Społeczeństwo

Skucha

Smutne dzieje pewnego złodzieja

Piotr Socha / Polityka
Kier, złodziej prima sort, z wiekiem robi się roztargniony, i zamiast na bank, skacze na damski sklep.

Jest z niego kiedyś gość o męskiej urodzie i poważaniu w mieście Międzyrzec Podlaski. Od chłopaka wyrabia się osobowościowo i towarzysko w rynku. Jak stoi, to niepokojąco, jak chodzi, to nieśpiesznie, siadać raczej nie siada, żywym wzrokiem ocenia osoby i bagaże, kogo szanuje, tego pozdrowi – patrząc postronnie odnosi się wrażenie, że Kier jest zajęty załatwianiem spraw. Wykształcenie ma ślusarskie, po trzech klasach, ale aura króla Międzyrzeca, w której się pławi, jest złodziejska. W portfolio ma rozboje, pobicia, włamania na rympał, rzadziej na pasówkę, w pracy przedłuża swe ramię kijem do gry w baseball bądź gazrurką w szaliku; fangę mając jak piorun. Ale się nie chwali. Pseudonimu nawet nie ma, tylko kiedyś podpisuje słowem Kier leżak składany, aby mu nie ukradli z klatki schodowej nieznani sprawcy. Raz po nim widać pieniądz, raz nie – jak to u większości Polaków obecnie. A gdy wzywa go sędzia – paragrafalny, nie jakiś piłkarski – Kier nie łzawi, tylko idzie jak mężczyzna. W sumie na kilka dobrych lat znika z miasta, prosi o paczki.

Kot to co innego – ojciec dorosłym dzieciom, dziadek wnukom, szanowany prezes Spółdzielni Szewców i Cholewkarzy na emeryturze. Kot pędzi życie przewidywalne. Dni przesiaduje wśród bel materiału i dodatków krawieckich u córki w pasmanterii, rozmawia z ekspedientką o Polsce; wieczorem zapala telewizor na dziennik, pogodę i sport, zbiera informacje, by zaskoczyć ekspedientkę w rozmowie nazajutrz. Józef Kot żyje samotnie od 30 lat, od śmierci żony, dom zapisał dzieciom, córka otworzyła pasmanterię, syn pływa na statkach dalekomorskich, więc tymczasem syn odnajął swoją część bankowi, a Kot został w pokoju z łazienką pomiędzy tymi instytucjami. Leżąc przed telewizorem słyszy po prawej zgrzyt klucza ekspedientki, po lewej zgrzyt kasjerki – znak, że zapada noc nad Międzyrzecem. Czasem, w półśnie, wraca miasto przedwojenne, żydowski sztetl, do którego Kot przeprowadza się ze wsi jako chłopak czeladnikować u szewca; potem chodzą po rynku Niemcy w błyszczących butach, nagle jest dużo pustych domów po Żydach. Kot bierze żonę ze swojej wsi, po wojnie mieszkają w jednym z tych pustych domów, solidnym, drewnianym, ulica przylega do rynku. I wtedy zjawia się Żydówka uratowana z Oświęcimia, piękna Sara, z papierami poświadczającymi własność, i pyta, czyby Kotowie domu nie kupili. Józef Kot ma 90 lat i jest pogodzony ze starością.

Kier zbliża się do pięćdziesiątki, popada w zauważalną nerwowość, ręka niepewna, łysina wyciera się od poduszek i stresów, dopada go panika z powodu niespełnienia; na mieście mówią, że Kier jest ciężko chory, a dodatkowo nie kuma elektronicznej współczesności. Młodzi mu rąbnęli jego międzyrzecką koronę złodziejską, kiedy za którymś razem siedział w ulu, teraz inni chodzą po rynku imienia Jana Pawła II krokiem cwaniacko rozbujanym, oni taksują ludzi, dudnią basem z podrasowanych niemieckich aut. A on zgłębił budowę komórki, esa wysłać umie, z Internetem się połączy i to by było na tyle – młodzi w Międzyrzecu mają Kiera za esponata, czyli takiego gościa, który przebrzmiałą wartością ociera się o bezwartościowość. Ale go szanują. Szacunek jest i każdy obcy, kto o Kiera pyta w Międzyrzecu, ten musi być pies, temu się pluje na buty. A już syn ojca szanuje tak bardzo, że swą kartotekę kształtuje na jego obraz i podobieństwo, aż na policji przypuszczają, że Kier z synem chodzi na robotę i przyucza go do złodziejki. Syn kończy osiemnastkę, jak wpadnie następnym razem, zniknie na poważnie, wessie go rodzinne DNA, bliskich o paczki poprosi. Tymczasem stary Kier tak usilnie chce się przydać w fachu, tak powrócić chce na szczyt listy złoczyństwa w mieście, że ostatnio odstawia u pana Kota taką skuchę, że wstyd opowiadać.

Jest tak: w październiku Kot ogląda mecz naszych siatkarek z Bułgarkami, nasze wygrywają, w trzecim secie znienacka pojawia się w pokoju Kier, w kominiarce, z turystyczną lampką na czole, rozedrgany, uderza ofiarę kijem po głowie i wyłącza telewizor. W ciemnościach wiąże Kotu ręce i nogi, krzyczy o oszczędności życia, ale wybebeszane w furii szafy odkrywają przed nim jedynie banknot 50 zł. Wcześniej Kier przebywa 100 m ze swojego domu, gdzie zamieszkuje z konkubiną, do domu Józefa Kota i wchodzi przez otwarte drzwi. A jeszcze uprzednio konkubina zachodzi do pasmanterii pytać usadowionego na stołeczku między materiałami staruszka o jego syna, marynarza, którego jakoby zna, za którym tęskni, o którym chce wiedzieć, co porabia i jak żyje, a przy tym konkubina dużo się rozgląda. Teraz to się składa Kotu w całość, ale gdy tak leży związany, krew zalewa mu oczy, a po pokoju miota się przebrany za śmierć zawodowy złodziej z dumą zranioną przez marne 50 zł – Kot zaczyna się modlić do świętego obrazu na ścianie. Po chwili jakaś cisza opada na pokój, i dobrze, bo Kier wreszcie bierze się w garść. Pyta, gdzie są drzwi do banku. Nie ma takich, są zamurowane. Zresztą słowo bank jest zbyt szumne, łechce próżność dawnego króla Międzyrzeca, a jednocześnie żenuje – i Kier, i Kot wiedzą, że to zaledwie punkt kasowy. Taka skala, mizeria, że usiąść i płakać. Ale Kier brnie, walczy o honor młotkiem, rozwala ścianę po prawej, przedziera się przez boazerię. Może gdyby Kota nie zakneblował, mogliby się sprawniej porozumieć i Kier nie kląłby teraz z wnętrza pasmanterii, nie ciskałby o podłogę kasą fiskalną, z której sypią się drobne? Może gdyby w nerwach mniej ruszał głową, wypatrzyłby w świetle lampki czołówki te 150 zł leżące w szufladzie? I miałby w sumie 200 zł.

 

Ale patrząc postronnie, Kier jest godzien podziwu. Tym razem bierze rozpęd i wali młotkiem w lewą ścianę, tę właściwą, do banku. Znaczy do punktu kasowego. Kot z tapczanu mamrocze, że to jest wszystko bez sensu, wszak dom jest pożydowski, solidnie drewniany. Kier idzie więc do przedpokoju, wali teraz przy szafie, znowu w dobrym kierunku. Wraz z upływem nocy wychładza się złodziejski łeb, w napastniku dobija się człowiek – Kier przechodzi na formę grzecznościową pan/panu/pana i unika wulgaryzmów w rozmowie. Kot nie jest już dla niego dziadem. Kier z dobrego serca przewiązuje mu nawet ręce zza pleców na brzuch, a sznurek zamienia na delikatną taśmę samoprzylepną; potem z łazienki przynosi mokre ręczniki i okłada nimi pokrwawioną głowę staruszka. Łazienka Kiera przywołuje, w łazience odkrywa wreszcie ścianę murowaną, włazi do wanny, między sznurki do suszenia prania, i pracuje młotkiem przez godzinę. Przez ten czas można zasnąć i Kot zasypia; budzą go dopiero odłamki muru sypiące się na ciało – unosi się, w dziurze nad tapczanem spostrzega zamaskowaną twarz wyglądającą z łazienki do dużego pokoju, tę głębię samotnych oczu złodzieja, jego subiektywny ból z powodu skuchy; chwilę wypełnia cisza rodem ze świętych obrazów. Przez ten ułamek sekundy Kotu jest Kiera żal.

Trudno uwierzyć, że człowiek jest w stanie tak długo jak Kier walczyć o godność. Oto mieszkanie Kota wypełnia się zapachem wody po goleniu i leśnego płynu do robienia piany w wannie. On się kąpie, przebiega przez myśl gospodarza. Ze ścian zwisają strzępy tapety w kwiaty, z korytarza sterczą listwy boazerii, a złodziej w wapiennej posypce ze ściany krąży i skrapia otoczenie miłym akcentem, tak niezwykłym w tej sytuacji, ponieważ jest ze starej szkoły i mu się wydaje, że zapach zaciera wszelkie ślady. Opuszcza wreszcie dom z komórką Kota w kieszeni, ma przygotowane krzesło i skrzynki po ziemniakach, by łatwo przeskoczyć płot, ale musi krwawić w nim ambicja, bo na odchodnym jednak wyważa okno do punktu kasowego. Rozlega się syrena alarmowa; szybki rzut oka do wnętrza banku ujawnia takie detale jak rezerwuar i klozet. Kier mógł odejść półhonorowo, a tak jego skucha się dopełnia.

Mija cały październik, Kot idzie do szpitala, jedni zakładają mu 10 szwów na głowę, inni łatają mu ściany w domu, mija listopad, święta i sylwester, a w połowie stycznia jednak policja przychodzi do Kiera. Służbowe pukanie do jego drzwi jest rezultatem długotrwałej pracy operacyjnej, o której policja się nie wypowiada, wiadomo jedynie, że przesłuchuje kilkudziesięciu miejscowych speców od włamań metodą rympałową, niewrażliwych na krew, żaden nie sypie. Może – powtarza się na mieście – gdyby Kier nie łączył się z Internetem za pomocą ukradzionej Kotu komórki, to chodziłby po wolności? Bo czego on tam mógł szukać? Aktualnych notowań giełdowych? A teraz, mówi się, policja chce ożenić Kiera z jeszcze jedną międzyrzecką robotą, datowaną na marzec zeszłego roku, łudząco podobną do roboty u Kota. W marcu obywatelka zostaje napadnięta w domu przez zamaskowanego, który, zacinając się z irytacji, powtarza: dolary, euro, dolary, euro dawaj! A potem z ich rozmowy wynika, że wziął ją za kogoś innego, ona nie jest właścicielką kantoru wymiany walut, który znajduje się przez ścianę mieszkania. On przechodzi z nią na formę pan/pani, a ratując swą reputację przed totalną skuchą wychodzi z fantem w postaci kamery, ale nie wie, czy to cyfra, czy analog.

W styczniu na komendzie policji w Białej Podlaskiej przed Józefem Kotem otwiera się automatycznie jedna ze ścian, ujawnia czterech mężczyzn w rzędzie, według wzrostu i w kominiarkach. Poznaje Kiera po głosie, Kier dostaje 3 miesiące aresztu, a w kwietniu sędzia mu przedłuża dalej. Józef Kot w pasmanterii opowiada ekspedientce, że zna kiedyś dziadka Kiera, który przed wojną handluje świniami ze Śląskiem i dobrze na tym wychodzi, a po wojnie pozbawiony prywatnej inicjatywy kupuje konia i obrabia rolnikom ziemię za pieniądze. Ojciec Kiera jeździ jako kierowca w międzyrzeckiej spółdzielni odzieżowej i też mu nie można zarzucić nieuczciwości. I tylko ten jeden Kier średni wychowuje się na ulicy i idzie zawodowo w partaninę.

Siedzi Kier w Białej do sprawy i naraża państwo polskie na koszt, bo faktycznie jest chory poważnie na nerki; co dwa dni wożą go pod eskortą do cywilnego szpitala ratować życie. Kier opinię wychowawczą posiada zadowalającą, ale nie da się ukryć, że jest on recydywą z gatunku tych, którzy złapani na gorącym za rękę mówią, że w momencie zaistnienia przestępstwa byli przeziębieni w domu lub na rybach.

Polityka 19.2010 (2755) z dnia 08.05.2010; Kraj; s. 34
Oryginalny tytuł tekstu: "Skucha"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Pomocnik Historyczny

Losy władczyń, które nie mogły dać mężom potomka

Kobieta, która nie mogła urodzić następcy tronu, była narażona na niebezpieczeństwa.

Tomasz Targański
23.02.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną