dzieciak biegałem za nim i jego kolegami, by stać się częścią ich paczki. Zacząłem grać w kosza, bo Marcin grał – wspomina Krzysiek. Miał 8 lat, gdy ojciec oznajmił, że zrobi z niego szczypiornistę i przenosi go do szkoły, w której jest nauczycielem wuefu i trenerem. Na początku był płacz i bunt, ale jak już spróbował, koszykówce dał kosza.

Na przełomie 7 i 8 klasy urósł 20 centymetrów i jego dalsza kariera zawisła na włosku. Jeden lekarz stwierdził, że dalsze uprawianie sportu to dla Krzyśka prosta droga do kalectwa, ale znalazł się też inny, który zalecił ćwiczenia na wzmocnienie mięśni i po roku Krzysiek mógł wracać na boisko. W 2002 r. zdobył wraz z kolegami pierwsze w historii Polski mistrzostwo Europy juniorów. – To był pierwszy tak twardy dowód, że praca nie idzie na marne. Potem przyszedł kolejny – kontrakt ze Śląskiem Wrocław. Aż wreszcie w 2005 r. Krzysiu dostał propozycję od HSV Hamburg – opowiada dumny tata Lijewski. Niemcom tak bardzo zależało na ubiegnięciu konkurencji, że kupili Krzyśka w ciemno, nie zapraszając go wcześniej na testy. Dobrą reklamę nazwisku ­Lijewski robił już wtedy Marcin. A półtora roku temu w HSV uznano, że warto mieć w drużynie obu braci.

Wenta potwierdza: młodszy Lijewski ma wszystko, by w niedalekiej przyszłości zostać jednym z liderów reprezentacji. – Teraz idzie swoją drogą, ale kiedyś we wszystkim na boisku starał się naśladować Marcina. Mieliśmy nawet małą scysję, bo uznałem, że zamiast rozwijać swoje umiejętności, kopiuje brata. A w konsekwencji szkodzi nie tylko sobie, ale i drużynie.

Na własne szczęście Krzysiek potrafi słuchać i wyciągać wnioski. – Nie można poprzestać na zachwytach, jak dobrzy byliśmy niedawno. Stanie w miejscu tak naprawdę oznacza cofanie się – powtarza jak echo maksymę Wenty. A Lijewscy, tak jak Jureccy, nie zamierzają się cofać.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Niezbędnik

Tłukliwe dzieła sztuki

W poszukiwaniu dzieł sztuki – szczególnie tych z ceramiki czy szkła – nie trzeba koniecznie wybierać się do galerii czy na targi. Czasami wystarczy zajrzeć do kredensu babci.

Anna Maga
27.04.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną