Społeczeństwo

Pułapki psychochondrii. Czyli co tak naprawdę dolega naszej duszy

Tumblr
Czy można uzależnić się od psychiatrów i psychologów tak jak od używek lub rzeczy?

Jednym z najsugestywniej opisanych literackich hipochondryków – można powiedzieć prekursorem współczesnej hipochondrii psychicznej – jest Obłomow, tytułowy bohater powieści Iwana Gonczarowa: człowiek, którego życiowym celem stała się ucieczka nie tylko przed silnymi, ale przed jakimikolwiek emocjami. Obłomow obawia się konfliktów i nowości, przekonany, że nie jest w stanie znieść żadnych przeciwności losu. Choć nie wychodzi z domu, ma wrażenie, że życie go zadręcza. Najdrobniejsze nieprzewidziane zdarzenie to zagrożenie dla równowagi ducha, którą z takim mozołem sobie wypracował. Nie cierpi dokonywać żadnych wyborów, nie potrafi podjąć żadnej decyzji. Najspokojniejsze chwile swego życia smakuje w łóżku i, niestety, tylko w łóżku. „Pozycja leżąca nie była dla niego ani niezbędna, jak dla chorego albo dla kogoś, kto kładzie się spać, ani przypadkowa, jak dla osoby akurat zmęczonej, ani błoga, jak dla próżniaka; to była jego pozycja normalna. Kiedy był w domu – a był w nim prawie zawsze – zajmował pozycję leżącą”.

Dzisiejsza hipochondria czy też – nazwijmy to – psychochondria, choć odległa w swych przejawach od „obłomowszczyzny”, skupia się właśnie na stanie ducha. A główne związane z nią niebezpieczeństwo to nadużywanie psychiatrii i psychologii. Czyli, krótko mówiąc, psychoszaleństwo, polegające na swobodnym rozszerzaniu listy zachowań, które jakoby wymagają interwencji specjalisty psychologa. Okazuje się, że pomocy wymaga dzisiaj ktoś, kto lubi pracować (pracoholik), kto za dużo przesiaduje przy komputerze, za często rozmawia przez komórkę, za często chodzi do kina, za często robi niepotrzebne zakupy. Żona ogrodnika-amatora skarży się, że jej mąż popadł w uzależnienie od kosiarki, a rodzice twierdzą, że ich dzieci są odurzone uprawianiem sportów ekstremalnych. Jak grzyby po deszczu powstają dzieła o uzależnieniu od czekolady, Internetu, pierwszej miłosnej kolacji...

Michel Lejoyeux, francuski psychiatra, autor niezwykle interesującej książki opisującej to zjawisko („Choroby urojone. Pułapki hipochondrii”, polskie wydanie Bauer-Weltbild Media, 2005), stawia przewrotną, wydawałoby się, tezę, że tymi, którzy najbardziej przyczyniają się do jego rozszerzania, są... psychoterapeuci.

Stres, lęk i anoreksja w jednym

Chory z urojenia to człowiek niezwykle oczytany (zwłaszcza w literaturze psychologicznej), otwarty na świat, pasjonujący się nowinkami, czytający prasę i oglądający telewizję. Rzecz w tym, że za dużo w nim wiary w to wszystko, o czym media donoszą. Bombardowany codziennie informacjami o nowych zagrożeniach i przeszkodach, jakie piętrzą się na drodze do osiągnięcia szczęścia, natykający się bez przerwy na rozmaite testy psychologiczne, z których zawsze wynika, że coś jest z nim nie w porządku, zaczyna się sobie bacznie przyglądać. I w krótkim czasie stwierdza, że jego niepowodzenia życiowe są po prostu wynikiem choroby.

Niemal każdy chory z urojenia zjawia się u psychoterapeuty ze skrupulatnie przygotowaną, swą prywatną, tak zwaną listą Balinta (od nazwiska angielskiego psychoanalityka), czyli spisem wszystkich zaobserwowanych u siebie objawów, odpowiadających takim lub innym jednostkom chorobowym. Jedna z pacjentek Michela Lejoyeux, aby ułatwić mu pracę, od razu zaczęła wyliczać, że ma: 1. Chwiejność nastroju: bo rano, jak coś się dzieje, jestem strasznie podekscytowana, co nie przeszkadza, że jeszcze tego samego dnia wieczorem czuję się tak, jakbym wpadła w depresję. 2. Podatność na zmęczenie i trudności z koncentracją: bo jak wracam po pracy jestem zupełnie padnięta i nie mogę nawet oglądać telewizji. 3. Dziury w pamięci: bo często mi się zdarza, że nie mogę sobie przypomnieć numeru telefonu moich przyjaciół. 4. Drętwienie mięśni i zakłócenia snu: bo często po dłuższym siedzeniu nie mogę się rozprostować, a zasypiam tylko po lampce koniaku, bo środki nasenne już na mnie nie działają. 5. Strach przed utratą wagi lub utyciem: to już chyba moja obsesja, bo ważę się po kilka razy dziennie. 6. Stany lękowe: bo nie przestaję z pewnym niepokojem myśleć o tym, co ze mną będzie. 7. Obniżoną samoocenę: bo ciągle jestem z siebie niezadowolona.

Nadając swym zwykłym, banalnym zachowaniom sens medyczny, chory z urojenia udaje się do psychoterapeuty, który przyjmuje go z wielkim zatroskaniem. Po kilku spotkaniach, bo terapeuta stwierdza oczywiście, że rzecz wymaga terapii, nawiązuje się między nimi niemal intymna więź, bo przecież pacjent odsłania zakamarki swej duszy. Wizyta u specjalisty staje się równocześnie i konsultacją, i rodzajem randki miłosnej. Sam fakt odbywania tych spotkań upewnia hipochondryka w przekonaniu, że jest chory, bo terapia w takim przypadku jest cotygodniowym pobieraniem lekcji niepewności i wyszukiwania nowych powodów do niepokoju. I zamiast zmierzać do końca – tak, jak się to dzieje przy leczeniu normalnych chorób – staje się początkiem długiego procesu uzależnienia… od terapeuty.

Bycie chorym staje się sposobem na życie, zwyczajem, którego tak łatwo się nie porzuci. W głębi duszy hipochondryk raduje się niezmiernie, że może wzbudzać współczucie i prezentować się jako ciężko chory, ale w sumie dzielny człowiek. Każdemu, kto obdarzy go zainteresowaniem, lubi pokazywać głębię swego cierpienia. Bojąc się zakończenia terapii, w przerwach między wizytami u terapeuty koncentruje się na wymyślaniu nowych, niepokojących objawów, czasem wręcz po to, aby nie zawieść swego uzdrowiciela, którego często traktuje jako instancję odpuszczającą winy i słabości. Ciągle chce być tym ukaranym przez chorobę i pocieszanym przez swego terapeutę. Leczenie staje się rytuałem, bez którego życie w zasadzie straciłoby sens. Chory z urojenia nie znosi, gdy się go chwali albo dodaje mu odwagi. „Z panem jest coraz lepiej, niedługo skończymy naszą pracę” – takie słowa wywołują w nim paniczny strach, więc natychmiast daje do zrozumienia, że jego stan znacznie się pogorszył, na co ma niezliczone dowody, o których naczytał się w poradnikach. Gdy terapeuta orzeka jednak pewnego dnia, że terapia została zakończona, najczęściej zostaje uznany za niekompetentnego – i tak rozpoczyna się medyczny shopping, czyli wędrówka po innych terapeutach i wyszukiwanie najlepszych (czyli zazwyczaj najmodniejszych) terapii. Zasięganie porad staje się dla hipochondryka tym, czym dla innych picie alkoholu lub zażywanie narkotyków. Nie do tego chciał chyba doprowadzić terapeuta.

Ta wspaniała depresja

Jak pisze Michel Lejoyeux, „lękowcy” uwielbiają liczby. Potrafią genialnie przekształcić informacje w zagrożenie, a zagrożenie w potrzebę leczenia. Czytając statystyki, chorzy z urojenia nie wyobrażają sobie, jak w ogóle można uciec od tak często występującej choroby, jaką jest depresja. Nawet wtedy, gdy czują się dobrze, nie przestają się niepokoić, bo traktują to swoje dobre samopoczucie jako „etap przejściowy i nietrwały, który nie wróży nic dobrego”. Bywają zakłopotani faktem, iż nie czują się wystarczająco przybici i znużeni.

Depresja stała się pojęciem-workiem, do którego można wrzucić praktycznie wszystko: przemęczenie, tak zwane wypalenie zawodowe, rozczarowanie miłosne, utratę pożądania, a nawet bóle pleców, alergię czy migrenę, które nazywane są zamaskowaną formą depresji. Hipochondrycy w samym pojęciu depresji znajdują społecznie akceptowalny sposób ogłoszenia wszem i wobec, że są niezaspokojeni i przygnębieni. Nostalgia, zniechęcenie i rozczarowanie zostają zastąpione przez łatwiejsze w użyciu pojęcie, przez chorobę, za którą nie jest się odpowiedzialnym i którą można wyleczyć środkami farmakologicznymi.

Wszystko to jest okupem składanym epoce nadmiernie zatroskanej opiekuńczością, zapobiegliwością i bezpieczeństwem. Nowoczesna hipochondria nie toleruje żadnego duchowego cierpienia. Oczekuje od psychologii pomocy w każdej normalnej, życiowej próbie. Tymczasem już Freud w swojej „Rozpaczy i melancholii” słusznie odróżniał rozpacz jako normalną, dostosowaną do zdarzenia reakcję od depresji jako choroby, która nie może być opanowana bez pomocy z zewnątrz. Rozpacz bowiem to życiowe doświadczenie, które należy uszanować i chronić przed wszelką ingerencją, a przede wszystkim przed zbędnym leczeniem. „Przygnębienie, splin i smutki, które nie wykluczają nawet ponurej nimi delektacji, mają tylko luźny związek z okrutnym cierpieniem, które zwala z nóg chorego na depresję, każąc mu żyć dzień i noc w obliczu śmierci” – pisał francuski psychiatra Jean Delay. Cierpienie dotkniętego depresją, prawdziwą depresją, jest równie elementarne i równie instynktowne co cierpienie fizyczne.

Można przyjąć, że ktoś, kto rozgłasza lub oświadcza terapeucie, że popadł w depresję, z definicji jest hipochondrykiem, gdyż ten, kto cierpi na prawdziwą depresję, prawie nigdy o tym nie mówi, prawie nigdy nie zgłasza się na konsultacje z własnej inicjatywy; na nic się nie skarży i cierpi w milczeniu. Czy zatem psychoterapeuci mają do czynienia wyłącznie z hipochondrykami? Niestety, w większości tak, choć nie umniejsza to ich roli, bo hipochondria to też przypadłość, która wymaga nie tyle leczenia, co dobrej rady. Dobry terapeuta nie zajmuje się wyimaginowaną depresją swego pacjenta, lecz tym, co pacjenta skłoniło do tego, aby uznać się za chorego, za kogoś wymagającego pomocy.

Rozkosze ponuractwa

Chorzy z urojenia są przede wszystkim ofiarami fałszywej koncepcji zdrowia. Mają zbyt wysokie wymagania w kwestii dobrego samopoczucia i spokoju ducha. Wierzą, że normalne życie to życie bez lęków. Nie akceptują myśli, że zdrowie to stan niedoskonały. Chronicznie niezadowoleni, usiłują naprawiać charakter albo swój, albo swojego otoczenia. W każdym mijającym dniu dostrzegają wyłącznie powody do niezadowolenia. Są perfekcjonistami, którzy przechowują gdzieś głęboko w duszy poczucie własnej nieudolności. Niezależnie od dokonywanych wysiłków nigdy nie są z siebie zadowoleni. Bronią się przed wszelkimi rozrywkami, bo jest to strata czasu – lepiej się skupić na przyczynach swych nieszczęść i porażek. W takich chwilach nawiedza ich myśl o wielkiej niesprawiedliwości, której są krzyczącymi ofiarami. Intymny dziennik, introspekcja czy rozmowa o przeszłości dostarczają im argumentów świadczących wyłącznie o tym, że wszystko idzie źle. Choć z pozoru rzewni i melancholijni, stają się tyranami i dla siebie, i dla swojego otoczenia.

Jak z nimi postępować? Przede wszystkim nie próbować ich leczyć, nie próbować przemówić im do rozsądku, nie próbować uspokajać, nie wypytywać o zdrowie i nie oczekiwać, że powiedzą, iż czują się już znacznie lepiej.

Chory z urojenia uwolni się od swoich lęków tylko wtedy, gdy przekształci istniejące w jego wyobraźni zagrożenie w nieszkodliwą sytuację. Gdy nada jej nowy sens, który nie będzie już wywoływał takiego niepokoju i pesymizmu. Tak jak pewien komiwojażer-jąkała, który przekształcił swą wadę w zaletę i zaczął się jąkać jeszcze bardziej.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Polonia jest taka jak my. Ewa Winnicka opowiada o polskim Greenpoincie

Mnie ten temat dlatego tak bardzo pociąga, że zmusza do zastanowienia, co to znaczy być w ogóle Polakiem – mówi Ewa Winnicka, autorka książki „Greenpoint. Kroniki Małej Polski”.

Janusz Wróblewski
16.06.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną