Społeczeństwo

Kandydat zahaczony o coś

Z życia sfer

Kilka dni temu lider Prawicy RP Marek Jurek przerwał milczenie i zadeklarował start w wyborach prezydenckich, „ponieważ nasze państwo i nasze życie publiczne potrzebuje zmian”. Tymczasem zmiany w państwie wywołane deklaracją Jurka nie są jeszcze widoczne i na razie ograniczają się do tego, że zgłoszenie swojej kandydatury zaczął rozważać także prezes PSL Waldemar Pawlak.

Z obozu PO dochodzą sygnały, że nazwisko kandydata tej partii w wyborach prezydenckich będzie znane około kwietnia, a więc szczęśliwie jeszcze przed pierwszą turą głosowania. Obietnica wysunięcia przez Platformę jakiegoś kandydata o znanym nazwisku z pewnością cieszy jej zwolenników, zwłaszcza że lansowany obecnie kandydat o nieznanym nazwisku ma umiarkowane poparcie i według ostatnich sondaży jego przewaga nad znanym z nazwiska kandydatem PiS Lechem Kaczyńskim powoli topnieje i zaczyna niebezpiecznie oscylować wokół remisu.

Nawiasem mówiąc, część polityków PiS uważa, że niepodawanie nazwiska kandydata nie mieści się w standardach dojrzałej demokracji, jest przejawem cynizmu kierownictwa PO i chytrym sposobem na unikanie merytorycznej kampanii. PiS uważa, że ma prawo znać nazwisko kandydata PO, aby w toku debaty móc się do tej kandydatury rzeczowo odnieść za pomocą haków, które posiada. Prezes Jarosław Kaczyński publicznie przyznaje, że na temat działalności kandydata na kandydata Sikorskiego od dawna dysponuje konkretną wiedzą zawierającą określone fakty. Nie kryje przy tym, że jest to wiedza tak porażająca, że aż nie może jej udostępnić, gdyż są to sprawy objęte tajemnicą państwową i nie wiadomo, czy kiedykolwiek zostaną upublicznione.

Ostatnie wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego ukazują dramat polityka, który wie i podejrzewa więcej niż inni, ale nie może o tym mówić, chociaż nie może o tym także nie mówić. Tego rodzaju postawę, bliską również jego bratu, trzeba docenić, gdyż pogłębia ona naszą ogólną podejrzliwość oraz niewiedzę na temat wielu szkodliwych zjawisk mających albo i niemających miejsca w życiu politycznym. Podobno prezydent Lech Kaczyński podejrzewał Sikorskiego o to, o czym nie może mówić, już w momencie, gdy powoływał go na szefa MON w rządzie brata. Niestety prezydent musiał go powołać, bo prawdopodobnie nie miał jeszcze wówczas wystarczających dowodów potwierdzających jego podejrzenia i po prostu chciał uśpić czujność Sikorskiego. Ze względu na konieczność zachowania tajemnicy państwowej być może nigdy nie dowiemy się, czy podejrzewał go o coś konkretnego, czy jedynie o to, że może on być o coś podejrzany w przyszłości.

Swoją drogą podejrzliwości prezydenta trudno się dziwić, bo kiedy patrzy się na stale arogancko uśmiechniętego Radosława Sikorskiego, trudno się oprzeć wrażeniu, że jest to człowiek naprawdę zdolny do tego, aby być przez Kaczyńskich o coś podejrzewanym. Zresztą fakt, że Lech Kaczyński nigdy Sikorskiego nie lubił, najlepiej świadczy o tym, że podejrzewając go, nie mógł się mylić.

Polityka 8.2010 (2744) z dnia 20.02.2010; Felietony; s. 4
Oryginalny tytuł tekstu: "Kandydat zahaczony o coś"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Brunatne Podhale: Fajne chopaki, ideologiczne i narodowościowe

„Mundury – co tam. Schludnie ubrani. Po Chochołowskiej chodzą? A gdzie mają chodzić? Co do tych Żydów, to raczej niepotrzebnie na nich krzyczą. On osobiście raczej by nie krzyczał. Ale Żydzi są przebiegli, mają pieniądze, rządzą na świecie. Tak było, jest i będzie”.

Przemysław Witkowski
24.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną