Społeczeństwo

Adopcja z przeciwwskazaniem?

Adopcja ze wskazaniem = handel dziećmi?

Laura B. / PantherMedia
W Polsce biologiczna matka ma prawo sama znaleźć rodziców dla dziecka, którego nie może i nie chce wychowywać. To adopcja ze wskazaniem. Niektórzy twierdzą, że to zwykły handel dziećmi.

Maria z Trójmiasta, urzędniczka, dziś na rencie: – Urodziłam siedmioro dzieci, jestem mamą szóstki. Że będzie siódme, dziewczynka, okazało się przypadkiem – w czasie badań, gdy u Marii wykryto nowotwór. Mąż też był wtedy mocno chory. Zlękli się, że nie udźwigną. Uradzili, że oddadzą małą dobrym ludziom. W ośrodku adopcyjno-opiekuńczym, do którego zgłosili się jeszcze w czasie ciąży, usłyszeli, że nie ma możliwości, by poznać nowych rodziców córki. Sprawę załatwia się anonimowo – zrzekają się praw rodzicielskich na specjalnym formularzu (dlatego tę formułę adopcji nazywa się blankietową), ośrodek znajduje rodziców adopcyjnych, sąd orzeka przysposobienie. A jeśli Maria i jej mąż, powiedziały panie w ośrodku, będą się w tej sprawie naprzykrzać, sąd może powziąć podejrzenie, że chcą sprzedać córkę.

Już po porodzie ktoś znajomy – wolą nie zdradzać szczegółów – skontaktował jednak z nimi pewną parę czekającą na adopcję dziecka. Sprawdzili, okazało się, że można legalnie oddać córkę konkretnej rodzinie. Nazywa się to adopcja ze wskazaniem. Przegadali z tamtą parą przez telefon dwie noce, opowiedzieli sobie życie. Poszli razem do sądu, który od razu przyznał opiekę nowym rodzicom. Po kilku miesiącach orzekł przysposobienie. Maria przysięga, że nie wzięła ani grosza.

Ewie z Tomaszowa, sekretarce, pewnego dnia, gdy w telewizji mówili o porzuconych dzieciach, aż przeszły ciarki po plecach: co bym zrobiła, gdybym znów była w ciąży? Z antykoncepcją u niej słabo: po czterech ciążach ma żylaki i wieczne kobiece dolegliwości, odpadają pigułki i spirala. Prezerwatywa? Jedno dziecko już im się z mężem trafiło mimo prezerwatywy. Usunąć by nie umiała, nie chodzi nawet o religię. Oddać do domu dziecka? Nieludzkie.

Krótko po tych rozterkach zatrzymał jej się okres. Przez Internet poznała kilka par. Trzecia okazała się tą właściwą; Ewa mówi, że jak z miłością – tu musi zaiskrzyć. O pieniądzach nie było mowy. Rodziła w mieście, w którym mieszka tamta para. Pamięta każdy szczegół – kamienicę za szpitalnym oknem, umywalkę obok łóżka, drobne paluszki syna. Swoje łzy. Potem półtora miesiąca rwącego bólu duszy. Potem ulgę.

Według szacunków organizacji adopcyjnych, przysposobienie ze wskazaniem wybiera w Polsce mniej więcej tysiąc rodzin rocznie – co trzecia adoptująca dziś dzieci. Ta formuła, dopuszczalna w wielu systemach prawnych, także w polskim, nie ma jednoznacznie dobrej opinii. Chodzi o podejrzenie, że w grze zawsze mogą być pieniądze. Mówiąc wprost – handel dzieckiem. Bo też rodzice biologiczni są w bezpośrednim kontakcie z adoptującą parą, spotykają się z nią choćby w sądzie. W tzw. adopcji blankietowej, częstszej, rodzice biologiczni anonimowo zrzekają się praw do dziecka. Resztę formalności załatwia ośrodek adopcyjny.

Pracownicy ośrodków oceniają, że większość adopcji ze wskazaniem ma drugie, komercyjne dno, nikt jednak nie jest w stanie tego zweryfikować.

Dyskusja na ten temat wzmogła się w ostatnich tygodniach, gdy Sejm pracował nad zmianą definicji handlu ludźmi w kodeksie karnym, by była ona zgodna z międzynarodowymi umowami. Ustalono, że o handlu można mówić tylko wtedy, gdy wiąże się z intencją wykorzystania człowieka, na przykład do prostytucji. Czyli komercyjna adopcja nie mieści się w spisie przestępstw, a rodzice za wzięcie pieniędzy nie powinni być karani. W kodeksie został natomiast przepis, że osoba, która dla materialnych korzyści zajmuje się organizowaniem adopcji, może trafić do więzienia na pięć lat.

Fundacja Dziecko-Adopcja-Rodzina, założona przez rodziców adopcyjnych w celu wspierania rodzin podobnych sobie, jeszcze w trakcie pracy nad tymi przepisami pisała do parlamentarzystów: „Matki biologiczne same będą wyszukiwały rodziców adopcyjnych i sprzedawały swoje dzieci tym, którzy zapłacą najwięcej, nie martwiąc się o odpowiedzialność karną”. W podobnym tonie wypowiadała się część ekspertów zajmujących się sprawami adopcji.

Straszenie handlem, tworzenie klimatu podejrzliwości spowalnia procesy adopcyjne i ostatecznie szkodzi dzieciom – ocenia Ewa Milewska-Celińska, adwokat, która przez ponad 20 lat prowadziła sprawy o adopcje. – Patologie zdarzają się w każdej dziedzinie życia, a adopcja ze wskazaniem to droga dozwolona przez prawo.

Dozwolona, ale – przyznają to nawet jej zwolennicy – ryzykowna.

Andrzej Ładyżyński w wydanej w ubiegłym roku książce „Społeczne i kulturowe uwarunkowania adopcji w Polsce” przywołuje badania Wandy Szyszkowskiej-Kłominek nad matkami oddającymi dzieci do adopcji. 70 proc. to panny, 48 proc. ma mniej niż 25 lat, 7 proc. to nieletnie. Co wyróżnia matki oddające dzieci wskazanym rodzicom? One same mówią, że po prostu chcą wiedzieć, dokąd dzieci trafiły. Ewa powiada, że gdyby nie wiedziała, kim są rodzice adopcyjni synka, wariowałaby, słuchając na przykład doniesień o martwym, anonimowym dziecku, wyłowionym niedawno ze stawu w Cieszynie.

Barbara Passini, dyrektor Krajowego Ośrodka Adopcyjno-Opiekuńczego TPD, ma jednak wątpliwości: – Jak te kobiety mają zdiagnozować, czy potencjalni rodzice adopcyjni są gotowi do przyjęcia dziecka? Patrząc im głęboko w oczy? Jedyne, co są w stanie ocenić, to ich sytuację bytową.

Psychologowie potwierdzają, że świadomość tego, co się stało z synem lub córką, może pomagać matce zamknąć sprawę w głowie i sercu. – Ale matki, które oddały dziecko w poczuciu własnej niewydolności, ta wiedza może też kusić do dalszych kontaktów – zauważa Agnieszka Paczkowska, psycholog. I anonimowym matkom, i tym jawnie oddającym dzieci byłoby znacznie łatwiej, gdyby mogły liczyć na pomoc specjalisty, grupę wsparcia. Dziś, po podpisaniu papierów o zrzeczeniu się praw do dzieci, zostają same.

Może by dali radę?

Maria i mąż odwiedzili nową rodzinę swojej córki kilka razy. Kawy nigdy nie wypili, zawsze ostygła. Emocje. Nie to, że złe, ale silne. Dziewczynka jest taka jak wszystkie ich dzieci – dość nieśmiała. Ale do nich lgnęła. Zdejmowała Marii okulary, grzebała w torebce. Do domu wracali w milczeniu. Później rozmawiali, tak jak już wiele razy: że żałują, bo może daliby radę wychować jeszcze i tę małą. Ale gdy podejmowali decyzję, wydawało się, że nie dadzą.

Ewa po porodzie podwiązała jajowody. Dziś, gdy mijają trzy lata, znów robi jej się ciężko. Kołują w głowie pytania, jak chłopiec wygląda? Esemesem prosi matkę adopcyjną: przyślij zdjęcie! Nie, bo będziesz cierpieć – odpowiada tamta. Ma rację – myśli Ewa. W większości przypadków kontakty rodzin biologicznych z adopcyjnymi stopniowo wygasają.

Dzieci powierzane ze wskazaniem byłyby bezpieczniejsze, a spokój ich matek pełniejszy, gdyby wskazani rodzice adopcyjni przechodzili takie szkolenia i badania jak ci zgłaszający się do konwencjonalnej, blankietowej adopcji. Dziś sąd czasem domaga się sprawdzenia kwalifikacji również tych ze wskazania. Część ośrodków odmawia jednak takich diagnoz.

W procedurze ośrodkowej kandydaci na rodziców spotykają się z pedagogami, psychologami, przechodzą szkolenia i badania. Po 9–10 miesiącach zapada decyzja, czy można im powierzyć dziecko. – I bywa negatywna, gdy kandydaci są nie dość zdrowi lub mało stabilni emocjonalnie – mówi Dorota Polańska. Ale decyzja bywa też negatywna ze względów czysto formalnych, jak na przykład za krótki staż małżeński (w części ośrodków oczekuje się, że musi to być co najmniej pięć lat). Jednak osób, które nie przechodzą kwalifikacji, jest niewiele – zaledwie kilka procent.

Monika i Grzegorz z Truskolasów pod Częstochową zaliczyli wszystkie szkolenia i kwalifikacje w ośrodku, ale po trzech latach nikt nie umiał im powiedzieć, jak długo jeszcze będą czekać na adopcję. Na forum trafili na Kasię, samotną matkę, w czwartym miesiącu ciąży z trzecim dzieckiem. Gdy już byli po słowie, ośrodek się odezwał, że jest dla nich Amelka – wcześniak z wylewem podczaszkowym; może nigdy nie mówić i nie chodzić. Adoptowali Amelkę, a pięć miesięcy później córkę Kasi – Julkę. Mieszkają w parterowym domku, w ogródku perliczki, bażant i paw. Nawet gdyby chcieli za Julkę zapłacić, nie mieliby z czego. Grzegorz pracował wtedy w supermarkecie, Monika w geesie.

Dominika, ekonomistka z Warszawy, słyszała dużo o adopcji ze wskazaniem od przyjaciółki ginekolożki, która opowiadała, jak u niej w szpitalu pomaga się matkom w tarapatach. To było długo przed tym, zanim wyszło, że Dominika, na skutek przebytej choroby nigdy nie urodzi dziecka. Po ślubie z Larsem, Duńczykiem, od razu zdecydowali, że będą adoptować. Właśnie mieli się orientować w formalnościach, gdy przyjaciółka lekarka zadzwoniła, że jest pacjentka, która chce oddać córkę. Dominika i Lars od razu wzięli Anię ze szpitala. Mówią, że nie wyobrażają sobie, by płacić za dziecko.

Co tkwi w tyle głowy

Z badań Fundacji św. Mikołaja wynika, że adopcję rozważa około 3 mln Polaków. Po złożeniu wniosków przechodzą test na cierpliwość. Trzyletnie oczekiwanie staje się standardem. Główny powód to nieuregulowana sytuacja prawna dzieci, których rodzicom sądy nie odbierają praw. Ale też powściągliwość ośrodków w organizowaniu szkoleń dla kandydatów do adopcji. W wielu są tylko dwie edycje na rok.

To przede wszystkim długość ośrodkowej ścieżki sprawia, że chętni do przyjęcia dziecka wolą ją omijać. A także niejasna często kolejność przyznawania dzieci, która w rodzicach tworzy poczucie, że i w tej procedurze nie wszystko odbywa się uczciwie. Jednak – jak pisze Andrzej Ładyżyński – są i inne motywy. Niektórych boli, że raz skrzywdzeni przez los niemożnością posiadania potomstwa, dodatkowo muszą przechodzić kwalifikacje, których nikt nie wymaga od biologicznych rodziców. Jakby na potwierdzenie, że z powodu swej niepłodności są gorsi. Lękają się oceny, a również zagadki ukrytej w dziecku nieznanej rodziny.

Adopcja ze wskazaniem niesie jednak więcej powodów do obaw. – Tak jak kandydaci na rodziców starają się korzystnie prezentować przed biologiczną matką, tak i ona może ich oszukać – podkreśla Dorota Polańska. – Nie ma powodu przyznać się, że piła w ciąży czy brała narkotyki, a to wszystko wpływa na dziecko. W ośrodku mamy czas na diagnozę. Rodzice adopcyjni dostają pełną informację o zdrowiu dziecka.

Ponadto przez sześć tygodni od urodzenia biologiczna matka nie może zrzec się praw rodzicielskich. Wymaga to od potencjalnych rodziców adopcyjnych żelaznych nerwów – ona wciąż może zmienić zdanie. Zostawić sobie dziecko. Oddać je komuś innemu. Rodzice adopcyjni radzą więc sobie nawzajem: nie płaćcie! Nie tylko dlatego, że to wbrew prawu. Także po to, by goryczy nie potęgowało poczucie, że zostaliście naciągnięci.

Gdy już ten formalny etap zakończy się pomyślnie, muszą się jeszcze uporać i z tym, że matka biologiczna na zawsze w ich życiu pozostanie. Myśl o niej zawsze tkwi w tyle głowy. Niektórzy piszą potem na adopcyjnych forach: „Mama biologiczna zaczęła nas straszyć, że jej decyzja była pochopna i że teraz chce małą odzyskać (tak naprawdę dowiedziała się, że może otrzymywać pieniądze z opieki społecznej). Czy są jakieś szanse, że nam ją odbierze?”. Szans nie ma. Ale może nękać, żądać pieniędzy. I znowu trudno gdzieś iść po pomoc, bo zaraz na człowieka patrzą jak na tego, co może raz już zapłacił za dziecko.

Kasia, mama biologiczna Julki z Truskolasów, jest w porządku, przynajmniej do tej pory. Czasem ogląda zdjęcia na Naszej-klasie, wysyła kartki na święta. Pisze: „Ucałowania dla waszych dziewczynek”. Monika, matka adopcyjna, uczy się żyć z tym strachem, czy kiedyś coś się Kasi nie odmieni.

Dominika i Lars czekają na rozprawę w sprawie adopcji Ani. By nie iść do sądu z pustymi rękami, prywatnie zrobili sobie diagnozę psychologiczną i psychiatryczną, taką, jak się robi w ośrodkach adopcyjnych. Mają nadzieję, że ani sąd, ani matka biologiczna nie będą robić kłopotów.

 

Pierwszy kontakt

Julka, ta z adopcji ze wskazaniem, choć młodsza, od początku była dużo spokojniejsza od Amelki. Amelkę (dziś już zupełnie zdrową) ciągle trzeba było trzymać choćby za palec, zwłaszcza w ciemnościach. Monika i Grzegorz, jak sobie przypomną sceny z ośrodka preadopcyjnego, wcale się tej potrzebie nie dziwią. Karmienie: idą dwie panie przez salę z 30 niemowlętami, jedna trzyma tacę, druga wkłada dzieciom butelki do buzi. Kończy, wraca i po kolei wyjmuje butelki. Jak robot. Amelka była w ośrodku osiem tygodni. Julka trafiła do domu trzy dni po urodzeniu.

Według danych Fundacji św. Mikołaja, 30 proc. dzieci w domach dziecka czeka na adopcję ponad 200 dni. Większość to te z nieuregulowaną sytuacją prawną. Ale nawet dla tych, do których matki zrzekły się praw, 40–50 dni oczekiwania na nowych rodziców to dużo. Z badań Allana Schore’a z Uniwersytetu w Los Angeles wynika, że kontakt z matką już od pierwszych dni życia wpływa na fizyczny rozwój mózgu i powstawanie nowych połączeń między neuronami. Agnieszka Paczkowska, psycholog, dodaje: – Nie musi to być koniecznie matka biologiczna. Chodzi o stale obecne osoby, które reagują na potrzeby dziecka, zapewniając mu spokój i poczucie bezpieczeństwa. Ludzie, którym tego poczucia zabrakło, w późniejszym życiu gorzej radzą sobie ze stresem, mają skłonność do agresji i autodestrukcji. W ich mózgach zostają blizny.

Barbara Passini z Krajowego Ośrodka Adopcyjnego TPD ocenia, że nieprzygotowana rodzina adopcyjna to jednak więcej złego niż dobrego. – Najlepszym miejscem dla małego dziecka bez matki jest rodzina zastępcza pełniąca rolę pogotowia rodzinnego. Kilkorgiem dzieci opiekują się tam profesjonalnie przygotowani rodzice zastępczy. Matka może dziecko odwiedzać, uporządkować swoją sytuację rodzinną, tak aby wychować je samodzielnie. W Warszawie takie pogotowia działają jednak dwa, w całym kraju – 500. Potrzeba jeszcze dwa razy tyle.

Od 2007 r. politycy piszą ustawę o pieczy zastępczej, zgodnie z którą małe dzieci trafiałyby wyłącznie do pogotowi rodzinnych i rodzin zastępczych, nie do domów dziecka-molochów. Jednak nawet najlepsza opieka tymczasowa pozostanie tymczasową – nową sytuacją, z którą dziecko musi się oswoić, a potem się od niej odzwyczaić. Czyli źródłem stresu.

Przekonani do adopcji ze wskazaniem podkreślają jej zaletę: dziecko od początku wie, skąd pochodzi. Ale tkwi w tym też wyzwanie dla rodziców. To nie proste mnożenie: dwie matki równa się dwa razy więcej miłości i dwa razy więcej szczęścia. – Dla dziecka adoptowanego podstawowym problemem jest tożsamość, pytanie o to, kim jest – podkreśla Agnieszka Paczkowska. – Dwie równie ważne matki to źródło konfliktu wewnętrznego i dylematów lojalności. Trzeba dziecku pomóc ustalić, gdzie są jego korzenie – w rodzinie biologicznej czy tej, która je wychowuje.

Julka i Amelka, dziś trzyletnie, mówią, gdzie się urodziły, zgodnie z metrykami. Znają też imiona swych biologicznych mam (ośrodek, w którym była Amelka, nie przejmował się nadmiernie regułą anonimowości adopcji). Opowiadają, że mama i tata, Monika i Grzegorz, przywieźli je do domu w Truskolasach. Na razie nie mają świadomości, co to wszystko znaczy, ale rosną z tą wiedzą.

Ktoś pomiędzy?

Dziś rodzice adopcyjni i biologiczni odnajdują się zwykle sami, przez Internet. Dopóki w grę nie wchodzą pieniądze, można im legalnie pomagać w poszukiwaniach. W roli takiej rodzicielskiej swatki od kilku lat działa Maria – matka biologiczna z Trójmiasta, ta, która oddała córkę z powodu problemów zdrowotnych. Wywiesza swoją historię na stronach feministycznych i katolickich, wszędzie, gdzie pisze się o przysposobieniu. Prowadzi też własne forum adopcjazewskazaniem.pl, pod nickiem Kalina informuje o procedurach, radzi, podaje swój numer telefonu. Nasi rozmówcy, którzy korzystali z jej pomocy, zapewniają, że nigdy nie żądała zapłaty. Podobno sprawdzają ją organy ścigania. Ona sama mówi, że może tą aktywnością leczy ranę, która została w niej po rozstaniu z dzieckiem.

Z policyjnych statystyk można wyczytać, że przestępstwo nielegalnego, odpłatnego pośrednictwa w adopcji stwierdzono od 1999 r. ledwie pięć razy. Prawdopodobnie – jak przy korupcji – tak długo, jak zainteresowane strony mają interes milczeć, nadużyć nie sposób udowodnić.

Na stronie adoptuje.pl gości witają pytania: „Cierpisz na bezpłodność? A może zwyczajnie masz obawy przed utratą idealnej figury? Zajmujemy się kojarzeniem bezdzietnych par z surogatkami oraz z kobietami, które postanowiły oddać dziecko do adopcji ze wskazaniem”. Pod podanym na stronie numerem męski głos przedstawia się z imienia i nazwiska – Andrzej Sakowicz. Przedstawiam się jako kobieta zainteresowana oddaniem dziecka do adopcji, pytam, czy mogę liczyć na pieniądze. – Nie ma czegoś takiego jak płacenie za dziecko, to byłby typowy handel dziećmi. Natomiast są fundacje, organizacje, między innymi ja mam kontakt z taką, które zajmują się pomocą kobietom w nieciekawej sytuacji. Oczywiście jeśli pani nawet złoży wniosek, że chce pani 100 tys., to nikt tego nie uwzględni, ale kwoty 20, 30, 40 tys. jak najbardziej. Piszę mejla, podając się za osobę, która chce adoptować dziecko. Pytam o koszty. Przychodzi odpowiedź: „Są kobiety, które wprost żądają pieniędzy za wyrażenie zgody (na adopcję – J.C.); natomiast jest też znaczna grupa kobiet oczekujących tylko niewielkiej pomocy na czas bezpośrednio po porodzie. Kwoty po zsumowaniu mieszczą się w przedziale 8–45 tys. zł. Dla zainteresowanych świadczymy odpłatnie usługi weryfikujące stan zdrowotny, sytuację życiową, styl życia przed i w okresie ciąży. Poznajemy motywy działania kobiety oraz sprawdzamy relacje z ojcem dziecka”. I znów podpis – pełne imię i nazwisko. Andrzej Sakowicz wie, że trudno byłoby mu udowodnić działanie wbrew prawu.

Państwo

Postawmy więc na koniec oczywiste pytanie: Dlaczego rodzice zdecydowani na adopcję ze wskazaniem nie mogą korzystać z takich usług, jak te oferowane przez Andrzeja Sakowicza, ale w państwowych, profesjonalnych ośrodkach, na takiej samej zasadzie jak rodzice decydujący się na adopcję blankietową? Powtórzmy: adopcja ze wskazaniem to legalna forma przysposobienia.

W Niemczech adopcja ze wskazaniem jest standardem, zawsze jednak uczestniczy w niej ośrodek. Jego pracownicy pomagają dobrać się rodzinom. W Kanadzie bardzo częstą formą przysposobienia jest tzw. adopcja prywatna. Kobieta może szukać rodziny adopcyjnej poprzez ośrodek, agencję lub na własną rękę. Potem sprawdza ją pracownik socjalny.

U nas ustawodawca stanął w pół drogi i same sądy nie wiedzą, jak sobie z tym radzić. Dość zestawić dwie historie z ostatnich miesięcy.

Sosnowiec. Bezpłodne małżeństwo przyznało się do zapłacenia 4 tys. zł za dziecko kobiecie poznanej przez agencję surogatek. Nie było nawet próby adopcji ze wskazaniem. We trójkę sfałszowali legitymację ubezpieczeniową, surogatka urodziła córkę pod ich nazwiskiem. Ostatecznie o przyszłości dziecka rozstrzygnie sąd rodzinny, ale prokuratorzy umorzyli śledztwo, nie chcąc przekreślać szans małżeństwa na adopcję. Uznali, że fałszerstwo było mało szkodliwe społecznie, a zapłata za dziewczynkę nie ma znaczenia, bo lepiej będzie jej w rodzinie bez nałogów niż z biologiczną matką alkoholiczką.

Łódź. Dwie przyjaciółki umówiły się, że jedna z nich, która zaszła w ciążę, odda dziecko drugiej, bezdzietnej. Może zrobiłyby to legalnie, ale nie wiedziały, że tak można. Też sfałszowały legitymację ubezpieczeniową. Nie przepłynęła między nimi ani złotówka. Sąd skazał je na grzywnę i wyroki w zawieszeniu, dziecko trafiło do rodziny zastępczej. Zbigniew Lasocik, kryminolog badający problematykę handlu ludźmi: – To nieporozumienie. Dobro dziecka jest najwyższym nakazem.

Prof. Lasocik nie ma wątpliwości, że komercyjna adopcja jest handlem dziećmi – mówi o tym protokół fakultatywny do konwencji o prawach dziecka. Ma jednak wątpliwości, jak w takich przypadkach należałoby karać rodziców. – Trudno ustawiać ich w jednym szeregu ze zbrodniarzami, sprzedającymi dzieci do filmów pornograficznych. Na pewno państwo powinno wziąć odpowiedzialność także i za procedurę adopcji ze wskazaniem.

Przede wszystkim należy umożliwić i matkom biologicznym, i kandydatom na rodziców korzystanie z pomocy ośrodków adopcyjno-opiekuńczych, które dziś nierzadko wmawiają, że czegoś takiego jak adopcja ze wskazaniem nie ma. Ustalić, jaki rodzaj pomocy rodziców adopcyjnych dla matek jest dopuszczalny i w jakiej formie – wiadomo, że ciąża pociąga koszty, a kobiety oddające dzieci do adopcji zwykle są w dramatycznej sytuacji, także finansowej. Miejscem na te regulacje nie jest jednak kodeks karny, ale rodzinny i opiekuńczy.

Najważniejsze jednak wydają się zmiany na innym poziomie – stereotypów funkcjonujących w społeczeństwie. Przy adopcji ze wskazaniem na matki biologiczne spada podwójne piętno: nie dość, że się wyparły dziecka, to jeszcze dla pieniędzy. One same, tak jak Maria i Ewa, zapewniają, że w żadnym wypadku nie kierowała nimi chęć zarobku. Ewa wie, co prawda, że ckliwe anonse w Internecie: „szukam kochającej rodziny dla mojego skarbu” nieraz okazują się wstępem do twardych negocjacji, zna doniesienia o oddawaniu dzieci za kilkadziesiąt tysięcy. Ale nie ocenia tego. – Przerażona dziewczyna w ciąży ma mętlik w głowie, może podchwycić dziwne pomysły. Wielu chodzi jednak tylko o to, by ich synowie i córki nie tułały się po instytucjach. Obecnie w Polsce w takich placówkach tkwi 25 tys. dzieci.

Polityka 21.2010 (2757) z dnia 22.05.2010; Kraj; s. 28
Oryginalny tytuł tekstu: "Adopcja z przeciwwskazaniem?"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

UKRAINA: Wołodymyr i jego drużyna

Prezydent Wołodymyr Zełenski wystartował z najbardziej ambitnym programem reform w historii kraju. Krytycy twierdzą, że ta niecierpliwość zgubi albo jego, albo Ukrainę.

Oleksandra Iwaniuk
18.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną