Społeczeństwo

Pogódź rodzeństwo

Czy warto fundować dzieciom rodzeństwo?

Nathan Abplanalp / Flickr CC by 2.0
Rzecz wbrew pozorom nie jest wcale taka oczywista.

[Tekst ukazał się w POLITYCE 19 lutego 2010 roku]

Jedynacy w wielu życiowych konkurencjach wygrywają. Weźmy inteligencję, pewność siebie i odsetek tych, którzy z czasem dopracowali się wysokich stanowisk. Badania Sharryl Hawke i Davida Knoxa wskazują jasno, że jedynacy górą. Dostają więcej rodzicielskiej uwagi, co przekłada się na wyższe IQ. Kończą lepsze szkoły, startują z wyższego pułapu. Weźmy skłonność do współpracy. Badania Toni Falbo: znów jedynacy górą. W dzieciństwie nie musieli rywalizować z rodzeństwem o uwagę rodziców, o zabawki i przestrzeń. Są więc bardziej skłonni ufać ludziom, widzą innych w lepszym świetle (co nierzadko czyni ich bardziej atrakcyjnymi towarzysko – lubimy wszak tych, którym my sami bardziej się podobamy).

Weźmy wreszcie stałość i wierność w związkach. I tu jedynacy wypadają lepiej. Są zgodniejsi (statystycznie rozwody najrzadziej zdarzają się kobietom jedynaczkom). Napatrzyli się być może na małżeństwa rodziców, które – średnio – były lepsze od małżeństw rodziców kolegów. Z dziesiątek prowadzonych badań wynika, że jakość relacji między małżonkami jest odwrotnie proporcjonalna do liczby posiadanych dzieci.

Jest jednak jeszcze jedna ważna kategoria. To dzietność. Jedynacy są tą grupą, która najrzadziej poprzestaje na jednym. By wychować więcej dzieci, częściej rzucają dobrze płatne prace. Bo – mówią potem psychologom – nie ma nic gorszego, niż stać samotnie jak palec nad grobem rodziców.

Być może właśnie dlatego w badaniach na temat poczucia szczęścia to jedynacy z wiekiem coraz wyraźniej odstają w dół. Im człowiek starszy, wynika z badań, tym ważniejsze dla niego stają się relacje siostrzano-braterskie. Tym więcej wsparcia, radości człowiek dostaje tą drogą i tym bardziej się owo wsparcie liczy w życiowym rozrachunku. Tylko 15 proc. 15–25-latków wymienia brata lub siostrę (częściej siostrę) jako osobę szczególnie dla nich ważną. Po sześćdziesiątce ta grupa rośnie do ponad 80 proc. W tym wieku większość nawet skłóconych w młodości rodzeństw stać już na wspaniałomyślność.

Zależności

Pytanie, jak wygląda te kilkadziesiąt wcześniejszych lat. Oto historia rodziny Marii, aktorki. Matka i dwie siostry matki mieszkają w jednym mieście na sąsiednich ulicach. Wspierały się w najtrudniejszych chwilach, ale poza tym – latami nie mówiły sobie dzień dobry. Były obrażone, pokłócone, zwykle o drobiazgi. Choć gdy zajrzeć głębiej, każda ma żal o dzieciństwo drugiej. Najmłodszą rodzice chowali inaczej: ujmowało ich, że tak wiele potrafi wywalczyć dla siebie, zagrzewali do walki. Siostry nie wybaczyły jej do dziś na przykład tego, że różne drobiazgi – pamiątki, głównie ona wzięła po śmierci rodziców. Średnia nie mogła wybaczyć najstarszej, że w trudnych chwilach dostawała od niej pieniądze. „Tylko pieniądze” – mówiła. Najstarsza ma żal mniej więcej o to samo: też była wówczas w skrajnej biedzie, dzieci tygodniami jadły płatki owsiane z wodą, ale mimo ich protestów połowę z tego, co miała, oddawała średniej siostrze, która zamiast dziękuję, przestała otwierać jej drzwi.

Ale to i tak niebo w porównaniu z tym, co się stało z rodzeństwem ojca Marii. Miał trzech braci alkoholików, z których dwóch zapiło się na śmierć. I czwartego – dziś biznesmena, ulubieńca mamy. Skrzętnie zliczał pożyczane braciom na procent sumy, a potem odbierał – w resztkach ich majątku. W pokoleniach wcześniejszych (dziadków jej rodziców) było jeszcze gorzej. Brat próbował zabić brata, bo na XIX-wiecznej wsi nie mógł wybaczyć rodzicom, że późno, już po czterdziestce, urodzili mu konkurenta do schedy. Za to siostry szalenie się kochały. Dziś leżą koło siebie na cmentarzu.

Od czego więc zależą relacje między rodzeństwem? Statystycznie rzecz biorąc – głównie od liczby lat spędzonych razem w domu. Ci, którzy mieszkali długo razem, mają największe szanse na bliską relację w przyszłości. Choć i największe szanse, że będzie to relacja toksyczna i niszcząca.

Wielkie znaczenie ma przypadek: czasem przychodzi na świat dwójka albo trójka dzieci, których charaktery świetnie się zgadzają. Ci będą się zwyczajnie lubić. Co wiele ułatwia.

Jeśli charaktery okażą się niedopasowane, miłość rodziców może nie wystarczyć. Bo na początku każdej braterskiej czy siostrzanej relacji jest złość, żal i zazdrość. Jeśli rodzice chcą sobie wyobrazić, jak czuje się ich starsze dziecko, Adele Faber i Elaine Mazlish radzą zastąpić wyrażenie „drugie dziecko” słowami „druga żona” lub „drugi mąż”. „Tak mi się podobasz, kochanie, że postanowiłem sprowadzić sobie jeszcze jedną żonę”. „Dlaczego nie chcesz jej oddać tej sukienki? Przecież troszkę przytyłaś i na ciebie jest za ciasna, a jej jest w tym tak ładnie”. Miłość i uwaga rodziców pomoże tę złość pacyfikować, lecz od niej nie uwolni. Uwalniają zdarzenia takie jak rozwód rodziców. Opuszczone przez ojca lub matkę rodzeństwa zwykle wczepiają się w siebie, bo kolejnego odejścia może by nie przeżyły. Jak te siostry prababki Marii, aktorki. Ale to raczej nie jest recepta na udane życie.

To, co koniecznie powinni zrobić rodzice, to uczyć dzieci nazywać i rozumieć uczucia – swoje i rodzeństwa. Wyrażać emocje w sposób, który nie rani. Jeśli im się to uda, nawet najbardziej skłóconym dzieciom dadzą szansę, by w przyszłości się zaprzyjaźniły.

Słuchaj i mów

Jak to konkretnie zrobić? Pierwsze przykazanie brzmi: rozmawiaj z każdym dzieckiem o uczuciach. Pytaj i pomagaj mu nazywać jego emocje. Już dwulatki bywają bardzo empatyczne, przeżywają upadek brata ze schodów nie mniej intensywnie niż własny. Zwłaszcza im trudno zaakceptować pojawienie się tego drugiego. Żyją w przeświadczeniu, że wszystko, co się dzieje, dzieje się z ich powodu. Robią pierwsze analizy, ale proste: „Nie byłem wystarczająco dobrym dzieckiem, skoro mama chciała inne”.

Lecz i starszym dzieciom jest trudno. Mama pewnej siedmiolatki opowiada, że córka, pilna i grzeczna, długo była chłodna wobec swojej młodszej siostry. Wychodziła z pokoju zawsze, gdy zjawiała się mała. Zagadnięta przez mamę, że pewnie czasem ma dość tej siostry, niespodziewanie wybuchnęła: że jej nienawidzi, że czasem życzy jej, by umarła, żeby jej w ogóle nie było. Matka się wystraszyła, lecz odpowiedziała jedynie, że rozumie. Że każdy ma prawo tak się czasem poczuć. Wieczorem, zaglądając do pokoju dzieci, pomyślała, że wzrok ją myli: dziewczynki spały przytulone w jednym łóżku.

Jeśli złości jest naprawdę dużo, dobrze się sprawdza rysowanie jej: „Narysuj mi, jaki jesteś zły na brata”. Tyle że czasem trzeba zacząć od siebie. Dzieci podpatrują dorosłych. Chętnie wyżyją się w rysunku, jeśli zauważą, że rodzic też tak robi.

Niestety, współcześni rodzice zwykle przyjmują jedną z poniższych strategii. Złych strategii. W poczuciu winy wynagradzają starszemu wszelkie szkody z nawiązką, zwykle kosztem tego drugiego, trzeciego i czwartego dziecka.

Albo obsesyjnie dbają o równość i sprawiedliwość. Po kotlecie dla każdego, po tej samej ilości groszku. Znów błąd. Dzieciaki będą porównywać równie obsesyjnie, a kotlety nigdy nie są jednakowej wielkości.

Strategia kolejna: nie robić nic. Samo się ułoży. Więc bywa, że dzieci osiągają wyżyny perfidii w zwalczaniu siebie, wynajdowaniu nawzajem swoich słabych punktów, a rodzicielstwo okazuje się emocjonalną harówką ponad siły. Tacy rodzice cierpią później podwójnie, dowiadując się, jak Barbara, że jej starszy syn był w grupie chłopców, którzy po lekcjach pobili jej młodszego syna. Koszt poboczny – im więcej skłóconych dzieci, tym mniej udane małżeństwo.

Patrz

Ale samo upuszczanie emocji to jeszcze za mało. Przykazanie drugie brzmi: traktuj dzieci sprawiedliwie – ale nie po równo, a według ich realnych potrzeb. Nic się nie stanie, jeśli pewnego dnia wrócisz z bluzeczką tylko dla jednej córki. Była ze słoniem, a ta starsza tak uwielbia słonie. Ważne – żeby się zgadzało w ogólnym rachunku uwagi i miłości. „Za długo, kochanie, rozmawiam z twoją siostrą? Bo omawiamy jej przyjęcie urodzinowe, a to dla niej bardzo ważne. Ale gdy tylko skończymy, będę dla ciebie i powiesz mi, co dla ciebie jest ważne”. Złość nie jest tak dokuczliwa, piszą Adele Faber i Elaine Mazlish, jeśli dziecko ma przekonanie, że zawsze może liczyć na rodziców.

Psychologowie mówią też, by nauczyć się dostrzegać potrzeby niewidoczne na pierwszy rzut oka. Na przykład dzieci, które rosną w cieniu bardziej udanego brata albo siostry, czasem walczą o miejsce najgorszego. Ich zysk: dostaną więcej rodzicielskiej uwagi, nawet jeśli to będzie tylko reprymenda. Dlatego gdy jedno dziecko bije drugie, zamiast kierować się ku bijącemu, rozsądniej jest zająć się głównie poszkodowanym. A bijącego zapytać w drugiej kolejności, co się takiego stało.

Elaine Mazlish i Adele Faber podkreślają, żeby przyglądać się nie tylko dzieciom. Również – a może przede wszystkim – sobie. Większość rodziców przylepia dzieciom etykiety. To jest utalentowane muzycznie, więc tamto nie ma tych talentów. To grzeczne, a więc tamto nie. Etykietowanie tylko wzmaga problem. Cierpi i to, naszym zdaniem, agresywne, i to, które chcemy wziąć w obronę. Zamiast utulać żal, warto czasem zmienić schemat: „Nazwał cię hieną? Chodź, weźmiemy słownik zoologiczny, a ty znajdziesz jeszcze okropniejsze zwierzę”.

Rozumiej

Gdy prześledzimy bardzo popularny ostatnio nurt badań psychologicznych o tym, jak kolejność urodzenia wpływa na postawy i strategie życiowe – a więc późniejsze sukcesy czy niepowodzenia – okaże się, że wpływ jest ogromny. Najstarsi z rodzeństwa częściej mają cechy przywódcze. Te młodsze rzadziej obejmują stanowiska kierownicze. Widocznie rodzice nie mówili im: „Owszem, jeszcze nie umiesz rysować tak dobrze jak twój starszy brat, ale dzięki swojej inteligencji na pewno szybko się nauczysz narysować wszystko dokładnie tak, jak chcesz”.

Niestety mistrzami w traktowaniu osiągnięć rodzeństwa jako punktu odniesienia dla siebie są same dzieci. Pilnie obserwują, wyciągają wnioski. Typowa historia: dziewczynka bardzo chciała grać na fortepianie. Ćwiczyła z zapałem godzinami. Ale zauważyła, że jej młodsza siostra ze słuchu podgrywa te same melodie. Jej zapał ostygł. Dziesiątki dzieci nie zrobiło nigdy kariery, bo nie próbowało, bo przecież – to brat jest zdolniejszy.

Problem etykiet jest poważniejszy, niż się zdaje. Gdy chowamy dzieci do wyścigu szczurów, podsycanie w nich skłonności do rywalizacji może wydawać się kuszącą strategią. Lecz to strategia zła.

Człowiekowi, mówią Elaine Mazlish i Adele Faber, łatwiej żyć, gdy zamiast rywalizować z ludźmi, stara się robić to, co robi, możliwie najlepiej. Zrobienie dobrze czegoś motywuje do dalszych wysiłków. Bycie najlepszym skazuje na wieczne frustracje i morderczy wysiłek. W każdym środowisku, w każdym miejscu znajdzie się w końcu ktoś jeszcze lepszy.

Kłopot kolejny: dzieci widzą wiele, a miłość rodzicielska zwykle nie jest równa. Jedno z dzieci ma talent do rozbrajania rodzicielskiej złości, inne nie ma. Rodzice Matyldy niepokoili się, że jest coraz bardziej wycofana i krnąbrna. Aż im powiedziała, że chyba ich nienawidzi. Bo kiedy jej starszej siostrze Klaudii coś się udaje, to mama i tata zawsze wtedy patrzą na siebie z dumą i wymieniają uśmiechy. A kiedy udaje się jej, Matyldzie, to nikt na nikogo nie patrzy.

Ludzie szczególnie łatwo pielęgnują pamięć takich urazów. Gdy po latach zapytać rodzeństwa o ich dzieciństwo, zwykle słyszy się całkiem rozbieżne historie. Tak, jakby dotyczyły różnych ludzi, różnych domów.

Niestety, jest taki etap, kiedy wiele rodzeństw rozstaje się bezpowrotnie: nadchodzi starość, choroba, śmierć rodziców. W Polsce w ponad 90 proc. przypadków opiekę nad seniorami podejmuje najbliższa rodzina. Po paru latach zwykle jest to już tylko jedna osoba. Jak u Teresy: przez pięć lat codziennie jeździła po pracy do mamy posprzątać i ugotować, potem ją wzięła do siebie. Brat raz zabrał mamę na spacer na dwie godziny, po czym odprowadził siostrze – zapłakaną. I zrobił awanturę, że to nie jest na jego zdrowie. Teresa nie potrafiła mu powiedzieć, że ją z kolei złości jego brak zaangażowania. Przez lata nigdy mu nie powiedziała o żadnym swoim żalu. Nie umiała. Gódźmy więc dzieci zawczasu. Rodzeństwo, które potrafi się dogadać, komunikować swoje potrzeby, zapewne pomyślnie przejdzie kiedyś najważniejszą próbę: niedołężność i starość własnych rodziców. O nas też tu chodzi.

Martyna Bunda

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Pomocnik Historyczny

Fiat 126p. Polski Volkswagen, tylko trochę mniejszy

Gdyby szukać materialnego symbolu gierkowskiej dekady, Polski Fiat 126p byłby jak znalazł. To za sprawą tego małego autka zaczęła się w PRL era masowej motoryzacji. Bo samochód – obok własnego mieszkania – miał być najbardziej widomym znakiem dobrobytu Polaków.

Adam Grzeszak
12.10.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną