Rodzinne samobójstwa

Razem pójdziemy do nieba
41-letnia Teresa, mieszkanka Opola, podała dwojgu swoim dzieciom przepisane dla niej środki nasenne i uspokajające, pisała niedawno prasa. Zażyła je także sama. Przeżyła, bo wzięła za małą dawkę. Dzieci – nie.
Mirosław Gryń/Polityka

Przywykliśmy myśleć, że bieda, przemoc, szaleństwo, samobójcze śmierci zdarzały się w tragicznych życiorysach wojennych. Ale one dzieją się zawsze, być może częściej niż w wojnę, kiedy ludzie – jak twierdzą specjaliści – są jakby odporniejsi na stresy, bardziej cenią życie wśród masowego wojennego umierania.

W Polsce liczba osób odbierających sobie życie jest co roku porównywalna z liczbą ofiar wypadków drogowych. Samobójstwa rozszerzone lub poagresyjne, jak je się również określa, nie są wydzieloną grupą w liczbie statystycznie notowanych. Nie zdarzają się one tak często jak „normalne”, ale budzą szczególną grozę przez fakt, że popełniający je zabijają też najbliższe sobie osoby.

Psychiczny schemat działania w akcie samobójczym jest podobny. Stan świadomości u człowieka, który podnosi na siebie rękę, zawęża się jak w widzeniu przez lunetę. Jest on impregnowany na wszelkie argumenty, odrzuca wszelkie próby kompromisu z samym sobą. Wszystko, co jest nim i wokół niego, jest piekłem. Jedyne wyjście to śmierć.

Samobójca nie myśli o niej jako o czymś nieodwracalnym. To tylko ucieczka. Odejść, zniknąć, nie czuć, nie wiedzieć, nie myśleć. Najbliżsi – rodzice, dzieci, małżonkowie, stają się niewidzialni i niebyli, tak jak wszystko, co dotąd było ważne.

Samobójca „rozszerzony” najbliższych nie traci z oczu, przeciwnie – są dla niego jaskrawo widoczni. Jak uciekać samemu? To niemożliwe, trzeba zabrać ich ze sobą. Zabić? Nie, to tylko sposób ucieczki. Nie morderstwo, krzywda wyrządzona najbliższym, ale ratunek także dla nich. Uciekając wspólnie ochronią ich przed cierpieniem.

Mamo, nie rób tego

Samobójstw rozszerzonych dokonują zarówno mężczyźni jak kobiety. Ofiarami tych drugich są najczęściej dzieci, mężczyzn zaś – również inni członkowie rodziny: żony, rodzice, teściowie. Matki zabijają zwykle wszystkie dzieci, chyba że któreś, starsze, niezaskoczone, zrozumiawszy, co się dzieje, zdoła uciec.

Ewa z Warszawy zabrała dwoje dzieci do parku. Tam podcięła nożem gardło trzyletniemu Łukaszowi, mówiąc, że zaraz pójdą we trójkę do nieba. Dziewięcioletni Sebastian wyrwał się matce. Jestem jeszcze za mały, żeby iść do nieba, powiedział potem na przesłuchaniu psychologowi. Na widok tryskającej krwi matka jakby się opamiętała. Przesiedziała całą noc w parku z dzieckiem, które nie wykrwawiło się tylko dlatego, że było wówczas bardzo zimno, i rano zaniosła je do szpitala. Stan chłopca był bardzo ciężki, ale lekarzom udało się go uratować.

Podobnie dziesięcioletni syn kobiety z Nowej Huty zdołał uciec z mieszkania, w którym matka odkręciła kurki z gazem i powiedziała szóstce dzieci – urodziłam was, więc umrzemy razem. Chłopiec zaalarmował sąsiadkę, że mama chce ich otruć, a ta wezwała policję, która zdążyła wszystkich uratować. Dzieci umieszczono w sierocińcu. Najczęściej jednak wszystkie giną, jak choćby we wsi Młynne, gdzie matka udusiła czterech synów, od półtora do ośmiu lat.

Zamiar zabicia bliskich powstaje najczęściej równocześnie lub po decyzji odebrania sobie życia. Prawdopodobnie sprawca żyje jakiś czas z taką myślą. Często przygotowuje się. Czeka, aż nikogo nie będzie w domu, a dzieci zasną. Jeśli chce, żeby też zasnęły, ale na wieki, skłania je, by połknęły na przykład środki nasenne, podając jakiś płyn do popicia tabletek. Przygotowuje zawczasu poduszkę, sznurek, nóż.

Ale czasem działają impulsywnie, duszą nagle gołymi rękami, zabijają tym, co wpadnie im w rękę. Matka dwumiesięcznego dziecka z Tychów wlała mu do gardła wrzątek z czajnika, mały umarł w męczarniach. Ojciec z Kutna, który zamordował trzech synów, zadał najstarszemu, który właśnie kąpał się w wannie, całą serię ciosów nożem, choć już pierwszy z nich pozbawił go życia.

Działają jak w amoku. Często doznają przypływu wielkiej siły. Sąsiedzi kobiety, która zabiła szesnastoletniego Jarka, dziwili się, jak drobna, szczupła osoba mogła to zrobić synowi, który nie spał. Słyszeli, jak krzyczał „mamo, nie rób tego”, ale skąd mogli przypuszczać, że za drzwiami rozgrywa się tragedia.

Jarek był świadom tego, co zamierzała. Przed laty już raz próbowała otruć swych dwóch synów. Młodszego nie uratowano. Jarek przeżył. Podobno wtedy powiedziała: „co zaczęłam, kiedyś dokończę”. Trafiła do szpitala psychiatrycznego, po półrocznej kuracji uznano, że nie jest niebezpieczna. Mąż i sąsiedzi wybaczyli jej pierwszą zbrodnię. Była spokojna, bardzo dbała o Jarka, o dom, wszyscy ją lubili. Nastąpił jednak gwałtowny nawrót agresji.

Prof. Tadeusz Hanausek z Uniwersytetu Jagiellońskiego twierdzi, że w taki nagły sposób może się ujawnić choroba. Zjawia się jak wybuch, to tzw. paragnomen Brzezickiego.

Większość samobójstw rozszerzonych popełniają osoby w ciężkich depresjach psychotycznych. Mogą im towarzyszyć omamy, halucynacje wzrokowe i słuchowe, które każą matce np. zabierać dzieci do nieba, bo tu, na ziemi, czyhają na nie diabły i potwory. Zdawać by się mogło, że otoczenie osób z rozpadającym się stanem świadomości powinno spostrzec zapowiedzi nieszczęścia. I tak bywa w istocie. Mieszkanka Józefowa, która podcięła gardła dwojgu swoim dzieciom, skarżyła się teściowej, że czegoś się boi, panicznie zwłaszcza szpitala. Członkowie najbliższej rodziny widzieli, że przyszli zabójcy są smutni, wyobcowani, nie na tyle jednak, żeby przewidzieć tragedię.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną