Społeczeństwo

POKOLENIE kopiuj-wklej

RAPORT: jak zdać maturę z internetowym gotowcem

Piotr Socha / Polityka
Tysiące licealistów podczas matury ustnej z języka polskiego zamiast własnych prezentacji przedstawi kupione prace. Większość oszuka nauczycieli nie pierwszy i nie ostatni raz. I co? I nic.

Portale internetowe, za pośrednictwem których można zlecić komuś odrobienie lekcji czy napisanie pracy – od rozprawki po pracę dyplomową – odwiedzają każdego miesiąca miliony osób. – Od własnego syna, 12-latka, usłyszałam niedawno: „po co mam odrabiać lekcje? Przecież jest Internet!?” – mówi nauczycielka polskiego w jednym z łódzkich liceów. Kiedyś, gdy uczeń nie odrobił pracy domowej, mógł tylko prosić kolegę, żeby dał mu odpisać. Byli tacy, którzy spisywali nagminnie, ale większość widziała w tym coś krępującego. Dziś wystarczy uruchomić komputer i otwierają się tysiące możliwości, by uniknąć nie tylko odrabiania pracy domowej, ale w ogóle wszelkich szkolnych obowiązków.

Samopomoc uczniowska

Wśród uczniów gimnazjów i liceów, a także w ostatnich klasach szkoły podstawowej ogromnym powodzeniem cieszą się portale samopomocowe. Najpopularniejszym z nich jest zadane.pl. Każdy, kto się w nim zarejestruje, dostaje na start określoną liczbę punktów. Gdy chce, by inni użytkownicy odrobili za niego zadanie domowe, zamieszcza je na portalu. Za rozwiązanie płaci punktami.

Od uruchomienia serwisu we wrześniu ub.r. zarejestrowało się w nim 300 tys. użytkowników. Odrobili za siebie nawzajem ponad 630 tys. prac domowych. Rozwiązane zadania i gotowe wypracowania dostępne są na portalu także dla osób niezarejestrowanych. Dzięki temu w samym tylko marcu stronę odwiedziło 1,6 mln internautów.

Łukasz Haluch, współtwórca zadane.pl, w działalności portalu nie widzi niczego złego. – Ten, kto nie umie zrobić pracy domowej, i tak spisałby ją na kolanie przed lekcją. To nie jest oferta dla cwaniaków czy leni, ale dla tych, którzy nie radzą sobie z niektórymi przedmiotami. Początkowe punkty wystarczą na rozwiązanie jednego zadania. Kolejne użytkownik zdobywa, odrabiając za innych lekcje z przedmiotów, które lubi i w których czuje się pewniej – przekonuje.

W rzeczywistości punkty można również kupić, wysyłając sms (1,22 zł za 10 pkt potrzebnych na rozwiązanie jednego prostego zadania) lub zdobyć, zachęcając innych do korzystania z portalu (30 pkt za każdą osobę z polecenia). Sposobów, by zlecić innym robienie zadań, a samemu się nie narobić, jest więcej.

Z kumplami z klasy stosujemy taki patent: jeden z nas wrzuca na portal zadanie, które było rozwiązywane podczas lekcji w szkole. Drugi zamieszcza rozwiązanie i dostaje za to punkty. Płaci nimi za odrobienie naszej pracy domowej – zdradza Marcin, uczeń jednego z warszawskich liceów.

Kto zatem rozwiązuje zadania? Okazuje się, że obok nastolatków korzystających z portalu, tak jak Marcin i jego koledzy, są osoby, które wyłącznie odrabiają prace domowe za innych, nie dając do odrobienia swoich. Zachętą są prowadzone przez serwis rankingi rozwiązywaczy zadań. Nagroda za zajęcie pierwszego miejsca w rankingu semestralnym wynosi tysiąc złotych. W konkursach miesięcznych laureaci trzech pierwszych miejsc dostają bony zakupowe o wartości 100–400 zł, a pozostali z pierwszej dziesiątki – doładowania do telefonów o wartości 30–50 zł.

Ewcia58

Gdy użytkownicy portalu samopomocowego trudne.pl potrzebują pilnie pomocy, zwracają się do niej. Piszą jak do koleżanki ze szkolnej ławki: „Ewcia, ratuj…”. Czasami, jak wówczas, gdy gimnazjalistka Wiola96 prosiła, by „na dziś” napisać jej wypracowanie z polskiego, Ewcia sarka: „To coś się tak późno obudziła?!”. Ale prawie zawsze pomaga. Udzieliła już blisko 2 tys. odpowiedzi. Najchętniej na poziomie gimnazjum, z polskiego i religii. Jej prace często przypominają wpisy na forach internetowych – z podobnym poszanowaniem składni, interpunkcji i ortografii. Często myli lektury, nazwiska. Ale ci, którym pomogła, wystawiają jej na trudne.pl bardzo dobre oceny. Czasem chwalą się, że dostali w szkole czwórki, piątki. – Całe życie coś sobie pisałam na brudno. Jak mnie ktoś prosi, piszę wiersze na różne okoliczności. Na trudne.pl udzielam się nie dla nagrody – iPhone’a, ale z myślą o umieszczeniu dla potomnych moich prac. Cieszę się, że mogę oddać się literaturze, a przy okazji pomóc innym – tłumaczy Ewcia. A raczej Ewa, bo parę lat temu skończyła pięćdziesiątkę. Ma trójkę dzieci: dorosłą córkę i dwoje gimnazjalistów. Sama w młodości ukończyła zawodówkę, teraz uczy się w liceum dla dorosłych w Warce. – Gdy ktoś na trudne.pl prosi mnie o pomoc, sięgam do swoich notatek z lekcji i streszczeń. Analizuję je i własnymi słowami piszę. Oczywiście, jeśli zajęcia w domu i praca mi pozwolą. Co robi zawodowo? – Sprzątam.

Gotowiec na każdą okazję

Coraz częściej uczniowie szukają w Internecie gotowych wypracowań. Największy wybór – aż 100 tys. prac z różnych przedmiotów – oferuje im istniejący od 1998 r. portal ściąga.pl. W swoich zasobach ma on 2,3 tys. gotowców ze słowem „Antygona”, 983 ze słowem „Solidarność” i 252 ze słowem „chlorofil”. Bazę tworzą głównie nastolatki, które udostępniają serwisowi swoje stare prace. Także bezpłatnie portal udostępnia je innym internautom. Ostatnio stronę odwiedzało miesięcznie blisko 3,5 mln osób. – Kilka razy w miesiącu uczniowie przynoszą mi prace żywcem ściągnięte ze ściąga.pl albo skompilowane z kilku wypracowań – mówi polonistka z łódzkiego liceum. Ściąga.pl jest także, według statystyk serwisu antyplagiatowego plagiat.pl, najpopularniejszym źródłem zapożyczeń w pracach dyplomowych studentów. Co ciekawe, spółka Freshmind, do której należy ściąga.pl, utrzymuje się z reklam zamieszczanych na portalu głównie przez szkoły pomaturalne i uczelnie wyższe (także publiczne). W 2008 r. zapłaciły one firmie za reklamę blisko 1,2 mln zł.

Niedawno portal ściąga.pl udostępnił nową usługę – miniściągę. Internauci mogą sobie zakładać w nim własne notatniki, do których dostęp uzyskuje się podobnie jak w innych portalach do skrzynki pocztowej. Administratorzy zachęcają użytkowników, by w notatnikach tworzyli własne katalogi tematyczne (np. „klasówka Średniowiecze”) i kopiowali do nich te wypracowania z serwisu, które mogą im się na daną okazję przydać. Kto ma w telefonie komórkowym dostęp do Internetu, może w dowolnej chwili otworzyć swój notatnik i wykorzystać zgromadzone w nim teksty. – Oczywiście istnieje ryzyko, iż notatnik w wersji mobilnej zostanie wykorzystany do ściągania na lekcjach. Ale korzystanie z telefonów komórkowych podczas klasówek i lekcji powinno być zabronione – mówi Piotr Krzaczkowski, prezes firmy Freshmind. Powszechnie wiadomo, że w wielu szkołach zabronione jednak nie jest.

Gryzoń

Kilka lat temu na jednym z forów internetowych rozgorzała dyskusja na temat ściągania przez komórkę. Gryzoniowi, który chodził wówczas do pierwszej klasy liceum, pomysł wydał się początkowo absurdalny. W jego szkole każdemu, kogo podczas lekcji złapano z telefonem, natychmiast go rekwirowano. Kilku dyskutantów twierdziło jednak, że od dawna ściągają wyłącznie w ten sposób, a gdy nauczyciel coś zauważy, mówią, że sprawdzali tylko, która jest godzina albo czy telefon jest na pewno wyciszony, bo nie chcieliby przeszkadzać kolegom. Dla zabawy Gryzoń ściągnął wówczas z Internetu program pozwalający tak przerobić plik z komputera, by można go było odczytać w jego telefonie. Potem ktoś go poprosił, by przerzucił mu do komórki gotowce na sprawdzian z historii. Polecił Gryzonia następnemu. A ten kolejnemu. I zrobiła się z fabryka. Gryzoń – już za pieniądze – kopiował wybrane przez klientów wypracowania ze ściąga.pl i innych podobnych portali i dostosowywał format do ich komórek. Gdy telefon się do tego nie nadawał – radził, jaki kupić, by mieć wygodniejszy dostęp do ściąg. Ostatnio jednak biznes podupadł. Coraz więcej nastolatków ma w komórce Internet i często nie robią ściąg, licząc, że podczas klasówki uda się im wszystko wygooglować. Poza tym konkurencja jest ogromna: gotowe bryki na komórkę oferuje coraz więcej portali, a producenci gier na komórkę poszerzyli asortyment o opracowania epok literackich oraz aplikacje z wzorami matematycznymi i fizycznymi.

Noga z polaka

Od kilku lat w Internecie, a także na niewielką skalę poza nim, kwitnie handel prezentacjami maturalnymi z języka polskiego. Zostały one wprowadzone w 2005 r., w miejsce dawnej matury ustnej z polskiego (czyli trzech pytań z zakresu programu nauczania). Idea była taka, że uczniowie sami będą proponować i opracowywać tematy, które zaprezentują na ustnej maturze – dzięki czemu będą mogli wykazać się swoimi zainteresowaniami. Praktyka jest inna. – Na rok przed maturą każda szkoła średnia musi przygotować listę stu tematów maturalnych. Uczniowie mogą zgłaszać swoje propozycje, ale w drugiej klasie większość z nich jeszcze nie ma pomysłu na prezentację. W efekcie większość tematów zgłaszają nauczyciele – mówi wieloletnia dyrektorka jednego z liceów w powiecie bełchatowskim.

Wielu tegorocznych maturzystów w dyskusjach na forach internetowych przyznawało, że szkoda im czasu na przygotowania do ustnego egzaminu z polskiego (jego wynik nie jest brany pod uwagę przy rekrutacji na studia). Część nawet chciała zrobić prezentacje – ale nie wiedzieli, jak się do tego zabrać, a na pomoc polonisty nie mogli liczyć. Rozwiązaniem mógł być wybór jednej z tysięcy dostępnych w Internecie ofert sprzedaży prezentacji maturalnych.

Gotowe prace maturzystów z ubiegłych lat kupić można m.in. w serwisie Noga z polaka. Do wyboru jest blisko 2 tys. tytułów. Cena – zaledwie 40 zł. Właściciele portalu zapewniają, iż dzięki temu, że klient kupuje pracę, a nie jak w niektórych serwisach dostaje za darmo – zyskuje pewność, że jest ona unikatowa. Tyle że w tym samym portalu znaleźć można ranking najlepiej sprzedających się prezentacji. Rekordy popularności bije praca o zapożyczeniach językowych zamieszczona w serwisie w 2007 r. przez maturzystę III LO we Wrocławiu. Sprzedano ją 75 razy, z tego 18 w tym roku szkolnym. Z komentarzy kupujących wynika, że co najmniej kilku z nich na egzaminie maturalnym przedstawiło ją jako własną. Niektórzy dostali więcej punktów niż jej autor.

Drożej trzeba zapłacić za gotową pracę, kupując ją bezpośrednio u autora (50–150 zł). Ale i tu nie ma gwarancji wyłączności. Seba, który maturę zdawał 3 lata temu, prezentację przygotował sam. Dotyczyła literatury science fiction. Dostał komplet punktów. Rok później sprzedał ją kilku osobom. Dwaj koledzy z klasy zrobili to samo. W ubiegłym roku chcieli znów wystawić prace na sprzedaż, ale ich charakterystyczne tytuły znaleźli na liście 300 prac, które po 45 zł wystawił na sprzedaż „wieloletni nauczyciel LO”. Były tam też tytuły prac innych kolegów z klasy, którzy nigdy ich nie sprzedawali. – Jedyną osobą, której dawaliśmy wszyscy do przejrzenia nasze prezentacje, była nasza nauczycielka polskiego. Komisja egzaminacyjna dysponowała tylko planami ramowymi – tłumaczy Seba.

Ogłoszeń „nauczycieli” wystawiających na sprzedaż setki „osobiście sprawdzonych prac” można w Internecie znaleźć wiele. Niektórzy oferują również napisanie na zlecenie pracy oryginalnej.

 

Safona

Na forach internetowych ogłasza się jako magister filologii polskiej, nauczyciel od lat zatrudniony w renomowanym wrocławskim liceum, egzaminator maturalny. Na każdym portalu podaje jednak inny staż pracy. Na zamówienie klienta napisze od podstaw pracę maturalną.

Sznurek kontaktów zostawionych przez nią na różnych portalach prowadzi w końcu na jej prywatną stronę. Okazuje się, że choć faktycznie jest absolwentką polonistyki, w szkole uczyła tylko dwa lata. Od dawna zarabia, udzielając korepetycji, lekcji gry na pianinie dla początkujących i fotografując.

Dlaczego podaje się za egzaminatora? „Zwykły chwyt reklamowy. Jeśli moje ogłoszenie zamieszczone jest w otoczeniu stu innych na ten sam temat, to czymś się trzeba z tego tłumu wyróżnić. Jednych przyciągnie atrakcyjna cena, innych – bardziej ostrożnych – hasło »plagiat free«. Jeszcze inni szukają autorytetów. Zwykłe »magister filologii polskiej« już przestało być atrakcyjne. Więc piszemy: »doświadczony nauczyciel LO«, »komisyjny«” – odpowiada e-mailem. Podając się za egzaminatora, unika uczniowskich wątpliwości – czy aby na pewno wie, jak wygląda ustna matura, jakie są formalne wymagania. By być z nimi na bieżąco, co roku przegląda informator Centralnej Komisji Egzaminacyjnej i portale dla nauczycieli. Nikogo nie zainteresowało nawet, czy ma skończone studia. Maturzyści martwili się raczej, czy nie przepadnie gdzieś z ich zaliczką. Wielu miało za sobą złe doświadczenia.

Najwięcej zamówień miała w pierwszych latach po wprowadzeniu nowej matury, gdy nie oferowano jeszcze tylu prac z odzysku. Z roku na rok rynek coraz bardziej się psuje. W ubiegłym sezonie maturalnym zarobiła tyle, że stać ją było na tygodniowe wakacje na Krecie i obiektyw do Olympusa. W tym roku nie napisała nawet 25 prac – dobrze będzie, jeśli wystarczy na Bośnię i Hercegowinę. Niewiele osób godzi się zapłacić za pracę minimum 130 zł, gdy na rynku pełno jest gotowców po kilkadziesiąt złotych. Ona sama nie sprzedaje cudzych prezentacji ani sklejek z różnych prac. Każda praca pisana jest od podstaw, ściśle według życzenia klienta. W każdej znajdują się odniesienia do dwóch książek spoza podstawowego kanonu lektur szkolnych. Czy faktycznie najlepszym sposobem, by pomóc młodym ludziom, jest pisanie za nich prac maturalnych, choćby najgenialniejszych? „Oczywiście jest to bardzo niemoralne rozpuszczać nastolatki, które mając ponad pół roku na spłodzenie 4 stron wypowiedzi, zwalają to na nas za pieniądze rodziców. Równie niemoralne jest jednak stwarzanie warunków do tego, by takie powszechne oszustwo miało miejsce” – przekonuje.

Wyższa szkoła oszustwa

Szkolne oszustwo nie kończy się na maturze. Od lat kwitnie także w uczelniach wyższych. W Internecie znaleźć można tysiące ogłoszeń o sprzedaży referatów, prac licencjackich, magisterskich, a nawet doktorskich. Jeszcze kilka lat temu zakupem zainteresowani byli głównie ci, którzy na trzecim, czwartym roku studiów rozpoczęli kariery zawodowe i nie mieli czasu na pisanie pracy. Często także studentki, które nie mogły pogodzić obowiązków macierzyńskich z nauką.– Teraz zgłasza się coraz więcej osób, które po prostu nie umieją napisać pracy. Rozbrajająca jest ich szczerość: przyznają, że zawsze ściągali na egzaminach, od lat kupowali prace zaliczeniowe i są już na to skazani – mówi 45-letni Paweł z Gdańska, który od 12 lat żyje z pisania prac z kierunków ekonomicznych.

Oszustwu sprzyja sytuacja w szkołach wyższych. Często przyjmują znacznie więcej studentów, niż pozwalają na to przepisy i liczba pracowników naukowo-dydaktycznych (głośny przypadek Akademii Humanistyczno-Ekonomicznej w Łodzi). W efekcie grupy, także te seminaryjne, są przeludnione. Wykładowca, który na seminarium magisterskim ma kilkadziesiąt osób, a seminaria prowadzi na kilku uczelniach, często nie jest w stanie zorientować się, czy studenci samodzielnie przygotowują prace.

Podobnie jak maturzyści, studenci mogą kupić obronione już wcześniej przez kogoś prace lub zlecić napisanie pracy od podstaw. Jedną z największych baz gotowców dla studentów – liczącą ponad 13 tys. prac dyplomowych i referatów – dysponuje portal studenci.pl. Założyła go w 1997 r. grupa studentów ekonomii, którzy po obronie swoich prac dyplomowych doszli do wniosku, że szkoda, by kurzyły się one gdzieś na dnie szafy. Ponieważ prace dotyczyły branży turystycznej – sprzedali je firmom z tego sektora. Do dziś przedstawiciele portalu przekonują, że jego głównym celem jest sprzedaż prac firmom, a tylko uboczną działalnością – sprzedawanie ich studentom.

Wątpliwości jednak budzi to, że portal przyjmuje prace bez względu na datę ich powstania (po co firmom analizy sprzed wielu lat?), że tematy wielu dostępnych w nim prac są zupełnie bezużyteczne z punktu widzenia biznesu, a także to, że nazwiska autorów prac są w większości zastrzeżone.

Część portali sprzedających gotowe prace oferuje dodatkowo usługę polegającą na korekcie danych w tekście. Przykładowo: student, który kupi pracę dotyczącą strategii marketingowej firmy X, może zlecić, by podstawiono w niej dane dotyczące firmy Y.

Podobną pracę wykonują rozmaite „wykształcone i wszechstronne zespoły absolwentów”, „zespoły pracowników naukowych kilku poważnych uczelni” oferujące pisanie prac na zamówienie. – Gdy pracę zamawia u nich ktoś z południa Polski, uruchamiają współpracownika z północy. Ten szuka podobnego tematu w bibliotekach tamtejszych uczelni, kopiuje i przesyła do centrali. Tam pracę troszkę odświeżają i oddają klientowi jako całkowicie oryginalną – tłumaczy Paweł z Gdańska.

Obsługę, jaką zapewnia swym klientom Paweł, na tym rynku uznać można za luksus. Jeśli tylko klient sobie tego życzy, Paweł bierze na siebie wszystko – od pomysłu na temat, przez przygotowanie ewentualnych ankiet czy badań i ich opracowanie, aż po napisanie pracy. Przed każdym seminarium magisterskim Paweł zdaje klientowi relację z postępu prac, by wiedział, co ma powiedzieć promotorowi. Pracę przekazuje etapami, co pozwala uniknąć podejrzeń, że została kupiona. Taka obsługa jednak musi kosztować. Za całość Paweł bierze od przyszłych magistrów 3–4 tys. zł. U innych piszących praca licencjacka kosztuje ok. 1 tys. zł, magisterska – od 1,5 tys. do kilku tysięcy złotych, a doktorska – ponad 20 tys. zł.

Michał

Jakiś czas temu zamieścił w Internecie ogłoszenie, że pisze na zlecenie programy komputerowe. Posypały się telefony od studentów, którzy dostali za zadanie napisać jakiś program na zaliczenie albo jako pracę dyplomową. Kilka razy przyjął zlecenie. Wydawało mu się, że rach-ciach zrobi programik i będzie miał 1–1,5 tys. zł w kieszeni. Okazało się, że niektórym trzeba było tłumaczyć krok po kroku, jak zbudowany jest program, jak go obsługiwać. Potem targowali się jeszcze, że są biednymi studentami i nie mają pieniędzy, żeby płacić. W końcu zamieścił w swoim ogłoszeniu na portalu informację, że nie pisze programów dla studentów. Nawet nie przez ten stracony czas, ale przez poczucie, że wykonując za nich robotę, sam kopał sobie dołek. Od kilku lat pracuje jako informatyk w jednym z największych koncernów w Polsce. Często obserwuje, jak jego firma płaci gigantyczne pieniądze za programy zamówione u zewnętrznych specjalistów. Programy nie działają i trzeba je właściwie pisać na nowo. Ta robota spada zwykle na niego – w ramach śmiesznie niskiego wynagrodzenia. Gdy oddawał program któremuś z kolei studentowi, uświadomił sobie, że oto właśnie przyczynia się do tego, że na rynku pracy pojawi się kolejny niekompetentny człowiek, który być może kiedyś wysoko zajdzie i za którego inni będą musieli wykonywać czarną robotę.

Wszyscy zadowoleni

Badania przeprowadzone w ubiegłym roku w USA wykazały, że połowa amerykańskich nastolatków ściąga prace z Internetu i przedstawia je w szkole jako własne, a co trzeci nastolatek wykorzystuje telefon komórkowy do ściągania.

Wyniki badań wywołały szok tym większy, że w całym świecie Stany stawiane były za wzór. Jako kraj, gdzie najostrzej walczy się z wszelkimi przejawami nieuczciwości w edukacji – od ściągania na klasówce po plagiaty. Wierzyli w to chyba także sami Amerykanie.

W Polsce także dorasta pokolenie, które od początku swej edukacji korzystało z komputerów i Internetu. Pokolenie kopiuj-wklej. Kopiuje i wkleja szkolne zadania, kopiuje i wkleja prezentacje maturalne, kopiuje i wkleja prace dyplomowe. Prawdopodobnie inaczej nie potrafi. W Ministerstwie Edukacji Narodowej nie dostrzegają jeszcze problemu. Rzecznik resortu Grzegorz Żurawski tłumaczy, że zadaniem MEN jest tylko określenie, czego młodzież musi się nauczyć. A za efekty odpowiedzialni są już dyrektorzy szkół. – Jeśli pojawiają się jakieś patologie, próby omijania rzetelnej drogi edukacyjnej na większą skalę, to dyrektorzy powinni reagować – mówi Żurawski.

Dyrektorzy odpowiadają, że do walki z kopiuj-wklej nie mają narzędzi. Nauczyciele nie będą przecież robić śledztwa w sprawie pochodzenia każdego zadania. Wielu z nich jednak nie tylko nie robi nic, by z plagą kopiuj-wklej walczyć, ale sami próbują na niej zarabiać – pracują jako korektorzy w serwisach samopomocowych i bazach gotowców, piszą anonimowo prace na zlecenie, sprzedają prace maturalne uczniów bez ich wiedzy i zgody. Ośrodek Rozwoju Edukacji, zajmujący się kształceniem nauczycieli, nie ma dla nich, jeśli chodzi o walkę z kopiuj-wklej, żadnych propozycji – szkoleń, programów.

Dorota Żyro, dyrektor ORE, ma jednak jakiś pomysł, jak z tym problemem walczyć: – Odpowiedzią powinno być bardziej twórcze podejście nauczycieli do obowiązków. Pracę na standardowy temat można kupić? Niech wymyślają tematy niestandardowe! I dodaje: – Uczniom trzeba poświęcać więcej czasu. Nauczyciel, który zna swoich wychowanków, od razu zorientuje się, gdy ktoś przedstawi mu cudzą pracę. Łatwo dawać takie dobre rady.

Walka z kopiuj-wklej zaczyna się właściwie dopiero na poziomie szkół wyższych. Choć i tu nie jest łatwo. Sprzedaż prac dyplomowych ani ich pisanie na zamówienie nie jest przestępstwem. Ci, którzy się tym zajmują, zabezpieczają się przed odpowiedzialnością, zastrzegając, że sprzedawane przez nich materiały mogą służyć jedynie jako wzór, pomoc naukowa przy pisaniu przez studenta właściwej pracy. Choć z góry wiedzą, że ich klienci kupują prace w innym celu.

Za przedstawienie cudzej pracy jako własnej (plagiat) grozi do 2 lat pozbawienia wolności. Jej autor musiałby się jednak domagać ścigania plagiatora. Oczywiste jest, że ci, którzy sprzedają prace, nie będą domagali się ścigania swoich klientów. Student przedstawiający cudzą pracę jako własną może zostać oskarżony o wyłudzenie dyplomu ukończenia studiów przez wprowadzenie w błąd osób upoważnionych do jego wystawienia. Grozi za to do 3 lat więzienia.

Głównymi orędownikami walki z plagiatami na uczelniach wcale nie są jednak ich władze, lecz trzydziestoparolatkowie, rówieśnicy tych, którzy stworzyli portale samopomocowe i bazy gotowców. Zaliczyć do nich można twórców antyplagiatowego programu i serwisu Plagiat.pl. Kilka lat temu przekonali władze Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, by pilotażowo wprowadziły program sprawdzania prac dyplomowych przed ich dopuszczeniem do obrony przez program antyplagiatowy. Obecnie z programu korzysta 113 uczelni.

Kopiuj-wklej jest jak zakaźna choroba. W oświacie zaczęła się parę lat temu na uczelniach, potem zaraziły się szkoły niższych szczebli. Strach pomyśleć, co będzie, gdy pokolenie kopiuj-wklej zdominuje rynek pracy. Od kogo wówczas będą ściągać?

Polityka 21.2010 (2757) z dnia 22.05.2010; Raport; s. 34
Oryginalny tytuł tekstu: "POKOLENIE kopiuj-wklej"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Prof. Łętowska kontra syndyk spółdzielni. Szykuje się ciekawy i ważny proces

Prof. Łętowska: Tu nie chodzi o tych 550 zł, których domaga się ode mnie syndyk. Chętniej dam trzy razy tyle na cele dobroczynne, niż pójdę jak baran ciągnięty na rzeź w procederze ułatwiającym różnym cwaniakom wzbogacanie się.

Violetta Krasnowska
20.10.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną