Społeczeństwo

Biblioteki: reaktywacja

Polski program biblioteczny

Aż 30 proc. mieszkańców wsi i małych miast deklaruje, że w ciągu ostatniego roku odwiedziło bibliotekę Aż 30 proc. mieszkańców wsi i małych miast deklaruje, że w ciągu ostatniego roku odwiedziło bibliotekę Yuri A. / PantherMedia
Polska wieś zastygła cywilizacyjnie: nie czyta gazet ani książek, słabo się uczy. Jest pomysł, żeby to zmienić za pomocą bibliotek XXI wieku.

Według dostępnych statystyk, tylko 23 proc. mieszkańców wsi zagląda do Internetu (w wielkich miastach już 60 proc.), 15 proc. osób ma Internet w domu (w miastach – ponad połowa). Tylko jedna trzecia mieszkańców wsi czytuje czasem gazety (58 proc. w miastach). Zaledwie co dziesiąte dziecko chodzi do żłobka lub do przedszkola; tylko połowa 20-latków uczy się w szkole pomaturalnej, zawodowej lub studiuje (w miastach 80 proc.). Człowiek wiejski wymienia myśli z sąsiadem pod sklepem spożywczym, na przystanku, po mszy. Innych ofert brak.

Alek Tarkowski, socjolog z think-tanku Michała Boniego, współautor raportu „Polska cyfrowa”, tłumaczy, że czym dla upowszechnienia sportu mają być Orliki (budowane teraz w każdej gminie boiska piłkarskie), tym dla życia społecznego powinny być biblioteki. A nawet więcej: centrami cywilizacyjnymi.

Kelner z książką

Zamiar ambitny, zważywszy jak wygląda mała polska biblioteka w 2010 r. Mimo systematycznego łączenia kolejnych placówek i filii wciąż jeszcze mamy w Polsce 8,5 tys. publicznych bibliotek i 15 tys. bibliotekarzy; trzy czwarte z nich pracuje na wsi. Weźmy na przykład Wysokie przy trasie terespolskiej, gdzie mieszka 500 rodzin. Nie ma ani sklepu, ani nawet przystanku autobusowego, ale działa niewielki punkt biblioteczny, który zgodnie z ustawą o bibliotekach z 1997 r. nie może być zlikwidowany. Samorządy nie mogą całkiem zlikwidować bibliotek, ale mogą je głodzić. Salka dawno nieremontowana, jeden komputer. Ale dzięki zaangażowaniu prowadzącej, Magdy Karwowskiej, biblioteka jest czynna nawet zimą (większość wiejskich placówek wtedy nie działa).

Gminne biblioteki gnieżdżą się zwykle na 100 m kw., ich filie na 50. W co trzeciej nie ma toalety, w połowie brakuje krzeseł. No i wartościowych książek.

Z analiz Katarzyny Wolff, badaczki z Biblioteki Narodowej, wynika, że bibliotekarz w małej miejscowości to wciąż swoisty kelner donoszący z półki szkolne lektury według zamówienia.

Biblioteka od 20 lat tkwi na szarym końcu gminnych inwestycji, a samorządowcy mają na taką politykę całkiem racjonalne argumenty. Burmistrz zachodniopomorskiego Darłowa: – Dwa lata temu ustawa wymusiła samodzielność biblioteki, więc wydzieliliśmy ją z domu kultury, wieloletnia bibliotekarka została kierowniczką, zatrudniliśmy dwie nowe pracownice, które nawet potrafiły obsługiwać komputery. Odbyło się to kosztem remontu i zakupu książek, bo nie mogliśmy rozdąć budżetu. Potem przyszedł kryzys, musieliśmy te dwie młodsze panie zwolnić.

O polskim programie bibliotecznym, który ma odnowić ideę tej instytucji, burmistrz Darłowa jeszcze nie słyszał.

Kusicielki i zaklinacze

Jeśli przyjrzeć się tytułom wypożyczanym na wsi, można załamać ręce. W badaniach 5 lat temu okazało się, że 40 proc. czytelników powyżej 15 roku życia sięga wyłącznie po podstawowe lektury na poziomie najwyżej gimnazjum, 17 proc. po romanse. Katarzyna Wolff wymienia: „Kusicielkę” Jude Deveraux, „Zaklinacza koni” Nicolasa Evansa, „Tylko Manhattan” Judith Kranz. Czyta się tzw. harlequiny, do których zalicza się też Rodziewiczównę, Mniszkównę czy Dołęgę-Mostowicza. Na trzecim miejscu są poradniki. Zestaw lektur nie zmienia się od lat.

Aż 30 proc. mieszkańców wsi i małych miast deklaruje, że w ciągu ostatniego roku odwiedziło bibliotekę. Co piąty deklaruje, że czytał książkę wypożyczoną przez kogoś z rodziny. Ale generalnie z czytaniem książek jest coraz gorzej. Według ubiegłorocznych badań Biblioteki Narodowej i TNS OBOP tylko 38 proc. Polaków miało w ciągu roku jakiś tom w ręku. Zbadano też, kto czyta książki, i wyniki pokryły się z diagnozą postawioną kilka lat temu przez prof. Przemysława Czaplińskiego z UAM w Poznaniu. Ostrzegał on, że czytelnictwo jest nieprzechodnie, nieinfekcyjne, nieepidemiczne. Pogłębia się wśród tych, którzy już czytają, i nie przenosi na innych. Zamiast przełamywać podziały społeczne i generacyjne – utrwala je. Czapliński tłumaczył: „Czytanie jest cząstką kultury domowej. Kto w dzieciństwie słuchał baśni czytanych przez rodziców, wzrastał wśród ludzi czytających i rozmawiających o książkach, ten będzie czytał, kupował i pożyczał. Niestety, sukcesja nawyku została zerwana”.

W 60 proc. gospodarstw domowych na półce stoi tylko kilka książek. Księgozbiór większy niż 100 książek ma tylko 6 proc. gospodarstw.

Ale z ubiegłorocznych badań Biblioteki Narodowej popłynął także bardziej obiecujący wniosek. Z czytelnictwem związane jest aktywne korzystanie z sieci. Internetu nie można już traktować jako wroga czytania. Z obserwacji prof. Jerzego Bralczyka, językoznawcy, wynika na przykład, że studenci potrzebne publikacje naukowe znajdują już niemal wyłącznie w Internecie, choć beletrystyka, co jasne, jest tam mniej dostępna.

Jarosław Lipszyc, poeta, szef fundacji Nowoczesna Polska, która m.in. opracowuje i umieszcza w sieci podręczniki szkolne, mówi: – Dla wielu młodych forma podania tekstu jest zupełnie obojętna. Książka papierowa to jedna z dostępnych możliwości. Sieć jest kolejną, coraz bardziej atrakcyjną. Więc gdyby w sieci było więcej książek, a aktywny bibliotekarz umiał zachęcić do korzystania z tych papierowych i cyfrowych, być może udałoby się podtrzymać nawyk korzystania z kultury. Być może…

Panie z potencjałem

Plany wobec bibliotek nie są zatem budowane na nadziei, że nagle wybuchnie powszechna miłość do książki na wsi. Maciej Kochanowicz, socjolog, jeden z prowadzących biblioteczne badania, przestrzega: – Przybędzie może siedmiu nowych użytkowników w punkcie bibliotecznym, powstanie grupa, która się zaprzyjaźniła dzięki bibliotece w gminie, kilkoro nastolatków odgonionych z przystanku.

Twórcy programu dostrzegli innego rodzaju potencjał, który tkwi w tych zaniedbanych i funkcjonujących w bardzo archaiczny sposób instytucjach. Otóż są to instytucje demokratyczne. Tam człowiek wchodzi i nie wstydzi się pytać. Usługi są darmowe.

Powodem do optymizmu jest pozycja społeczna wiejskich bibliotekarzy, silniejsza, niż się wydaje. Według socjologów, bibliotekarz nadzwyczajnie, znacznie bardziej niż muzealnik, a nawet szef domu kultury, zdaje sobie sprawę z konieczności zmian w swojej branży. Jacek Wojnarowski, szef Fundacji Rozwoju Społeczeństwa Informacyjnego (FRSI): – Po 20 latach transformacji to bibliotekarze najszybciej zrozumieli, że albo się zmienią, zaczną dbać o swoją placówkę, albo wypadną z gry. Anna Giza: – Bibliotekarka to ostatnia na prowincji osoba zaufania publicznego, często z tradycjami rodzinnymi. Ostatnia osoba, którą człowiek pyta o radę, bo ma poczucie, że jest mądra, że pomoże bezinteresownie.

Bibliotekarze wiejscy i małomiasteczkowi to zwykle kobiety, średnia wieku: 44 lata. Większość z nich zaczęła pracę przed 1989 r. Aż 41 proc. ma wyższe wykształcenie, a 21 proc. pomaturalne. Średnie wynagrodzenie wynosi 1,9 tys. zł; na wsi uznaje się je za atrakcyjne. Tylko 4 proc. nigdy nie korzystało z komputera.

Anna Giza przyznaje, że kiedy ze swoim zespołem przystępowała do badań nad bibliotekarzami, miała przed oczami obraz podstarzałej, skwaszonej pani, która siedzi za zasnutym pajęczyną biurkiem. Okazało się, że w wielu miejscach coś się dzieje. – W okolicy Starych Juch pod Ełkiem po wsiach jeździ biblioteczny książkobus, w którym organizuje się jednocześnie zajęcia dla dzieci, w Łęgowie działa program popularyzujący prawo, w Iławie czytelnicy sami nagrywają audiobooki. Spotkaliśmy ambitne, otwarte panie, pracujące z przekoniania. W Wysokiem nawet ci, którzy nie odwiedzają pani Magdy w jej malutkiej bibliotece, przyznają, że to miejsce szczególne. Giza: – Biblioteka jest pamiętana jako szczebel drabiny awansu społecznego. Wielu dzięki książce i bibliotekarce odniosło mały sukcesik. I, co ważne, rodzice nie boją się posłać tam dzieci. A dzieci najchętniej ze wszystkich chodzą do bibliotek. Warto by je tam zatrzymać.

 

Z siecią i bez grzyba

Pomysł, że człowiek XXI w. urodzi się w bibliotece, przyszedł do Polski z Kalifornii, gdzie mieszkają Melinda i Bill Gatesowie, jedni z najbogatszych ludzi świata. W 2000 r. Melinda Gates przeczytała artykuł o rotawirusie, który zabija rocznie pół miliona dzieci w Trzecim Świecie. Uznała, że to informacyjna izolacja wykluczyła tych biedaków z kręgu uwagi i z możliwości skorzystania z pomocy medycznej. Ponieważ państwo Gates zarobione na Microsofcie dziesiątki miliardów dolarów chcą wydać za swego życia, założyli fundację, która finansuje darmowy dostęp do sieci w publicznych punktach bibliotecznych. Zaczęli od Meksyku, Botswany i Chile. Później spojrzeli na Rumunię, Bułgarię, Litwę, Łotwę i Polskę. Już w 2006 r. Polska dostała ofertę: 200 mln zł na cyfryzację bibliotek, najchętniej wiejskich. Na komputery, rzutniki, kserografy, skanery i projektory. Na nauczenie bibliotekarzy, jak zarządzać nowoczesną placówką i jak rozmawiać z samorządem. Zapewnić obsługę sprzętu, konserwację i szkolenia, by klient umiał w przyszłości z niego korzystać.

Niestety, w Polsce państwo Gates musieli poczekać na pozytywne rozpatrzenie oferty. Skupili się zatem na Rumunii i Bułgarii. Aż w 2008 r. okazało się, że ich propozycja zbiega się z planami Ministerstwa Kultury, które szykowało właśnie program Biblioteka Plus, wart ok. 300 mln zł. Do 2013 r. kilkaset małych placówek miało zostać pomalowanych, osuszonych z grzyba; otrzymać więcej komputerów oraz dostęp do Internetu.

Ministerstwo i prowadząca w Polsce inicjatywę Gatesów Polsko-Amerykańska Fundacja Wolności oraz realizująca program rozwoju bibliotek FRSI postanowiły skoordynować działania. Ustalono, że biblioteka w nowym wydaniu powinna stanowić centrum życia społecznego. Oprócz standardowych usług proponować całkiem nowe: jeśli w gminie jest bezrobocie – stworzyć miniportal, który pomoże w poszukiwaniu pracy. Jeśli jest problem z opieką nad dziećmi – zorganizować małe przedszkole. Pomóc skorzystać z e-administracji. Pomóc napisać pismo. Docierać do potrzebnych książek. Do filmu, artykułu w gazecie lub nawet informacji o dyżurach pediatry w sąsiednim mieście. Organizować konkursy, warsztaty i spotkania z pisarzami.

Zdaniem członków zespołu Polski Cyfrowej (od 2008 r. doradza on premierowi, jak upowszechnić internetowe usługi szerokopasmowe) to właśnie takie biblioteki jak ta w Wysokiem mogą być bazą dla społeczeństwa opartego na wiedzy.

Nie bać się mozzarelli

Jeśli ten zamiar ma być traktowany poważnie, branża musi przejść gruntowną rewolucję. Bibliotekarz w żadnym wypadku nie może być tylko książkowym kelnerem. Badania FRSI pokazały, że istotną barierą dla bibliotekarzy jest brak umiejętności rozmawiania z wójtem czy burmistrzem. Wojnarowski: – Tkwi w nich przekonanie, że nic nie znaczą, a na pewno nikogo nie obchodzą. Więc w ramach Programu Rozwoju Bibliotek do 3 tys. bibliotek ruszyli właśnie pracownicy FRSI i szkoleniowcy z Centrum Aktywności Lokalnej, organizacji pozarządowej, która uczy obywateli, jak działać w zespole.

Trenerzy działają trochę jak terapeuci. Na początku pomagają człowiekowi zobaczyć, jaka jest jego pozycja w gminnej rodzinie. Pokazują mu jego mocne i słabe strony, pomagają nabrać poczucia wartości. Proszą o pracę domową – refleksję nad tym, czy dotychczas potrafili coś zdziałać w gminie. Dlaczego się nie udało. Trenerzy wracają po czterech tygodniach. Uczą pracowników, jak rozmawiać z klientem, a jak z radnym. Szkolenie trwa pół roku. Program jest tak skonstruowany, że bibliotekarz – aby do niego przystąpić – musiał nawiązać współpracę z kilkoma innymi bibliotekami, poznać koordynatora z biblioteki wojewódzkiej i przekonać do programu lokalnego włodarza. Współpraca między instytucjami jest kluczem do przyciągnięcia klientów. Jeśli chce się zorganizować spotkanie z pisarzem, cała miejscowość musi być zaangażowana w promocję. Sklepowa, świetlicowa i pani z Koła Gospodyń Wiejskich.

Żeby być sprawnym menedżerem, bibliotekarz nauczy się planować swoją pracę z 3-letnim wyprzedzeniem: w tym roku dokupi podręczniki, w przyszłym – dwa fotele i stolik kawowy. Może małe krzesełka, by dzieci nie biegały, kiedy będzie się im czytało. Za dwa lata, po remoncie, w małej salce będzie miniprzedszkole.

Namówienie wójtów do programu na ogół nie nastręcza wielkich trudności. Gminy nie ponoszą w związku z programem żadnych kosztów. Wójt ma za to przyjemność, gdy na przewidzianych w programie spotkaniach z wojewodami może się zaprezentować jako człowiek dbający o kulturę. Takie drobiazgi zwiększają szansę, że gdy pieniądze z programu przestaną płynąć, lokalny samorząd nie zapomni o bibliotece.

Małgorzata Dąbrowska z Fundacji: – Bibliotekarze, z którymi zaczęliśmy pracować, są zaskoczeni, że z każdym problemem mogą do nas zadzwonić i nikt ich nie spławia. Dzwoni pani spod Łomży, mówi, że nie wie, jak działa Mozzarella. I nie słyszy rechotu: przeglądarka to jest Mozilla, a nie ser. Inna dzwoni, że wysłała do nas faks. Pierwszy raz w życiu. Przyszedł z datą 1848 r. Ale wiemy, że następnym razem będzie lepiej. Z tygodnia na tydzień widać, jak nabierają pewności siebie.

Następny krok to nauka marketingu bibliotecznego. Jeśli biblioteka ma być atrakcyjna, musi reklamować się w prasie i w Internecie, a bibliotekarz powinien tak gospodarować własnym budżetem (biblioteka gminna dostaje średnio 100 tys. zł rocznie), by drukować informatory i przewodniki.

Wychowanie do kultury

Tomasz Makowski, dyrektor Biblioteki Narodowej, też ma nadzieję, że wzmocniony nowymi kompetencjami bibliotekarz urośnie w siłę. – Jeszcze trzy, cztery lata temu, kiedy rozmawiało się z ważnymi decydentami z Warszawy, pies z kulawą nogą nie myślał o sile zawodu bibliotekarza. Aż na kongresie kultury wstał reżyser teatralny i powiedział ministrowi, żeby inwestować w bibliotekę. Bo ona pomoże wychować mu widza, który będzie w stanie zapłacić za bilet.

Dla samorządu wspieranie atrakcyjnej biblioteki powinno być oczywiste jak utrzymywanie Orlika oraz modne jak fundowanie aquaparku. Wtedy nie będą potrzebne przepisy, które zabraniają likwidować biblioteki. Społeczność lokalna na to nie pozwoli, tak jak nie pozwala na zamykanie lokalnych szkół.

Wójt Jedlni-Letnisko obok Radomia nie miałby szans na zamknięcie gminnej biblioteki, bo jest popularną instytucją w 15-tys. gminie. W księdze wejść ma 11 tys. odwiedzin rocznie. Barbara Arak, szefowa, zawdzięcza ten stan wrodzonej ruchliwości. Po 1989 r. zaczęła oprócz książek pożyczać i sprzedawać wideokasety, później pozwoliła miejscowym Kawalerom Maltańskim na spotkania w salkach. Potem na to samo Stowarzyszeniu Twórców Kultury Orzeł. Twórcy organizowali wystawy; niektórzy artyści do dziś zostawiają Arak swoje prace. Obrazy wiszą na ścianach i w Internecie, można je kupić, bo ceny przystępne. Kiedy nie ma wernisaży, bibliotekarki czytają dzieciom książeczki. Brzechwa, Tuwim, czasem „Koszmarny Karolek”. Matki mogą wybrać lektury dla siebie albo przejrzeć oferty pracy, które zbierają dla nich bibliotekarki. Przychodzi nawet młodzież, choć panie z biblioteki nie tolerują długotrwałego grania na komputerze. Sprawdzają też, czy użytkownik nie otwiera stron dla dorosłych.

Barbara Arak jest przekonana, że o sukcesie biblioteki decydują trzy proste zasady. Pierwsza: stałe godziny otwarcia, także po południu i w soboty. Druga: atrakcyjne książki. Obłożone w przezroczystą folię – szary papier nie wchodzi w grę. Najnowsze biografie, książki historyczne i fantastyka. Trzecia: czujne ucho. Efekt ostatnich uwag klienta będzie widoczny już w marcu. Chodzi o czajnik elektryczny, herbatę i kawę, które staną na stoliku przy kanapach. I puszkę na drobne według uważania. Bo pewien klient przyjezdny powiedział, że tak jest w Nowym Jorku.

Polityka 13.2010 (2749) z dnia 27.03.2010; Kraj; s. 26
Oryginalny tytuł tekstu: "Biblioteki: reaktywacja"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

NIEMCY: Berlin ciągnie do Moskwy

Osiem dekad po pakcie Ribbentrop-Mołotow w Niemczech rośnie presja na kolejną odwilż w relacjach z Rosją. Działania polskiego rządu raczej nie studzą tego zapału.

Adam Krzemiński
02.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną