Społeczeństwo

Życie seksualne Polski Ludowej

Striptiserka Striptiserka "Chanel", Warszawa, 1975 r. Janusz Sobolewski / Forum
Na socjalistyczną moralność, która miała obowiązywać masy pracujące, artystyczna bohema odpowiadała ostentacyjną rozwiązłością. Okresy erotycznego wzmożenia towarzyszyły też politycznym przełomom.
Teatr Telewizji 1965: 'Piekna Helena', reż. Jerzy Gruza. Na zdjęciu na pierwszym planie Kalina Jędrusik.Zygmunt Januszewski/ PAT/EAST NEWS Teatr Telewizji 1965: "Piekna Helena", reż. Jerzy Gruza. Na zdjęciu na pierwszym planie Kalina Jędrusik.
Warszawa, 1974 prywatka na Starym Mieście z Janem HimilsbachemBohdan Majewski/Forum Warszawa, 1974 prywatka na Starym Mieście z Janem Himilsbachem

Przed Październikiem 1956 seks to był zgniły Zachód. Seks odciągał młodzież od walki klas, mącił podniosłą atmosferę wieczornic i akademii. Nie licował, więc wymagał regulacji. Przepisowa odległość między tańczącą parą wynosiła 20 cm (mierzone drewnianą linijką), a publiczne pocałunki piętnowano przed sądami koleżeńskimi.

Było zgrzebnie i szaro, duszno i sztywno jak w gorsecie. Sznurówki puściły z trzaskiem, kiedy w 1955 r. w Warszawie odbył się Festiwal Młodzieży. Na ulicach tańczyli w kolorowych ciuchach młodzi z całego świata. Wielu Polaków po raz pierwszy zobaczyło wtedy Murzyna (podobno dziewięć miesięcy później w warszawskich szpitalach przyszło na świat sporo czekoladowych dzieci). To było jak powiew wolnego świata, jak karnawał. Potem odbyła się dyskusja z Ireną Krzywicką na Uniwersytecie, czy wolno uprawiać seks przed ślubem. Zrobił się z tego pierwszy odwilżowy wiec. Jacek Kuroń przekonywał, że rozumie wierzących, dla których ważny jest sakrament, ale co innych może obchodzić papierek z urzędu. Dostał gigantyczną owację. Potem zorganizowano pierwsze wybory Miss Polonia i pierwszy striptiz w klubie Stodoła. I tak to się zaczęło.

Playboye i proletki

Dziewczyny farbowały spódnice i przerabiały pepegi na czarne baleriny, faceci rozpinali koszule do pępka i kupowali dżinsy na ciuchach. Bywało lirycznie i romantycznie, ale modny był pewien cynizm. Playboy przełomu lat 50. i 60. miał palić, trzymając papierosa między kciukiem a palcem środkowym, pić wódkę, najlepiej straceńczo, dyskutować o wielkiej sztuce i nie traktować kobiet całkiem serio. Inteligentne kobiety też rzadko myliły małżeństwo z romansem, bo, szczerze mówiąc, co innego miały zrobić. „Młode czytelniczki poinformowano, że jestem cynikiem. Zrozumiały, że nie będę chciał ich skrzywdzić, to znaczy żenić się albo zaprzyjaźniać, a jedynie iść z nimi do łóżka, i zaczęły masowo się do mnie garnąć” – wspomina Janusz Głowacki czasy po swoim debiucie.

W erotycznej hierarchii absolutną potęgą byli filmowcy. Wydawało się, że mogą wszystko. Co wieczór w Hybrydach, w SPATiF, w SDP reżyserzy, fotograficy, aktorzy dokonywali „przeglądu towaru”, tak zwanych proletek – dziewczyn, które przyjeżdżały z prowincji do stolicy z parą majtek na zmianę i twardym postanowieniem, żeby się tu utrzymać. Piękne dziewczyny dość szybko orientowały się, co kto naprawdę może, i gdy po paru setkach filmowiec proponował im główną rolę, dopytywały: Jaki tytuł? „Popiół i diament”? A, w tym to ja już sześć razy grałam. Uczyły się taksować i polować. Wiedziały, że aby coś osiągnąć, należy przespać się z nazwiskiem.

Wysoko w hierarchii byli jazzmani. Półprzytomni pianiści, ekstatyczni saksofoniści po całonocnych piwnicznych jam sessions łatwo podrywali zaczadzone muzyką i dymem, wpatrzone w nich dziewczyny. Liczyli się też młodzi gniewni pisarze i reszta artystycznych branż. Ta hierarchia utrzymała się jeszcze przez całe lata 70. Hanna Bakuła, studentka warszawskiej ASP, pamięta koleżankę, która miesiącami ukrywała, że ma narzeczonego inżyniera. Studenci Uniwersytetu czy Politechniki reprezentujący styl pieszego turysty z klubu PTTK nie wchodzili w grę. Jeszcze jako uczennica Bakuła zakochała się w Januszu Głowackim. Wdarła się nawet na plan „Polowania na muchy”, żeby mu powiedzieć, że powinien się z nią ożenić. Niestety, strażnicy ją wynieśli.

Głównym rozgrywającym na boisku gier wieczorowych od Października 1956 r. aż do Marca 1968 r. był zapomniany już dziś aktor Adam Pawlikowski, Duduś; ten, który grał z Cybulskim w słynnej scenie z płonącymi kieliszkami w „Popiele i diamencie”. „Genialny nierób, od którego biło osobliwe, czarne światło”, jak opisywała go Agnieszka Osiecka. Inteligentny erudyta, mistrz paradoksu, esteta. Mówił o sobie Książę, co miało tłumaczyć, dlaczego nic nie robi. Bezbłędnie wyławiał najpiękniejsze dziewczyny i wprowadzał w świat. Pisywał im prace magisterskie, czasem swatał z obcokrajowcami.

Lubił się przy nim kręcić Wujo – numer jeden na nieoficjalnej liście najbogatszych Polaków. Nikt nie wiedział, skąd bierze pieniądze, plotkowano coś o handlu narkotykami. Miał czerwonego Forda z otwieranym dachem i kierowcą – ochroniarzem, ksywka Cegła. Wujo nie podrywał dziewczyn, Wujo je kupował. Był gruby i brzydki, więc żeby dziewczyna nie uciekła przed czasem, przedzierał banknot na pół; drugą połówkę obiecywał rano. Podobny numer stosował z pantoflami – jeden przed, drugi po konsumpcji. Pójść z Wujem to był dla kobiety niehonor. Można się było narazić na opinię „sprzedajnego kocmołucha” albo pytanie: z kim masz ten sweterek? Duduś i Wujo, arystokrata ducha i plebejski szejk, skończyli podobnie. Pawlikowski niespodziewanie wystąpił jako świadek oskarżenia na procesie Janusza Szpotańskiego i uznany został za ubeckiego kapusia. To oznaczało banicję towarzyską. Wuja aresztowano; znów nikt nie wiedział, za co. Gdy wyszedł, wychudły i zbiedniały, już się nie liczył. Zamieszkali razem w bloku, samotni, odsunięci na margines. W 1976 r. obaj popełnili samobójstwo, skacząc z okna.

Panny, madonny, legendy tych lat

Ewy się nie podrywało. To ona decydowała z kim, kiedy i gdzie. Wszystko robiła jawnie i bezczelnie, nie przejmując się nikim i niczym – wspomina Marek Piwowski. Ewa to pierwsza żona producenta Wojciecha Frykowskiego. Gwiazda przełomu lat 50. i 60. Mówiono, że jest ładniejsza nawet od Bardotki. Przebierała w mężczyznach. Założyła się o litr wódki, że zaliczy Polańskiego, i wygrała. Poderwała cygańskiego pieśniarza Burano i przejechała się po Europie z cygańskim taborem. Słynnego kulomiota odstąpiła koleżance za parę czarnych rajstop z Baltony. „Nienawidząc adorujących mnie mężczyzn, stałam się symbolem seksu. To była ironia losu. Jednak w tym wcieleniu łatwiej było im przypierdalać” – pisze we wspomnieniach. Pod cynizmem Ewy kryła się – jak to zwykle bywa – zawiedziona miłość do męża, który zdradzał i bił.

Marek Hłasko zakochany był w innej legendzie tych lat – Hance Golde. Piękna, inteligentna, perfekcyjnie elegancka. Nazywano ją Królową. Nawet inwigilujący środowisko ubecy się w niej kochali. Stała się pierwowzorem kilku postaci literackich, m.in. u Adolfa Rudnickiego, który był jej kochankiem, i oczywiście u Hłaski. Bohater opowiadania „Najświętsze słowa naszego życia” orientuje się, że z jego dziewczyną spali wszyscy kumple, gdy słyszy w ich ustach zdanie, którym pożegnała go rano. Tak jak Hanka. Mówił, że była jedyną miłością jego życia. Potem już zazwyczaj romansował z kilkoma kobietami jednocześnie, wszystkim oczywiście obiecując małżeństwo.

Chwytu „na małżeństwo” używano stosunkowo rzadko. Buty w szpic, krawat w skośny pasek i trzy tysiące w kieszeni powinno wystarczyć – mawiał Miecio Mazur, birbant i przyjaciel Wojtka Frykowskiego. Kto nie miał trzech tysięcy, stosował bajerę, na przykład na zagładę atomową, czyli że już i tak wszystko jedno. Kolega Marka Piwowskiego wymyślił patent z galaretką na spirytusie, stosowany, gdy dziewczyna odporna była na argumenty werbalne. Inny z playboyów podrywał wyłącznie dziewczyny w okularach. Okulary były w tych czasach brzydkie, więc nosili je ci, którzy naprawdę mieli słaby wzrok. Wystarczyło już w drzwiach zdjąć dziewczynie okulary i poprowadzić bezbronną ofiarę w stronę kanapy. Olek Naleśnik, ratownik z Legii, rwał na muskulaturę.

Seks traktowaliśmy sportowo, ale też jako pewien przymus – wspomina Marek Piwowski. – Przecież to w gruncie rzeczy jest ciężka harówa, ale co zrobić, gdy natura wyposażyła człowieka w popęd. Czuł się w obowiązku iść wieczorem do Ścieku albo Hybryd, żeby się narąbać i upodlić.

W trójkątach

Hybrydy stanowiły jeden z wierzchołków tzw. trójkąta bermudzkiego. Jak wspomina Janusz Głowacki, na ścianie szaletu kopiowym ołówkiem wypisywano tam spostrzeżenia o prowadzeniu się i stanie zdrowia koleżanek, filmowych gwiazdek i panienek z miasta; np. Paszcza dodatnia, Dolores niepewna. Drugim wierzchołkiem trójkąta był Bar Przechodni, gdzie szło się na wódkę przed Hybrydami, a trzecim przychodnia skórno-weneryczna, gdzie nierzadko trafiało się po Hybrydach. Głowacki poznał tam Jana Himilsbacha, którego panienka ostrzegała nawet, żeby nie posuwał się za daleko, bo ona ma syfa, ale odpowiedział: nic nie szkodzi, jestem mężczyzną.

Przepełnione gomułkowskie mieszkania, w których gnieździły się wielopokoleniowe rodziny, hotele tylko dla małżeństw, w akademikach wojskowy rygor. Nie było gdzie się kochać. Książki nawet o tym pisano. – Zabrałem kiedyś dziewczynę kajakiem nad Wisłę, w pobliże fabryki Wedla – wspomina Marek Piwowski. – Podnosimy się z trawy, a tu robotnicy w oknach biją nam brawo. Ukłoniłem się i postanowiłem zostać artystą.

Brak pruderii wynikał po części właśnie z braków lokalowych. Nie sposób było nie wiedzieć, kto z kim śpi, bo wszystko działo się niejako publicznie. Działał system pożyczania mieszkań i pokoi. W latach 70. sytuacja lokalowa trochę się rozładowała, ale młody człowiek z własnym mieszkaniem to była jednak duża rzadkość.

Braliśmy wtedy dużo ślubów – wspomina Hanna Bakuła. – Mieszkań od tego nie przybywało, ale można było legalnie spać razem u rodziców. Matka nie wpadała już jak kukułka tyrolska, żeby powiedzieć, że jest późno i kolega powinien iść do domu. Dzieci nie mieściły się w tej konwencji. Używało się prezerwatyw grubości abażuru, jakichś globulek z piekła rodem albo kupowało spiralę w Peweksie. W razie wpadki aborcja była powszechnie dostępna.

Rotacja małżeńska była w środowisku spora, co powodowało pewien zamęt. Drugie żony zdradzano z pierwszymi, pierwszego męża radzono się, czy nie rozstać się z trzecim. Jednym z małżeńskich rekordzistów był minister kultury i prezes Radiokomitetu Włodzimierz Sokorski, który dość regularnie żenił się z 18-latkami. Gdy zrobił to po raz kolejny w wieku lat 60, ktoś go spytał: co będzie za 20 lat? – A co ma być? Rozwiodę się i wezmę młodszą – odpowiedział. Ale z wymianą żon na młodsze łatwo było przeholować. Pewien reżyser przyjechał na festiwal filmowy do Łagowa z nową małżonką; różnica wieku circa 50 lat. Koledzy łakomie łypali, więc trzymał ją cały dzień zamkniętą w pokoju, ale na kolację zejść było trzeba. Wodził dokoła morderczym wzrokiem, gdy podszedł Himilsbach i spytał: można panią prosić do tańca? Oczywiście, jeśli babcia pozwoli.

Sekshaki

„Precz z pornografią i kapitalizmem” – taki transparent zastał ojciec Wojciecha Frykowskiego, właściciel fabryczki chustek do nosa, gdy przyjechał, by przerwać wielodniową balangę u syna. Pod koniec lat 50. takie oskarżenia brzmiały poważnie, zwłaszcza wobec prywatnej inicjatywy. Pierwszą osobą, na jaką się natknął, był kompletnie pijany gość w damskich majtkach, próbujący odpalić Lambrettę. Ponieważ towarzystwo było bardzo liczne, część imprezy przeniosła się na dach. Dlatego właśnie delegacja kobiet zmuszona była wywiesić wspomniany transparent. Gorszące sceny dachowe zanadto przykuwały uwagę ich mężów.

O orgiach sporo się plotkowało, ale – jak twierdzą wtajemniczeni – to w dużej mierze gawędziarstwo i legendy. Owszem, pisze we wspomnieniach Agnieszka Osiecka, próbowano urządzać imprezy na wzór amerykański, ale to nie bardzo wychodziło – polski indywidualizm. W jednym pokoju co prawda karni goście nago układali się w orzełka, ale w kuchni kłócono się o politykę, a w łazience jakaś para brała prysznic, tyle że zapięta pod szyję.

Popularna była za to gra w butelkę. U Tyrmanda rozbierali się nawet zachodni dyplomaci. Tak w każdym razie donosiły źródła operacyjne. Życie towarzyskie i uczuciowe było przedmiotem zainteresowania służb. Informacje: kto, z kim, kiedy i gdzie, zawsze mogły się przydać jako środek perswazji czy argument w światopoglądowej dyskusji. Pod szczególną presją byli homoseksualiści. Ich najłatwiej było zaszantażować, nakłonić do współpracy.

Ale heteroseksualne ekscesy także chętnie odnotowywano, zwłaszcza tzw. hulaszczy tryb życia. W przypadku pisarza Ireneusza Iredyńskiego to się skończyło źle. Nie krył się specjalnie ze swoimi „rekolekcjami alkoholowymi” i „działalnością jebalniczą”. Był brutalny wobec kobiet. Szukanie haków i kompromitujących materiałów w jego przypadku nie było trudne. Najpierw próbowano go wrobić w gwałt na Kalinie Jędrusik, ale nie chciała złożyć skargi. Nawet inwigilujący ich oboje kapuś donosił, że o gwałcie nie było mowy. Grano dla zabawy w butelkę, Jędrusik nie miała ochoty brać w tym udziału, kilku pijanych gości próbowało ją zmusić, ale im się nie udało. Jednak niedługo później, w 1965 r., Iredyńskiego i reżysera Edwarda B. zatrzymano pod zarzutem próby gwałtu na poznanej w pociągu 19-latce. Skazano ich w trybie doraźnym na trzy lata. Reżysera po kilku miesiącach wypuszczono, ale Iredyńskiemu nie darowano ani dnia. Bo od początku o niego chodziło. To jego książką Gomułka z wściekłością walił o mównicę, wrzeszcząc, że ten człowiek żyje tak jak pisze. Już wówczas mówiło się, że cała historia jest ubecką prowokacją; dziewczyna była podsuniętą agentką, córką wysoko postawionego wojskowego.

Uroki władzy

Status seksu w PRL nie był całkiem jasny. Oficjalne stanowisko władz się zmieniało. Jak wspomina prof. Andrzej Jaczewski, seksuolog i autor książek edukacyjnych dla młodzieży, początkowo, za czasów Bieruta czy Gomułki, pruderia komunistyczna i katolicka niespecjalnie się różniły. Partyjnym nie wypadało się nawet rozwodzić, bo to było niezgodne z socjalistyczną moralnością. Potem, gdy ustrój zaczął się trochę chwiać i tracić pazur, seks stał się elementem przetargowym w rozgrywkach z Kościołem. – Działałem przez lata w Towarzystwie Świadomego Macierzyństwa – wspomina Jaczewski. – Gdy władza chciała zdenerwować Kościół, dostawaliśmy pieniądze na działalność i sygnał: piszcie, drukujcie, szkolcie. Sprowadzaliśmy z Zachodu środki antykoncepcyjne, organizowaliśmy lekcje w szkołach. Gdy chcieli się z Kościołem dogadać, poprawić stosunki, my mieliśmy szlaban.

Ale władza to afrodyzjak nawet w socjalizmie. „Nigdy sekretarka nie odmówiła ministrowi, mimo że on załatwiał ją na stojąco przy biurku” – mówił Włodzimierz Sokorski w ostatniej, niepublikowanej, rozmowie z Markiem Różyckim. Nawet w czasach ortodoksji partyjni dygnitarze nie praktykowali ascezy. Bolesław Bierut miał pseudonim „Bolek jebaka” i – jak twierdzi Sokorski – nie przepuścił żadnej kobiecie. Podobno pruderyjny Gomułka, który na widok dekoltu Kaliny Jędrusik rzucał butami w telewizor, przez wiele lat romansował ze swoją sekretarką. Mieczysław Moczar, spotykając Marylę Rodowicz, nucił: „Daj, co masz najlepszego daj”, a Józef Cyrankiewicz podczas oficjalnego obiadu trącał ją kolanem pod stołem i domagał się numeru telefonu.

Miała też władza swoje seksafery. Jak choćby głośna w latach 60., a dziś całkiem zapomniana sprawa Klubu Byków. Wysoko postawieni urzędnicy Państwowej Komisji Planowania Gospodarczego organizowali orgietki z urzędniczkami, sekretarkami i panienkami z miasta. Gdy rzecz wyszła na jaw, posypały się dymisje. Jak na moralność socjalistyczną to było jednak trochę zanadto.

Nie wyjaśniono do dzisiaj sprawy śmierci nagiej kobiety, która wypadła z okna Hotelu Grand w 1958 r. Wówczas mówiło się, że to Krystyna Żyła, która kilka tygodni wcześniej zdobyła tytuł Wicemiss Polonia. W hotelu odbywał się bankiet z udziałem prominenckich dzieci, a okno, z którego wypadła dziewczyna, milicja zastała zamknięte. Wiadomo, że to nie samobójstwo i raczej nie wypadek. Sprawę jednak wyciszono. Po latach okazało się, że to nie Krystyna Żyła zginęła wtedy w Grandzie, ale uczennica zwabiona na bankiet ze szkolnej zabawy. Podrywanie uczennic to był wśród złotej młodzieży popularny sport (– Przecież ona ma 13 lat. – Nie szkodzi, nie jestem przesądny – rozmawiają bohaterowie Tyrmanda). Zazwyczaj pozostawało to bezkarne. Raz tylko procesem skończyła się sprawa grupy, która wywoziła dziewczyny do lasu, unieruchamiała im głowę szybą samochodową i gwałciła.

Połów makreli

Po marcowej emigracji zrobiło się pustawo i smutno. Zniknęły także popaździernikowe panny, madonny: ustatkowały się, powychodziły za mąż, wyjechały na Zachód. W większości przypadków wszystko to jednocześnie. Hybrydy i Stodoła zaczęły podupadać. Dopiero w epoce Gierka zmienił się klimat. Przez uchylone lekko granice przywiało hipisowskie idee wolnej miłości i trochę luksusu. Kolorowe ciuchy, gadżety, lepsze alkohole i długie marlboro.

Każdy przedmiot Stamtąd to był potężny afrodyzjak – tłumaczy Hanna Bakuła. – Pamiętam, jak koleżanka kupiła sobie w Szwecji okulary z wymiennymi szkiełkami w sześciu kolorach. Zmieniała te szkiełka i podrywała, kogo chciała, a myśmy miały ochotę ją zamordować. Playboy bez zagranicznego wozu nie miał czego szukać. Dwa razy mógł udawać, że samochód jest zepsuty. Za trzecim razem facet był skreślony.

Popaździernikowi playboye nadal próbowali utrzymać się w kursie i niektórym się to udawało. Janusz Głowacki, Tadeusz Pluciński, Franciszek Starowieyski czy Marek Piwowski ciągle stanowili przedmiot damskiego pożądania i mieli styl, ale inni trochę wylinieli i zmienili się w typ zwany makrela. Według opisu Bakuły makrela wyglądał mniej więcej tak: szczupły, choć nienadmiernie wysportowany, mocno opalony, ale jedynie z przodu, bo całe dnie w Chałupach, na Gubałówce lub Kasprowym spędzał na leżaku, taksując przechodzące panienki. W razie braku słońca makrela używał samoopalacza citosol w tubce, który pozwalał uzyskać intensywny ciemnożółty kolor. Miał obowiązkowo ciemne okulary, koszulę rozpiętą do pępka, bardzo obcisłe w kroku dżinsy i pacyfkę na rzemyku. Kluczyki samochodowe z dużym brelokiem kładł w widocznym miejscu. Bywał zawodowym pokerzystą. Młode plastyczki bawiły się czasem w polowanie na makrele. Buszując wieczorami w lokalach, pokazywały sobie z daleka na palcach, ile makrel udało im się wyjąć. Zaliczenie makreli oznaczało, że zaproponował on wyjście. Potem się go zostawiało.

Gdy kolory lat 70. wyblakły, a po stanie wojennym zdecydowanie skończył się karnawał, dziewczyny zaczęły zakochiwać się w brodatych chłopcach z chlebakami, ubranych w ciuchy z demobilu, nerwowo palących extra mocne (około 60 sztuk dziennie), godzinami dyskutujących o Sprawie. Dostawały od nich urwany z trawnika kwiatek zamiast perfum. Zresztą te bardziej zaangażowane za perfumy by się chyba obraziły. Kobietę, która założyła wtedy różową bluzkę, miały za idiotkę. Nosiło się szarości, czernie, beże i ciemny brąz. A na prywatkach można było usłyszeć rozmowy: – Czym się pani zajmuje? – W życiu czy w regionie?

Niby było ascetycznie, ale jednocześnie musiało być też erotycznie, skoro stan wojenny to czas, gdy przyrost naturalny sięgnął wyżyn. – Nuda – tłumaczy prof. Jaczewski. – Wszystko pozamykane, ludzie siedzieli w domach, to co mieli robić? – I godzina milicyjna – dodaje Hanna Bakuła. – Wystarczyło się trochę zagadać i już nie było jak wrócić do domu. Miałam koleżanki, które zawsze trzymały w szafce pół litra, żeby facet nie spoglądał zbyt wnikliwie na zegarek.

Inna rzecz, że w ten paskudny czas ludzie potrzebowali bliskości, małych prywatności, żeby przezwyciężyć strach i beznadzieję; przeczekać to, chowając się przed światem pod kołdrą.

Polska rewolucja seksualna, która wybuchła po Październiku, stawiała raczej na czyny niż na słowa. Seks się uprawiało, ale specjalnie dużo się o nim nie mówiło. Nie był też szczególnie istotną inspiracją dla twórczości, były ważniejsze sprawy. – Owszem, chętnie czytaliśmy erotyczną literaturę, która przychodziła z Zachodu, ale traktowaliśmy ją z lekkim przekąsem: nie mają poważnych problemów, to mogą sobie pisać o tych rzeczach – wspomina Marek Piwowski.

Teraz i u nas się pisze, a nawet mówi i dyskutuje, ale tamtej swobody już nie ma. Raz, że paparazzi, tabloidy i plotkarskie portale rozszarpałyby całe towarzystwo na strzępy. Dwa, że w konsumpcyjnym zabieganiu na wszystko jest jakoś mniej czasu niż wtedy. Poza tym seks to już tylko seks, nie żadna kontestacja, ostentacja czy manifestacja. Piwowski zastanawia się, czy gdyby dziś robotnicy z Wedla zobaczyli kochającą się nad Wisłą parę, zamiast bić brawo, nie zadzwoniliby po policję.

 

W artykule wykorzystałam m.in.: „Słodkie życie” Ewy Frykowskiej-Morelle, „Z głowy” Janusza Głowackiego, „Szpetnych czterdziestoletnich” oraz „Galerię potworów” Agnieszki Osieckiej, „Życie towarzyskie i uczuciowe” Leopolda Tyrmanda, „Podziemie kobiet” Shany Penn, „Słodkie lata” Jerzego Karaszkiewicza oraz „Miłosne gry Marka Hłaski” Barbary Stanisławczyk.

Polityka 14.2010 (2750) z dnia 03.04.2010; Raport; s. 46
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Czekoladowa dynastia Wedlów

Z okazji Międzynarodowego Dnia Czekolady obchodzonego we wrześniu przypominamy Emila Wedla, któremu ziarna kakaowca przyniosły fortunę i potęgę.

Piotr Korczyński
17.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną