Społeczeństwo

Więzień sumienia

REPORTAŻ: Uczuciowy morderca

Leszek Zych / Polityka
Można powiedzieć, że Jakub S. jest mordercą uczuciowym.

Rocznik 1980, w opinii miejscowych ma wygląd niepodpadający. Życiorys standardowy w Goleszowie, czyli wyżej dupy nie podskoczysz: wykształcenie podstawowe, alkoholizujący się normalnie – od poniedziałku do niedzieli.

Pierwsza brutalność dotyka Jakuba S. w wieku siedmiu lat, kiedy ojciec, zdradziwszy matkę z żoną swojego brata, wyprowadza się do bratowej na drugą stronę ulicy po tym, jak brat z rozpaczy wiesza się. Ojciec mija się z synem jak obcy. Rodzą mu się nowe dzieci, ale Jakub S. nie potrafi podać liczby przyrodniego rodzeństwa. Zresztą ma kłopoty z liczeniem, przez co zatrzymują go w ósmej klasie. Od dziecka jego hobby to obróbka metali. Chce pasję do metali szlifować w zawodówce, ale nie dostawszy promocji, zapoznaje się z fachem praktycznie na tokarce u wujka, który posiada zakład ślusarski.

W 1999 r. po czeskiej stronie Cieszyna Jakub S. klei nos do witryny sklepu myśliwskiego, a ponieważ aktualnie jest przy hajsie, myśli, że fajnie byłoby mieć broń. Zakupuje pistolet gazowy kaliber 9 mm plus 20 sztuk amunicji za 4 tys. koron czeskich i rodzi się w nim wyzwanie, czy potrafi przerobić broń na ostrą. Może się przyda na bażanta? W warsztacie wuja toczy nową lufę, komorę nabojową i pociski z zakończeniem na okrągło jak jajko, żeby pasownie wchodziły w nabój, na końcu zalepia je silikonem przed wilgocią.

Próbne strzały na metalowych drzwiach budynków gospodarczych we wsi dowodzą, że Jakub S. potrafi. Ale rezygnuje z bażantów. Skoro jest broń, trzeba zrobić skok. Bogdan K., kolega z podstawówki, mający to samo hobby, proponuje iść na kantor. Jakub S. preferuje sklep z farbami w Cieszynie, gdzie był z wujem po towar i widział dużo hajsu. Idzie na czeską stronę dokupić kominiarkę. Po południu, przed końcem zmiany, kiedy w sklepie jest najwięcej hajsu, Bogdan K. pożycza od sąsiadki, prowadzącej ogródek piwny we wsi Cisownica, starego Poloneza Atu w kolorze wiśniowym. Przerobiwszy flamastrem liczby na tablicach rejestracyjnych, podwiesza je na druciku. Ma czekać w aucie na Jakuba, który wyskoczy ze sklepu z hajsem.

Skok

Jest 20 listopada 2002 r. Irmina B., kierowniczka sklepu z farbami PPHU Yuma siedząca na kasie, przebiera nogami, bo dochodzi godz. 16, czyli fajrant. W szufladzie kasowej jest niedużo utargu, bo Irmina B. ma zasadę, że kiedy nazbiera się tam okrągły tysiąc, przenosi gotówkę do sejfu, a szyfr oprócz niej zna tylko szef.

Wydaje resztę z kasy Justynie D., która zakupiła wałek do malowania, rozmawiają luźno, kiedy jakiś mężczyzna wyciąga broń z reklamówki i zwraca się do nich: dawajcie hajs, czy coś takiego. A kiedy padły te słowa z jego ust, Irmina B. i Iza S., stojąca za ladą, zaczynają się ironicznie śmiać. Więc ten mężczyzna kieruje pistolet pod serce Izy, ona do niego: nie wygłupiaj się. I ręką chce zatkać lufę. Pada strzał, a ostatnie słowa Izy są: boli mnie to.

Krzysztof B., siedzący w części biurowej, słyszy śmiech dziewczyn i coś jakby petardę. Wypada prosto na tego mężczyznę, który przykłada mu lufę do czoła i wolno obchodzi jego osobę dookoła. Zmuszony jest wrócić do części biurowej i zamknąć za sobą drzwi. Z okna widzi gwałtownie odjeżdżający Polonez wiśniowy, a głos silnika wskazuje na produkcję z lat 80.

Subiektywny opis tego mężczyzny w pamięci Irminy B. jest następujący: wzrost ok. 180 cm, kurtka szmaciana w kolorze granat z nadrukiem na plecach, długości do pośladków, jakie sprzedają na targu w Cieszynie. Spodnie ciemne. Jej wrażenie jest takie, że specjalnie przymykał powieki, żeby utajnić kolor oczu. Słowa o hajsie wypowiedziane były raczej po polsku, lecz głosem stłumionym, jakby miał kluski w ustach.

Odczucia Justyny D., kupującej wałek w czasie skoku, dotyczą głównie dziwnej budowy ciała tego mężczyzny. Posiadał zbyt cienkie nogi i ręce w stosunku do barów, jakby upchał coś pod tą kurtką dla zmyłki. Jakub S. wskakuje do Poloneza i krzyczy do Bogdana K., że kobietę postrzelił, no, roztrzęsiony był, za mało trenowali z bronią w plenerze. Bogdan klnie, że nie tak miało być i że w tych okolicznościach ma się schylić i nie wyciągać głowy. W lesie wrzucają do rowu lewą tablicę, reklamówkę z bronią i dzielą 440 zł na dwie części.

O napadzie, w którym po dwóch dniach reanimacji zginęła postrzelona dziewczyna, Jakub S. dowiaduje się od babci. Bogdan ogląda nakręcony z tego program 997. Mówi do Jakuba, że w telewizji wyglądało to tak, jakby skok robili jacyś prawdziwi gangsterzy, a nie oni, normalne, niekarane chłopaki. Przestają kontaktować się ze sobą z powodu nerwowego napięcia. A każda syrena policyjna zaczyna wpływać na Jakuba S. w sposób negatywny. Siada sam przy barze Corient w Goleszowie, izolując się muzyką na dyskmanie, płynącą ze słuchawek.

Trop

Policja z KP w Cieszynie penetruje rejon zdarzenia, hotele, parkingi, stacje benzynowe, drogi, zabezpiecza łuskę oraz substancję koloru brunatnego na podłodze za ladą. Celem ustalenia portretu psychologicznego zastrzelonej Izy S. przepytują koleżanki. Chodzi o znalezienie punktu zaczepienia, czy mogła mieć wrogów?

Irmina B., która z Izą zbliżyła się, bo w czasie jak był słaby utarg, dużo rozmawiały, wyklucza ten trop. Iza S., rocznik 1976, pięć lat stała za ladą w PPHU Yuma, lubiła swoich klientów, z wzajemnością. Rozmowna, ceniąca uczciwość, po pracy dorabiała na szyciu kreacji, bo to było jej hobby. Przy czym szyła tylko odzież damską, więc do domu nie przychodzili mężczyźni.

Natalia R. funkcjonowała w otoczeniu Izy jako najlepsza przyjaciółka. Dwa razy w miesiącu chodziły do lokalu porozmawiać o życiu. Jedyne, na co skarżyła się Iza, to brak czasu i pieniędzy. Była oszczędna. Czasami odwoływała spotkanie, bo nie chciała znów wydać. W rozmowach o życiu twierdziła, że nie potrzebuje chłopaka na stałe. Uczucia skierowała w stronę dużo młodszego brata. Zależało jej, żeby go wychować, gdyż z pewnością jemu szybciej zabraknie matki niż jej. Natalia G., siostra Izy, przypomina sobie, że jeśli chodzi o pracę, Iza narzekała tylko na to, że było jej zimno.

Na policję zgłasza się Zenon W., górnik KWK Borynia. Ma wiadomość. Otóż dzień po napadzie ok. godz. 21.10. pił piwo w barze Oaza w Kaczycach, gdy wszedł pijany Józef S., zamieszkały w jego bloku piętro niżej. Przysiadł się, wkładając prawą rękę do lewej kieszeni wewnętrznej kurtki i nie puszczając tej ręki mówił, że ma pistolet i może zaraz kogoś odstrzelić. Przy czym Zenon W. chce podkreślić, że sąsiad mówił to bezinteresownie, gdyż nie żądał, aby kupić mu piwo.

Józef S., ślusarz pod ziemią, nie przyznaje się. To prawda, jeśli ma taką potrzebę, w wewnętrznej kieszeni kurtki nosi wódkę, ale nie broń. Zenkowi mogło chodzić o przyrząd do uboju świń. Ten przyrząd, do którego ładuje się ślepe naboje, wygląda jak kawałek rury o średnicy ok. 4 cm i długości 35 cm. W Kaczycach wiedzą, że Józef go posiada, bo reklamował się otwarcie, że coś takiego ma i może zabić komuś prosiaka, jeśli chce.

Zgłasza się też Krzysztof S. Jest niepracujący, dlatego dużo czasu spędza w restauracji Corient w Goleszowie. W czasie tamtego skoku na sklep pił z niejakim Gilem. Kiedy ten Gil ulotnił się do WC, kumple do niego: Krzysiek, żebyś przy Gilu nie mówił nic głupiego, bo on ma broń palną. Gil zna dużo karanych, ale zapytany (po kilku kolejkach przy stoliku) o ten skok zdenerwował się: Wyście chyba jebnięci, że coś takiego mogłem zrobić?

Jakuba S. nikt nie typuje.

Daewoo FSO informuje Prokuraturę w Cieszynie, że samochodów marki Polonez Atu w kolorze bordo wyprodukowano kilka tysięcy. Dysponują numerami nadwozi i silników, ale nie klientów.

 

 

Policja

Jakub S. zachodzi do baru Corient w Goleszowie, gdzie spożywa cztery do sześciu piw, zanim go zmorzy sen, bo przez nerwy ma wysoką tolerancję na alkohol. Pierwszą marihuanę zapala dwa lata po tamtym. Ale po zażyciu tylko sobie siedzi i myśli, i jeszcze bardziej nie jest towarzyski. Przestaje, bo marihuana schizuje go mocniej na tę Izę, która zginęła.

Trzy lata po skoku ogarnia go odczucie, że na zakładzie, gdzie pracuje na tokarce, wiedzą o nim. Coś każe mu iść do lasu, żeby odszukać reklamówkę z bronią. Pordzewiałą lufę tnie w domu kantówką, pozbywając się tego w śmietniku pod sklepem w Goleszowie. Ale koledzy na zmianie nie przestają o nim mówić w jego głowie. Tnie korpus z rękojeścią i wrzuca do kontenera na odpady metalowe, magazynek chowając w meblościance.

Grzegorz C., nastawiacz maszyn numerycznych na zakładzie, ma wrażenie, że Jakub S. coś bierze, bo on do niego zagaduje na przerwie, a ten bez reakcji, patrzy w sufit i śmieje się nieadekwatnie do sytuacji. Gestami symuluje jazdę samochodem. Ale nie wnika. Rozkojarzony, flegmatyczny, nieufny i bardzo spokojny.

Jakub S. słyszy nowe głosy. Kumple mówią, że w związku z tą bronią w kontenerze już pora wezwać policję. Zostaje zwolniony dyscyplinarnie za alkohol w metalowej szafce. Cztery lata po skoku głosy nasilają się. Zgłasza się na oddział laryngologiczny szpitala w Cieszynie, że ma szumy, coś jakby świerszcze. Doktorzy nic nie znajdują w uszach Jakuba S.

Siedzi w barze Corient, zamulając się czterema do sześciu piw, żeby nie myśleć, tylko zasnąć, i nabiera pewności, że zaczęli mówić o nim sąsiedzi z bloku, mieszka z dziadkiem i matką. W stanie nietrzeźwym zaczyna zaczepiać policję. Dzwoni i domaga się zabrania jego osoby, bo skradziono mu odtwarzacz mp3. Potem przyznaje, że do tego nie doszło. Dokonuje pocięcia lewego przedramienia. Ale brakuje mu odwagi, żeby pochlastać się na śmierć.

Sześć lat po skoku łyka opakowanie leku na kaszel Acodin. Wyczytał w Internecie, że ktoś wziął 90 tabletek i umarł. Dostaje paraliżu kończyn i mowy, ale nie umiera. Matka cieszy się, że syn Jakub jest czymś zajęty, kupił komputer i inwestuje w niego, unowocześnia, Internet opłaca.

W 2003 r. prokuratura w Cieszynie umarza śledztwo z powodu niewykrycia sprawcy. Zarządza wpisanie do akt śladów zebranych ze sklepu PPHU Yuma, m.in. przechowywane w foliowym worku nr 17 klapki, spinkę opalizującą z napisem Made in France, golf zielonoszary, majtki bawełniane białe w żółte kwiatki. Raz w roku właściciel sklepu z farbami wywiesza zdjęcia z informacją o nieschwytanym zabójcy. Nie chce zwrotu tych 440 zł plus odsetki. Po tamtym skoku założył w sklepie monitoring, na który wydał już kilkanaście tysięcy. Ale porównywać tę kwotę z krwią Izy S. byłoby nietaktem. Niech ten ktoś, jeśli ma sumienie, wpłaci 440 zł plus odsetki na fundację zajmującą się poszkodowanymi w napadach rabunkowych.

Pokuta

Od kilku lat, gdy Alicja T. mija Jakuba S., wymieniają w swoją stronę dzień dobry i nic więcej. Niespotykanie spokojny człowiek. Z wyjątkiem incydentu, kiedy jego brat, cofając na podwórku pożyczony samochód, najechał na słupek. Przyjechała policja, wszystkich spisano, a Jakub S. zrobił się taki nachalny, krzyczał: możecie wziąć mnie. Aż panowie policjanci zmuszeni byli poprosić, żeby nie przeszkadzał i odszedł na bok.

We wrześniu 2008 r. zamiast dzień dobry przy mijaniu się Jakub S. wycedził do niej przez zęby: mordercą jestem. Kilka dni później w barze Corient zdjął słuchawki i nawiązał kontakt słowny z Szymonem R., dostawcą pizzy. Mówił, że jest panem życia i że można kogoś zabić za darmo i nie iść siedzieć.

Jest październik 2008 r. Adrian M., relaksujący się w tym czasie w Coriencie, poszedł do baru dokupić kolejkę, a Jakub S., pierwszy raz w życiu zwróciwszy się do niego, nawija coś, że zabił dziewczynę. Adrian robi mu plaskacza w czoło, że jest chory, opinię ma dziwną, niech wyrabia żółte papiery, po czym wraca do stolika.

Notatka urzędowa: W dniu 28 października 2008 r. do KPP w Cieszynie zgłosił się Jakub S. informując o dokonanym sześć lat temu przestępstwie. Mówi, że źle mu się z tym żyje. Z zatrzymanym udano się do szpitala, celem dokonania badań lekarskich. Cztery tygodnie obserwują Jakuba S. na Oddziale Sądowo-Psychiatrycznym aresztu śledczego w Krakowie, ul. Montelupich. Liczne testy potwierdzają, że zgłoszenie się było motywowane wyrzutami sumienia, a nie chorobą zaburzającą jego instynkt samozachowawczy.

Skazany na 10 lat pozbawienia wolności, Jakub S. czuje ulgę. Czasami tylko słyszy, że ktoś o nim plotkuje, ale to już mu nie dokucza. W więzieniu chce pracować bezinteresownie jako tokarz, żeby odpokutować tamten skok.

 

PS: Bogdan K. dostał 5 lat za współudział. Personalia bohaterów zostały zmienione.

Polityka 27.2010 (2763) z dnia 03.07.2010; Kraj; s. 32
Oryginalny tytuł tekstu: "Więzień sumienia"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Los bezpłodnych katolików: niech Bóg decyduje

Wierzą w Boga, dlatego nie decydują się na potępiane przez Kościół in vitro i inseminację. Niepłodni po katolicku.

Elżbieta Turlej
24.01.2013
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną