Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Skucha

Smutne dzieje pewnego złodzieja

Piotr Socha / Polityka
Kier, złodziej prima sort, z wiekiem robi się roztargniony, i zamiast na bank, skacze na damski sklep.

Jest z niego kiedyś gość o męskiej urodzie i poważaniu w mieście Międzyrzec Podlaski. Od chłopaka wyrabia się osobowościowo i towarzysko w rynku. Jak stoi, to niepokojąco, jak chodzi, to nieśpiesznie, siadać raczej nie siada, żywym wzrokiem ocenia osoby i bagaże, kogo szanuje, tego pozdrowi – patrząc postronnie odnosi się wrażenie, że Kier jest zajęty załatwianiem spraw. Wykształcenie ma ślusarskie, po trzech klasach, ale aura króla Międzyrzeca, w której się pławi, jest złodziejska. W portfolio ma rozboje, pobicia, włamania na rympał, rzadziej na pasówkę, w pracy przedłuża swe ramię kijem do gry w baseball bądź gazrurką w szaliku; fangę mając jak piorun. Ale się nie chwali. Pseudonimu nawet nie ma, tylko kiedyś podpisuje słowem Kier leżak składany, aby mu nie ukradli z klatki schodowej nieznani sprawcy. Raz po nim widać pieniądz, raz nie – jak to u większości Polaków obecnie. A gdy wzywa go sędzia – paragrafalny, nie jakiś piłkarski – Kier nie łzawi, tylko idzie jak mężczyzna. W sumie na kilka dobrych lat znika z miasta, prosi o paczki.

Kot to co innego – ojciec dorosłym dzieciom, dziadek wnukom, szanowany prezes Spółdzielni Szewców i Cholewkarzy na emeryturze. Kot pędzi życie przewidywalne. Dni przesiaduje wśród bel materiału i dodatków krawieckich u córki w pasmanterii, rozmawia z ekspedientką o Polsce; wieczorem zapala telewizor na dziennik, pogodę i sport, zbiera informacje, by zaskoczyć ekspedientkę w rozmowie nazajutrz. Józef Kot żyje samotnie od 30 lat, od śmierci żony, dom zapisał dzieciom, córka otworzyła pasmanterię, syn pływa na statkach dalekomorskich, więc tymczasem syn odnajął swoją część bankowi, a Kot został w pokoju z łazienką pomiędzy tymi instytucjami. Leżąc przed telewizorem słyszy po prawej zgrzyt klucza ekspedientki, po lewej zgrzyt kasjerki – znak, że zapada noc nad Międzyrzecem. Czasem, w półśnie, wraca miasto przedwojenne, żydowski sztetl, do którego Kot przeprowadza się ze wsi jako chłopak czeladnikować u szewca; potem chodzą po rynku Niemcy w błyszczących butach, nagle jest dużo pustych domów po Żydach. Kot bierze żonę ze swojej wsi, po wojnie mieszkają w jednym z tych pustych domów, solidnym, drewnianym, ulica przylega do rynku. I wtedy zjawia się Żydówka uratowana z Oświęcimia, piękna Sara, z papierami poświadczającymi własność, i pyta, czyby Kotowie domu nie kupili. Józef Kot ma 90 lat i jest pogodzony ze starością.

Kier zbliża się do pięćdziesiątki, popada w zauważalną nerwowość, ręka niepewna, łysina wyciera się od poduszek i stresów, dopada go panika z powodu niespełnienia; na mieście mówią, że Kier jest ciężko chory, a dodatkowo nie kuma elektronicznej współczesności. Młodzi mu rąbnęli jego międzyrzecką koronę złodziejską, kiedy za którymś razem siedział w ulu, teraz inni chodzą po rynku imienia Jana Pawła II krokiem cwaniacko rozbujanym, oni taksują ludzi, dudnią basem z podrasowanych niemieckich aut. A on zgłębił budowę komórki, esa wysłać umie, z Internetem się połączy i to by było na tyle – młodzi w Międzyrzecu mają Kiera za esponata, czyli takiego gościa, który przebrzmiałą wartością ociera się o bezwartościowość. Ale go szanują. Szacunek jest i każdy obcy, kto o Kiera pyta w Międzyrzecu, ten musi być pies, temu się pluje na buty. A już syn ojca szanuje tak bardzo, że swą kartotekę kształtuje na jego obraz i podobieństwo, aż na policji przypuszczają, że Kier z synem chodzi na robotę i przyucza go do złodziejki. Syn kończy osiemnastkę, jak wpadnie następnym razem, zniknie na poważnie, wessie go rodzinne DNA, bliskich o paczki poprosi. Tymczasem stary Kier tak usilnie chce się przydać w fachu, tak powrócić chce na szczyt listy złoczyństwa w mieście, że ostatnio odstawia u pana Kota taką skuchę, że wstyd opowiadać.

Jest tak: w październiku Kot ogląda mecz naszych siatkarek z Bułgarkami, nasze wygrywają, w trzecim secie znienacka pojawia się w pokoju Kier, w kominiarce, z turystyczną lampką na czole, rozedrgany, uderza ofiarę kijem po głowie i wyłącza telewizor. W ciemnościach wiąże Kotu ręce i nogi, krzyczy o oszczędności życia, ale wybebeszane w furii szafy odkrywają przed nim jedynie banknot 50 zł. Wcześniej Kier przebywa 100 m ze swojego domu, gdzie zamieszkuje z konkubiną, do domu Józefa Kota i wchodzi przez otwarte drzwi. A jeszcze uprzednio konkubina zachodzi do pasmanterii pytać usadowionego na stołeczku między materiałami staruszka o jego syna, marynarza, którego jakoby zna, za którym tęskni, o którym chce wiedzieć, co porabia i jak żyje, a przy tym konkubina dużo się rozgląda. Teraz to się składa Kotu w całość, ale gdy tak leży związany, krew zalewa mu oczy, a po pokoju miota się przebrany za śmierć zawodowy złodziej z dumą zranioną przez marne 50 zł – Kot zaczyna się modlić do świętego obrazu na ścianie. Po chwili jakaś cisza opada na pokój, i dobrze, bo Kier wreszcie bierze się w garść. Pyta, gdzie są drzwi do banku. Nie ma takich, są zamurowane. Zresztą słowo bank jest zbyt szumne, łechce próżność dawnego króla Międzyrzeca, a jednocześnie żenuje – i Kier, i Kot wiedzą, że to zaledwie punkt kasowy. Taka skala, mizeria, że usiąść i płakać. Ale Kier brnie, walczy o honor młotkiem, rozwala ścianę po prawej, przedziera się przez boazerię. Może gdyby Kota nie zakneblował, mogliby się sprawniej porozumieć i Kier nie kląłby teraz z wnętrza pasmanterii, nie ciskałby o podłogę kasą fiskalną, z której sypią się drobne? Może gdyby w nerwach mniej ruszał głową, wypatrzyłby w świetle lampki czołówki te 150 zł leżące w szufladzie? I miałby w sumie 200 zł.

 

Ale patrząc postronnie, Kier jest godzien podziwu. Tym razem bierze rozpęd i wali młotkiem w lewą ścianę, tę właściwą, do banku. Znaczy do punktu kasowego. Kot z tapczanu mamrocze, że to jest wszystko bez sensu, wszak dom jest pożydowski, solidnie drewniany. Kier idzie więc do przedpokoju, wali teraz przy szafie, znowu w dobrym kierunku. Wraz z upływem nocy wychładza się złodziejski łeb, w napastniku dobija się człowiek – Kier przechodzi na formę grzecznościową pan/panu/pana i unika wulgaryzmów w rozmowie. Kot nie jest już dla niego dziadem. Kier z dobrego serca przewiązuje mu nawet ręce zza pleców na brzuch, a sznurek zamienia na delikatną taśmę samoprzylepną; potem z łazienki przynosi mokre ręczniki i okłada nimi pokrwawioną głowę staruszka. Łazienka Kiera przywołuje, w łazience odkrywa wreszcie ścianę murowaną, włazi do wanny, między sznurki do suszenia prania, i pracuje młotkiem przez godzinę. Przez ten czas można zasnąć i Kot zasypia; budzą go dopiero odłamki muru sypiące się na ciało – unosi się, w dziurze nad tapczanem spostrzega zamaskowaną twarz wyglądającą z łazienki do dużego pokoju, tę głębię samotnych oczu złodzieja, jego subiektywny ból z powodu skuchy; chwilę wypełnia cisza rodem ze świętych obrazów. Przez ten ułamek sekundy Kotu jest Kiera żal.

Trudno uwierzyć, że człowiek jest w stanie tak długo jak Kier walczyć o godność. Oto mieszkanie Kota wypełnia się zapachem wody po goleniu i leśnego płynu do robienia piany w wannie. On się kąpie, przebiega przez myśl gospodarza. Ze ścian zwisają strzępy tapety w kwiaty, z korytarza sterczą listwy boazerii, a złodziej w wapiennej posypce ze ściany krąży i skrapia otoczenie miłym akcentem, tak niezwykłym w tej sytuacji, ponieważ jest ze starej szkoły i mu się wydaje, że zapach zaciera wszelkie ślady. Opuszcza wreszcie dom z komórką Kota w kieszeni, ma przygotowane krzesło i skrzynki po ziemniakach, by łatwo przeskoczyć płot, ale musi krwawić w nim ambicja, bo na odchodnym jednak wyważa okno do punktu kasowego. Rozlega się syrena alarmowa; szybki rzut oka do wnętrza banku ujawnia takie detale jak rezerwuar i klozet. Kier mógł odejść półhonorowo, a tak jego skucha się dopełnia.

Mija cały październik, Kot idzie do szpitala, jedni zakładają mu 10 szwów na głowę, inni łatają mu ściany w domu, mija listopad, święta i sylwester, a w połowie stycznia jednak policja przychodzi do Kiera. Służbowe pukanie do jego drzwi jest rezultatem długotrwałej pracy operacyjnej, o której policja się nie wypowiada, wiadomo jedynie, że przesłuchuje kilkudziesięciu miejscowych speców od włamań metodą rympałową, niewrażliwych na krew, żaden nie sypie. Może – powtarza się na mieście – gdyby Kier nie łączył się z Internetem za pomocą ukradzionej Kotu komórki, to chodziłby po wolności? Bo czego on tam mógł szukać? Aktualnych notowań giełdowych? A teraz, mówi się, policja chce ożenić Kiera z jeszcze jedną międzyrzecką robotą, datowaną na marzec zeszłego roku, łudząco podobną do roboty u Kota. W marcu obywatelka zostaje napadnięta w domu przez zamaskowanego, który, zacinając się z irytacji, powtarza: dolary, euro, dolary, euro dawaj! A potem z ich rozmowy wynika, że wziął ją za kogoś innego, ona nie jest właścicielką kantoru wymiany walut, który znajduje się przez ścianę mieszkania. On przechodzi z nią na formę pan/pani, a ratując swą reputację przed totalną skuchą wychodzi z fantem w postaci kamery, ale nie wie, czy to cyfra, czy analog.

W styczniu na komendzie policji w Białej Podlaskiej przed Józefem Kotem otwiera się automatycznie jedna ze ścian, ujawnia czterech mężczyzn w rzędzie, według wzrostu i w kominiarkach. Poznaje Kiera po głosie, Kier dostaje 3 miesiące aresztu, a w kwietniu sędzia mu przedłuża dalej. Józef Kot w pasmanterii opowiada ekspedientce, że zna kiedyś dziadka Kiera, który przed wojną handluje świniami ze Śląskiem i dobrze na tym wychodzi, a po wojnie pozbawiony prywatnej inicjatywy kupuje konia i obrabia rolnikom ziemię za pieniądze. Ojciec Kiera jeździ jako kierowca w międzyrzeckiej spółdzielni odzieżowej i też mu nie można zarzucić nieuczciwości. I tylko ten jeden Kier średni wychowuje się na ulicy i idzie zawodowo w partaninę.

Siedzi Kier w Białej do sprawy i naraża państwo polskie na koszt, bo faktycznie jest chory poważnie na nerki; co dwa dni wożą go pod eskortą do cywilnego szpitala ratować życie. Kier opinię wychowawczą posiada zadowalającą, ale nie da się ukryć, że jest on recydywą z gatunku tych, którzy złapani na gorącym za rękę mówią, że w momencie zaistnienia przestępstwa byli przeziębieni w domu lub na rybach.

Polityka 19.2010 (2755) z dnia 08.05.2010; Kraj; s. 34
Oryginalny tytuł tekstu: "Skucha"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Apartamentowce na skażonej ziemi. Ludzie chcą tu mieszkać, a nie powinni

Jak to możliwe, że na skażonych gruntach powstają budynki mieszkalne?

Ryszarda Socha
22.06.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną