Dolny Śląsk się stroi

Ubiór zdobi Dolnoślązaka
Bystrzyca Dolna, kobiety w strojach uszytych na wzór niemieckich ubiorów noszonych na Dolnym Śląsku od XIV w
Natalia Gańko-Laska/Materiały prywatne

Bystrzyca Dolna, kobiety w strojach uszytych na wzór niemieckich ubiorów noszonych na Dolnym Śląsku od XIV w

Henryk Dumin: – Po prawej sąsiad z Wielkopolski, po lewej z Ukrainy, kto się wychyli, będzie jak kolorowa papużka wśród wróbli, które ją zadziobią. Unifikacja dotyczy też języka. Umierają gwary. To dlatego tu do dziś cała prowincja mówi literacką polszczyzną. Powstają śpiewniki Józefa Majchrzaka – folklorysty, muzykologa z Polskiego Radia Wrocław. Nagrywa autochtonów o polskich korzeniach. Znajduje ich na terenie dzisiejszych powiatów sycowskiego i namysłowskiego, przez wieki należących do Niemiec. To katolicy mówiący gwarą zwaną przez Niemców bohemisch-polnisch albo wasserpolnisch. Po wojnie etnicznych Polaków jest ok. 20 tys. Część z nich zostanie pozytywnie zweryfikowana i pozostaną w Polsce. Reszta, zaszczuta, emigruje do Niemiec. Ale to ich melodie i teksty, okrojone z naleciałości niemieckich, staną się na kilka dekad głównym źródłem repertuaru lansowanego przez władze PRL na Dolnym Śląsku.

Lata 70. Powstają polskie towarzystwa ludowe. Tadeusz Seweryn, krakowski etnograf, wydaje atlas stroju ludowego i komponuje naprędce coś dla ziem zachodnich. To plastyczna wariacja na temat przedwojennego odzienia lokalnych Niemców. Ubiór powstał w XIX w. z aspiracji do mody dworskiej. Kobieta tonie w koronkach, mężczyzna wygląda jak lord Byron, ma cylinder, nosi spodnie jelonkowe z żółtej skóry, symbolizują płodność. Do tego białe pończochy, od pasa w dół chłop pruski wygląda jak Ludwik XV. Z tych spodni PRL robi żółte sukienne gacie.

Powstają kółka rolnicze, koła gospodyń wiejskich. Spece od polityki kulturalnej podchwytują modę na zespoły Mazowsze i Śląsk. Ich stroje stają się wzorcem. Wspominanie Kresów jest jak wytykanie sowieckim sojusznikom, że z polskiego domu ukradli rodowe srebra. Treści religijne, jak i patriotyczne w pieśniach są antykomunistyczne, więc zostaje usia siusia i uszminkowane policzki.

Góral nijaki

Teresa Nozdryn-Płotnicka, 76 lat, z zespołu Jarzębina, urodzona na Polesiu w miasteczku Mikaszewicze (dziś Białoruś): – Za PRL my śpiewać mieli same teksty żołnierskie, przy Klubie Rolnika. Te kochane, białorusińskie były zakazane. Tęsknili my i nie było wieczoru, żeby z mężem nie usiedli na wersalce i nie pośpiewali po swojemu. Dopiero w tamtym roku na festiwalu Śpiewanie bez Granic my pierwszy raz urżnęły na scenie piosenkę po białorusku. I to bez ą i ę, po chłopsku.

Regina Januszkiewicz z Zawidowa, pochodzi z Wołkowyska (dziś Białoruś): – Mój zespół Malwy przez lata śpiewał w spódnicach w kropki. Potem uszyłyśmy sobie z bistoru zaplecki. Jednak czegoś brakowało. Napisałam do Fundacji Kultury Wsi w Warszawie: Co robić? Przysłali płyty z muzyką z Wileńszczyzny i Grodzieńszczyzny, skąd są nasze korzenie. Dodali atlas stroju ludowego, żeby coś sobie skopiować.

Z atlasu uszyty strój przez zakład w Krakowie jest lustrzanym odbiciem ubioru zespołu Heimatsänger, niemieckiej mniejszości z Wrocławia, kultywującej folklor Niederchlesien. Regina Januszkiewicz: – My już bardzo kochamy ten strój. Tyle trudu kosztował. I przykro, kiedy pan Dumin, etnograf, krzyczy, że wykosztowałyśmy się na niemieckie mundury. Więc jak nas zaprasza na Festiwal Kapel i Śpiewaków Ludowych w Kazimierzu Dolnym, to wkładamy strój polski, chłopski i wiążemy chusty, wkładamy kamizelki gryzione przez mole zza Buga. A śpiewamy to samo.

To Unia Europejska nam powiedziała, że regionalne jest piękne. Zrobiła się moda na folk, ludzie po wsiach zaczęli nabierać pewności siebie – tłumaczy Małgorzata Majeran-Kokott, autorka Listy Przebojów Ludowych Polskiego Radia Wrocław, audycji z rekordową słuchalnością. – Mamy renesans folkloru, 200 kapel na Dolnym Śląsku. Szkoda, że dopiero teraz. Za dużo zapomniano.

Wspomina szok na festiwalu w Kazimierzu, kiedy kobiety z dolnośląskich zespołów obsiadły jak wrony słynną etnochoreograf. Pytały o to, czego nie zdążyły im przekazać babki. Jak wiązać chustkę na głowie? Czy wolno bujać się w takt muzyki, trzymając pod boki? Usłyszały, że kobieta po 60 nie zakłada wianka – znaku dziewictwa. A jak spod chusty wystaje jej grzywka, to znaczy, że szuka chłopa. Że pieśni męskich nie powinny śpiewać kobiety, a mężczyźni niech raczej nie zawodzą kołysanek. Że w ogóle to trzeba powyjmować z regałów zdjęcia ocalałe z przesiedleń i po prostu na nie uważnie popatrzeć.

Nasz kapelusz uszaty

Janusz Motylski, autor stroju regionalnego, radny miasta Karpacz, chce obrony praw tych, którzy nie chcą już być zabużanami, urodzili się tutaj i potrzebują nowej identyfikacji. Ubioru regionalnego domaga się też Marcin Zawiła, poseł PO z Legnicy, bo kiedy jedzie do Warszawy, chce zaprezentować swój związek z Karkonoszami. Burmistrz Jeleniej Góry najpierw śmiał się ze szkiców ubrań regionalnych, a potem sobie przypomniał, jak kiedyś stał na zjeździe władz regionów i usłyszał, że szukają karkonoskiego górala, a on stał obok, nijaki, w marynarce z krawatem.

Motylski: – Niech to będzie piękna aplikacja – haft z sasanką albo pierwiosnkiem na guziku metalowym czy kościanym. Sąsiedzi, Czesi, coraz częściej nawiązują do wzorów swoich wysiedlonych Niemców sudeckich. Czemu nie? Przecież to wzornictwo jest uniwersalne, wynika z przyrody, klimatu. Tu wieją mocne wiatry. Stąd nasz kapelusz uszaty, któremu ze środka wyjmuje się uszy i zawiązuje pod brodą. Lada moment stworzę prototyp. Mamy upadające lniarskie zakłady Orzeł, czemu nie dać pracy? Region stawia na turystykę. Tylko dlaczego u nas kelnerzy występują w ubiorach górali tatrzańskich?

Marzec 2010 r. Elizabeth von Küster w swoim pałacu w Łomnicy inauguruje dolnośląski oddział międzynarodowej organizacji Slow Food, która łączy małe kultury kulinarne z wysoką kulturą życia. I okazuje się, że to, co najcenniejsze na Dolnym Śląsku, to tradycje powojennych imigrantów. Gotowy slow food. Kuchnia oparta na przydomowym ogródku, często własnym inwentarzu. Tu jada się serbską peczenicę – z wieprza, faszeruje paprykę po bośniacku, robi białoruskie bliny z maczanicą, ukraińskie gołąbki z kartoflami, po polesku kisi serową zagrychę w dziśce – drewnianej formie. Niestety, tych kulinarnych bogactw nie widać na zewnątrz.

W 2009 r. Urząd Marszałkowski we Wrocławiu wydał książkę „Mom jo skarb... Dolnośląskie tradycje w procesie przemian”. Dodał do niej CD z utworami najstarszych pieśniarek. – To pierwsza taka publikacja, która ma wyrwać z podziemia prawdziwe tradycje Dolnego Śląska – wyjaśnia Stanisław Longawa, wicemarszałek.

Obecnie na Dolnym Śląsku osiedlają się, zauroczeni regionem, Holendrzy, Brytyjczycy, Wietnamczycy, Mongołowie i Chińczycy.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną