Prenumerata na trudne czasy.

6 miesięcy za 99 zł.

Subskrybuj
Społeczeństwo

Twarde rachunki

Opolszczyzna: wracać czy nie wracać

Bernd Brägelmann / Flickr CC by SA
Wracajcie do domu! – apelują władze Opolszczyzny do mieszkańców pracujących za granicą. Chodzący po kolędzie księża rozdali 100 tys. ulotek zachęcających do powrotu. Tylko do czego tu wracać?

Oficjalnie województwo ma 1,04 mln mieszkańców. Wlicza się jednak w to 80–100 tys. osób, które wyjechały na stałe do Niemiec w latach 80., ale się nie wymeldowały. Czasami już nie żyją, lecz trafiają np. na listy do głosowania. Jeżeli warunkiem samodzielnego istnienia województwa miałoby być co najmniej milion mieszkańców, to Opolszczyzna byłaby w kłopotach. Od tego trzeba jeszcze odjąć ok. 100 tys. zatrudnionych za granicą na stałe, których na co dzień brakuje w województwie.

I

Przyjeżdżają do domów co miesiąc, dwa, pokręcą się kilka dni czy tygodni, przekażą pieniądze niczym alimenty – i z powrotem. Wahadłowi. Drugie tyle wyjeżdża co roku do prac sezonowych i wakacyjnych. – Brakuje nam wykwalifikowanej kadry, co staje się istotnym hamulcem rozwoju regionu – mówi Józef Kotyś, wicemarszałek województwa opolskiego.

To oznacza kiepskie perspektywy dla młodych Opolan, a to z kolei nakręca nową spiralę wyjazdów za pracą i dobrą płacą. Nęcą też dwie ogromne i dynamiczne metropolie: katowicka i wrocławska. Te, które pod koniec lat 90., kiedy ważyły się losy administracyjnego ustroju kraju, chciały podzielić Śląsk Opolski między siebie. Opolszczyzna z determinacją broniła wtedy swojej samodzielności, ale czy to kieszonkowe województwo ma i dzisiaj rację bytu?

Ma, bo gdyby tylko duży rozmiar dawał gwarancję sukcesu, nie byłoby takich państw jak Luksemburg – tłumaczy wicemarszałek Kotyś. Mówi, że Opolszczyzna ma problemy, ale nie ma kompleksów. – Podziwiamy rozwój Wrocławia, ale proszę pojechać 20 km za miasto i dalej, na wieś i do małych miasteczek to inny świat. Podobnie jest na katowickiej części Śląska, na którym straszą zrujnowane poprzemysłowe dzielnice. – Na Opolszczyźnie, tej wschodniej, z ludnością autochtoniczną, i zachodniej – z napływową, nie ma takich cywilizacyjnych przepaści i kontrastów.

Nikt rozsądny nie będzie dzisiaj kwestionował bytu województwa, w którym żyje się najlepiej w kraju – mówi prof. Romuald Jończy, kierownik Katedry Ekonomii i Gospodarowania Środowiskiem na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu. Jego głównym obszarem badań są procesy migracji zarobkowej ze Śląska. Mieszka w Boryczy, wsi pod Izbickiem. – Jesteśmy jedynym województwem, w którym poziom życia na wsi jest wyższy niż w miastach – podkreśla.

Potwierdza to ostatnia „Diagnoza Społeczna 2009”, opracowana pod kierownictwem prof. Janusza Czapińskiego. Opolszczyzna jawi się jako region o zdecydowanie najkorzystniejszych warunkach życia gospodarstw domowych. Jest na pierwszym miejscu pod względem ochrony zdrowia, na drugim – zasobności materialnej mieszkańców, na trzecim – standardów warunków mieszkaniowych. Znalazła się na trzecim miejscu (po województwach pomorskim i wielkopolskim) pod względem indywidualnej oceny jakości życia, opartej na opiniach samych mieszkańców.

Praktycznie mamy tu wszystko, co potrzeba do wygodnego życia – mówi Jończy. Gabinet dentystyczny, przychodnia weterynaryjna, solarium, świetnie zaopatrzone sklepy i miłe gospody. – Sąsiad ma warsztat blacharski, w którym zatrudnia pracowników spoza gminy. Na miejscu brakuje wykwalifikowanych robotników i pracowników do prac polowych. Są w Niemczech. – Dzisiaj, żeby u nas zbudować dom, trzeba dwa lata czekać na dobrą firmę – zauważa Jończy. W tej części Opolszczyzny do pracy jeździ się na wieś, a nie do miasta.

Może faktycznie nadszedł czas na powroty? – Z tym będą problemy, bo po tylu latach pracy w Niemczech punktem odniesienia co do jakości życia stał się Zachód, a nie bliżsi czy dalsi sąsiedzi – ocenia prof. Jończy. – Pracując w Polsce nie zaspokoją coraz wyższych aspiracji. Ale praca za granicą odbywa się kosztem rodziny. Według szacunków profesora, na obszarach wiejskich Opolszczyzny mieszka 25–35 tys. sierot i półsierot migracyjnych. Z jednym z rodziców, najczęściej z matką, albo z dziadkami.

II

Rozdawany po kolędzie apel kierowany jest przede wszystkim do mężczyzn: „Obcy tam i coraz bardziej obcy tu” – napisał bp Andrzej Czaja, ordynariusz opolski. „Jak święci Mikołaje, którzy przywieźli prezenty na święta, ale na Trzech Króli rodzina nie ma już z nimi o czym rozmawiać. Musimy im pomóc”.

Nie po raz pierwszy opolski Kościół zabiera głos w sprawie pracy zarobkowej za granicą. Już w 2001 r. arcybiskup Alfons Nossol zwracał uwagę na negatywny wpływ przymusowej separacji na małżeństwa i wychowanie dzieci. Wcześniej rozwody na śląskiej wsi były czymś obcym – teraz zdarzają się coraz częściej. Nowy biskup opolski Andrzej Czaja mówi, że to skutek nadmiernego konsumpcjonizmu. Kościół ostrzega też migrantów, by „nie ulegali łatwowiernie wpływom panującym niejednokrotnie w świecie zachodnim, zwłaszcza niektórym poglądom i postawom moralnym”. Cztery lata temu opolska kuria opracowała „zalecenia dla tych, którzy jadą za chlebem” – to szereg duszpasterskich wskazówek, jak w wymiarze religijnym zachowywać się za granicą i w czasie krótkiego pobytu w domu.

Nie namawiamy nikogo do powrotu, bo to nie jest rola Kościoła, ale do zastanowienia się, czy czasem cel wyjazdu nie został już osiągnięty? – mówi ks. Joachim Kobienia, kanclerz opolskiej kurii. – A jeżeli tak, może warto już wrócić, pracować za mniejsze pieniądze, ale być z rodziną? To, co dzisiaj jest bolączką i troską Kościoła opolskiego, jutro dotknie cały kraj.

Zdaniem ks. Waldemara Musioła, dyrektora wydziału duszpasterskiego, są trzy obszary zarobkowej rozłąki, które jednakowo negatywnie odciskają swoje piętno na życiu społecznym i religijnym. – To rozstania młodych małżeństw, które po okresie fascynacji powinny przez pierwsze lata małżeństwa budować do siebie zaufanie pod jednym dachem – wylicza. Efektem jest wzrost rozwodów i orzeczeń nieważności małżeństw przez sąd biskupi.

Kolejny problem to brak rodzica, najczęściej ojca, kiedy naturalną potrzebą dziecka jest obecność obojga rodziców. – Obsypanie prezentami z bagażnika, pobyt w supermarkecie i wyjazd – dodaje ks. Musioł. Wreszcie efekt opuszczonego gniazda dotykający ludzi starszych. – Brakuje drugiej osoby, która podałaby szklankę herbaty czy pomogła w chorobie.

 

III

Wyjazdom zarobkowym na początku lat 90. sprzyjało posiadanie podwójnego obywatelstwa i rodziny w Niemczech. Siła marki wobec złotego była przeogromna. W końcówce PRL, jeżeli komuś udało się dostać pracę w Niemczech, to jedna przeciętna pensja przeliczana była na 65 polskich. W 1993 r., kiedy fala wyjazdów była największa, średnia pensja niemiecka równała się 12 naszym. Szybko można było dorobić się domu, mieszkania, samochodu – i utrzymać rodzinę. Dzisiaj proporcje wynoszą już tylko 1 do 4. Za granicą można nieźle zarobić, ale już nie dorobić się!

Wicemarszałek Kotyś przekonuje, że dzisiejsze zachęty do powrotu trafiają często do ludzi, którzy przed laty byli niepotrzebni. – Mieszkam w gminie Klonowskie, w sąsiedztwie dwóch hut w Ozimku i Zawadzkiem – wspomina. Pracowało w nich kiedyś 11 tys. osób. W ciągu paru lat zwolniono 10 tys., nie proponując niczego w zamian. – Oni wtedy na siłę zostali wypchnięci za granicę.

Kiedy na Zachód płynęła fala migracji zarobkowej, pod prąd przebił się na Opolszczyznę Jan Friedrich. Za PRL pracował na budowach eksportowych. Najdłużej w NRD, w Lipsku. Tam się ożenił. Żona zarejestrowała jedną z pierwszych w NRD prywatnych firm zajmujących się handlem materiałami budowlanymi. – Dobrze nam szło, ale po upadku muru berlińskiego nie wytrzymaliśmy konkurencji – wspomina. Z 50 tys. marek przyjechał do Zdzieszowic.

Założył zakład produkujący kostkę brukową i wytwórnię zapraw budowlanych. Zatrudniał blisko 70 osób. Dobrze prosperował, zanim nie zderzył się z naturą. – Wielka powódź zniszczyła mi komponenty warte pół miliona marek – mówi. – Odszkodowania nie dostałem, bo uznali mnie za kapitał zagraniczny.

Friedrich odradza powroty do kraju tym wszystkim, którzy nie mają jeszcze praw do niemieckiej emerytury. Z niemieckimi emeryturami wrócili Joachim i Marianna. On ma 2600 euro miesięcznie, ona 1300. Wybudowali dom, trzy razy w roku są w ciepłych krajach. Takie emerytury pozwalałyby już na dobre życie w Niemczech, w Polsce pozwalają na luksusowe. Friedrich ma zaliczone blisko 20 lat pracy, ale w ostatnich latach płacił składki tutaj, więc znalazł się w polskim systemie. – Te niemieckie lata będę miał uwzględnione, ale już na polskich warunkach – tłumaczy. – To będą marne pieniądze i to jest najgorsze, co mnie tutaj spotkało. Emerytury to jeden z najważniejszych szlabanów zniechęcających do powrotu.

IV

W sąsiedniej 8-tysięcznej gminie Leśnica za granicą pracuje 1200 osób. – Entuzjazmu do powrotu nie ma, ale też nie kusiliśmy jeszcze ludzi ulgami podatkowymi, jeżeli założą u nas jakiś biznes – mówi Łukasz Jastrzembski, nowy burmistrz Leśnicy. – Wprowadzimy je jeszcze w tym roku. Leśnica chce się wzorować na Zdzieszowicach.

Zasada jest prosta: wy mi likwidujecie bezrobocie, a ja wam daję wszystkie możliwe zwolnienia podatkowe – mówi burmistrz Dieter Przewdzing, od ponad 30 lat rządzący Zdzieszowicami. Im więcej zatrudnionych, tym dłuższe zwolnienia podatkowe. – To właśnie taka polityka przyczyniła się do powstania od 2000 r. 37 zakładów, w których pracuje prawie 2 tys. osób – chwali się. – Dzięki temu budżet gminy z 24 mln zł w 2006 r. wzrósł do 52 mln!

W 2003 r. Beata i Arnold Czakajowie otworzyli w nowym domu w Leśnicy kwiaciarnię. Do Niemiec wyjechali w 1991 r. Arnold, elektromechanik, znalazł pracę w swoim zawodzie; Beata, po liceum, skończyła szkołę florystyki i dostała pracę w modnych kwiaciarniach. Postanowili wrócić. Zdecydowali się na kwiaciarnię.

Jeszcze jedno było ważne – podpowiada Beata. – W Niemczech czy w Polsce chcieliśmy być razem. Dostatecznie poznali rodzinne i małżeńskie dramaty związane z rozłąką. – Migracja zarobkowa stworzyła nieznany wcześniej styl życia, który zupełnie nam się nie podoba – mówi Beata. Opisują znajome małżeństwo: on – tam, bez trosk; ona – tu, w zupełnie innym świecie. Prezenty dla dzieci, pieniądze na konto, szybki seks, pokazanie się w kościele i do widzenia.

Beata w kwiaciarni pracuje więcej niż w Niemczech, choć zarabia sporo mniej. Arnold jest zaopatrzeniowcem i pomocnikiem do wszystkiego. – Na tym rynku znaleźliśmy niszę, artystyczne kompozycje z kwiatów – przyznaje. – Jest skromnie, ale nie żałujemy decyzji o powrocie. Mimo podwójnego obywatelstwa i dobrej znajomości języka byliśmy tam obcy.

W 2006 r. do Zalesia Śląskiego pod Leśnicą wrócili, po 7 latach pracy w Niemczech, bracia Andrzej i Adrian Kloskowie. Rok później otworzyli warsztat lakierniczy. Do Niemiec pojechali do ojca, wprost po szkole samochodowej. Przyznają, że pracują dłużej i w trudniejszych warunkach niż w Niemczech. – Ale u siebie i dlatego wróciliśmy.

O wspólnej akcji władz regionu i Kościoła nie słyszeli. – Nikt by nie myślał o wyjeździe do Niemiec i nie trzeba by było teraz żadnych apeli, gdyby można było u nas więcej zarobić – uważają Kloskowie.

Prowadziliśmy badania dotyczące warunków powrotu, w tym płacowych – wyjaśnia prof. Jończy. – Średnio wyszło ok. 2800 zł netto miesięcznie, ale jedna trzecia badanych godziłaby się już na 1500–2000 zł pensji reemigracyjnej. Dla jednej piątej badanych przyzwoity zarobek to 3400–5000 zł na rękę, niewielu zgodziłoby się podjąć w Polsce pracę za mniej niż 1500 zł. Wychodzi na to, że wołanie o powrót z migracji zarobkowej długo jeszcze będzie nieskuteczne. Bardziej niż apele przekonują twarde rachunki. Bo przecież pracujący za granicą przywieźli w ubiegłym roku na Opolszczyznę ponad 3 mld złotych.

Polityka 6.2010 (2742) z dnia 06.02.2010; Ludzie i obyczaje; s. 88
Oryginalny tytuł tekstu: "Twarde rachunki"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Co z uznaniem ukraińskiej Cerkwi? Pytamy metropolitę Sawę. „Teraz trwa wojna”

Rozmowa z metropolitą Sawą, zwierzchnikiem Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego, związanego z patriarchatem moskiewskim, o tym, dlaczego polscy prawosławni nie uznają niezależności Cerkwi w Ukrainie.

Katarzyna Kaczorowska
09.08.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną