O pasji latania rozmowa z szybowniczką

Ada leć!
Stanisław Ciok/Polityka

A było w rodzinie nienormalnie?

Szybownictwo jest sportem czasochłonnym. Wymaga ciągłej gotowości, wciąż czeka się na lotną pogodę. Przez wiele lat mieszkaliśmy na lotnisku. Często robiłam sobie wyrzuty, że za mało zajmuję się dziećmi, domem. W sezonie często wyjeżdżałam, starałam się jednak tę nieobecność nadrabiać zimą. Jackowi, gdy miał cztery lata i cały wolny czas spędzał w hangarze, musiałam uszyć kombinezon, bo chciał być ubrany jak mechanicy samolotowi.

W latach 60. i 70. głośna była pani rywalizacja z Pelagią Majewską.

Pela była wielką indywidualnością, moim wzorem, długi czas także instruktorką, która uczyła mnie latania. Była matką chrzestną Jacka. W 1963 r. na mistrzostwach Polski byłam kilka razy lepsza od niej, a ona była wówczas rekordzistką numer jeden. 3 sierpnia wystartowałyśmy na trasę trójkąta 300 km z planem pobicia rekordu świata. Pierwsza Pela, ja druga, trzecia Maxi Paszyc. Warunki termiczne niemal doskonałe, jak je nazywamy, afrykańskie: silne wznoszenia, szlaki cumulusów i wysokie podstawy chmur. Mój mąż był nie tylko świetnym trenerem, ale i meteorologiem. Leciałam jak po sznurku. Mózg pracował jak komputer. Pela lądowała przede mną, pobiła swój rekord świata. Uzyskała prędkość 75,69 km/h. Ja ukończyłam trójkąt z prędkością 82,79 km/h i tym samym odebrałam Peli nowy rekord. Maxi też miała czas lepszy od Peli, ale gorszy od mojego. Był to jedyny przypadek w historii, żeby jednego dnia ten sam rekord świata został poprawiony przez trzy pilotki, reprezentantki tego samego kraju, na tym samym lotnisku. Świadczy też o potędze naszego ówczesnego szybownictwa. Z mojego pierwszego rekordu świata cieszyłam się jak dziecko. Później, w szlachetnej rywalizacji, która wyzwala najlepsze cechy naszych charakterów, raz wygrywała Pela, innym razem ja. 17 rekordów świata, ja o dwa mniej. Niestety w 1988 r. Pela, pilotując dromadera, zginęła na lotnisku w Lizbonie.

W 1989 r. została pani posłanką Sejmu X kadencji w słynnej drużynie Tadeusza Mazowieckiego. Trzeba było zawiesić loty?

Tego nikt nie mógł ode mnie wymagać. Zgodziłam się kandydować z nadzieją, że będzie można coś wywojować. M.in. próbowałam ratować produkcję polskiego śmigłowca Sokół w Świdniku. Podczas dyżurów poselskich trafiały do mnie sprawy pozornie błahe, ale dla ludzi bardzo ważne. Na przykład zainstalowanie telefonu w domu ciężko chorego, który często potrzebował pomocy lekarskiej. Pamiętam też całą serię spraw dotyczących zwalniania pracowników cywilnych w aeroklubach i przyjmowania na ich miejsce emerytowanych wojskowych, aby mogli dorobić do i tak już wysokich emerytur. Dla latania te dwa lata nie były jednak do końca stracone, w 1989 r. zostałam mistrzynią Polski. Ale mąż zagroził mi, na serio, rozwodem, bo w domu byłam jeszcze rzadszym gościem niż dotychczas.

Które z osiągnięć szybowcowych jest dla pani najważniejsze?

Medal Lilienthala przyznany mi w 1976 r. za trzy rekordy świata pobite w 1975 r.: lot po trójkącie 750 km, odległościowy po trójkącie 769,4 km oraz sprint szybowcowy po trójkącie 104 km. Jednak najbardziej jestem dumna z rekordu świata z 1977 r., kiedy to w przelocie otwartym, na trasie Słubice–Równe, przeleciałam 837 km. Pobiłam wówczas ustanowiony jeszcze w 1939 r. zaczarowany rekord Olgi Klepikowej wynoszący 749 km. 19 kwietnia mąż obudził mnie o 6.30. Zjadłam dobre śniadanie, oszczędnie pijąc herbatę, aby nie mieć kłopotów w czasie długiego przelotu. Wystartowałam o 8.35, za Wilgą. Początkowo, po wyczepieniu na wysokości 1000 m, miałam słabe wznoszenia. Niepokoiłam się podwójnie. Czy mój 14-letni wówczas syn, który robił warunek do złotej odznaki, da sobie radę z dolotem do Kielc? A ponadto czy nie wykona dłuższego przelotu niż ja? Termika jednak się poprawiła.

Nad Zamościem zobaczyłam wspaniałego cumulusa, takiego, jaki może się tylko przyśnić. Trzymetrowy komin wzniósł mnie na ponad 2 tys. m. Wkrótce oceniłam, że jestem nad ZSRR. Po 9,5 godz. lotu, w Jantarze 1, a więc w pozycji prawie bez ruchu, w temperaturze 0–10 st. C wylądowałam w polu, obok miasta, jak się okazało, Równe. Po kilku minutach terenowym samochodem podjechało dwóch mężczyzn. Jeden z nich przyjrzał mi się i powiedział: witamy towarzyszko Dankowska. Tego się nie spodziewałam. Później okazało się, że to Masza Dziesiatowy, instruktor szybowcowy miejscowego aeroklubu. Prenumerował „Skrzydlatą Polskę”, widział tam moje zdjęcia i rozpoznał mnie. Dziesiatowy zawiózł mnie do aeroklubu i moje dwa barografy zamknął w kasie pancernej. Wiedział, że bez nich rekord nie będzie mógł być uznany. Zawieziono mnie do hotelu, a później fetowano w miejscowej restauracji. Rano do hotelu przyszli dwaj bardzo smutni panowie. Przyglądali się mojej licencji, wypytywali, gdzie przeleciałam granicę i dlaczego wylądowałam w Równem.

W wieku 65 lat ustanowiła pani swój 15 rekord świata, w 70 roku życia 43 rekord Polski. Nie zatrzyma się pani?

Bardzo lubię latać bez względu na zadanie. Świat w powietrzu jest inny, bardziej radosny, spokojny i niemal beztroski. Mam nadzieję, że uda mi się osiągnąć niespełniony dotąd plan przelotu ponad 1000 km. Kilkakrotnie byłam już blisko. Kilkakrotnie moje plany krzyżowała bezkarna służba kontroli ruchu lotniczego, nie wydając zgody na przelot lub opóźniając ją. Najlepsze współczesne szybowce to technologiczne dzieła sztuki. Można na nich, w Australii czy Andach, przelecieć nawet 3 tys. km. W Europie nad Alpami 2 tys.

Jak przez tyle lat utrzymuje pani tak świetną formę i kondycję?

Nie można gnuśnieć. Szybownicy to ludzie czynu, ale i cierpliwi, konsekwentni, wytrwali. Ważna jest też samodyscyplina. Rzadko używam samochodu. Na lotnisko jeżdżę rowerem, coś załatwić w mieście – rowerem. Uprawiam ogródek. W zimie chodzę piechotą, ostatnio uprawiam nord walking, z kijkami. Ważny, a może nawet najważniejszy jest uśmiech. Ludzie potrafiący się śmiać, traktować siebie i przeszkody, na jakie natrafiają, z odrobiną autoironii – żyją lepiej i dłużej. Lepiej żyją też ci, którzy nie rozpamiętują przeszłości, są nastawieni na przyszłość. W moim przypadku przyszłość to przelot ponad tysiąca kilometrów.

Adela Dankowska (ur. 1935 r.), jedna z najwybitniejszych pilotek szybowcowych świata, spadochroniarka, posłanka Sejmu X kadencji z ramienia Solidarności. Ustanowiła 43 rekordy Polski (ostatni w 2004 r. w wieku 70 lat) oraz 15 rekordów świata. Odznaczona Medalem Tańskiego i prestiżowym Medalem Otto Lilienthala.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną